Sobiesiak Kulczykiem hazardowej

2010/02/7, niedziela

Marzy mi się, aby choć raz w trakcie prac komisji śledczych czymś mnie zaskoczono, ale nie, ciągle to samo. Ledwie zakończono przesłuchania najważniejszych osób już mamy kolejny przeciek, czyli wypróbowany od lat sposób działania.

Tym razem ujawniono fragmenty zeznań przed prokuratorem pana Sobiesiaka, które podobno stoją w sprzeczności z zeznaniami innych, zwłaszcza zaś Grzegorza Schetyny. Mają też dobić asystenta Rosoła i pannę Sobiesiakównę. Przeczytałam w “Rzeczpospolitej” tekst oparty na tych przeciekach i jako żywo niczego sensacyjnego nie znalazłam. Kwestia, jak długo ktoś kogoś zna jest dość subiektywna. Zapewne znam wiele osób bardzo długo, co nie znaczy, że są moimi znajomymi. Ważny jest stopień zażyłości, a nie sama znajomość. O tym w tekście nic nie ma. Także w sprawie Sobiesiakówny nic sensacyjnego - nie stara się o posadę, bo są donosy na tatusia. Jakie donosy? Czyje donosy? Materia wyjątkowo mizerna jak na sensację, która przez dwa otwiera główne serwisy informacyjne.

Ale jedno jest jasne - sposób działania. Ponieważ zbliża się pojawienie się przed komisją śledczą pana Sobiesiaka trzeba podgrzać atmosferę, podrzucić kilka pytań tak zwanym śledczym, którzy bez tekstów w gazetach są jak bez ręki i zdezawuować świadków dotychczasowych, zwłaszcza jeśli ich odpowiedzi były zwarte i rozsądne. Bez kolejnego przecieku musieliby przecież przedzierać się przez te tysiące stron bilingów, które dostali i sterty akt, w tym prokuratorskich, które też dostali, wbrew publicznym płaczom, jak to bardzo materiałów wyjściowych im brakuje.

Myślę, że nie zostanę zaskoczona również tym, że źródło przecieku nie zostanie wykryte. Choć może być to dziecinnie łatwe do rozszyfrowania. Wystarczy informacja, czy te akta zostały już przekazane przez prokuraturę komisji śledczej. Jeżeli zostały przekazane, to liczba osób znajdujących się w kręgu podejrzeń jest wyjątkowo ograniczona. Jeśli nie zostały przekazane, to odpowiada, jak rozumiem, prokurator, który zeznań odpowiednio nie zabezpieczył. Specjalnych trudności w takich poszukiwaniach sprawcy nie widzę.

A swoją drogą, ciekawa jestem, co pan Sobiesiak powie. Nie dlatego, żebym liczyła, iż kogoś wkopie, bo zna polityków wszystkich kolorów. Chcę wreszcie zobaczyć owego najgroźniejszego wroga publicznej moralności, lobbystę bez skrupułów, prawie gangstera od jednorękich bandytów (choć chyba jest właścicielem kasyn, ale kto tam jeden rodzaj hazardu od drugiego rozróżnia?), znajomość, z którym jest tak toksyczna, że wszyscy polscy politycy, z premierem na czele wyjeżdżają na narty do Włoch, do Francji, właściwie byle gdzie, aby tylko szerokim łukiem ominąć Zieleniec, gdzie pan Sobiesiak ma swoje gniazdo. Wprawdzie wydawało mi się, że na przykład premier powinien z pierwszym rzędzie reklamować to, co polskie, ale jak widać w Polsce jest wyjątkowo niebezpiecznie. Gazeta “Fakt” musi więc, by zdobyć zdjęcia premiera na nartach szmat drogi zaliczyć. Tylko Lech Wałęsa, nie boi się do Zieleńca jeździć, ale Wałęsa na wiele może sobie pozwolić. Nie musi się już panicznie bać, że pani Kempa albo pan Wassermann zapyta go: a Sobiesiaka pan zna? A w Zieleńcu był? Odpowiedź twierdząca jest dyskwalifikująca politycznie, odpowiedź negatywna jest co najmniej podejrzana. Pewnie zna, ale ukrywa. Dlaczego? Czego się boi?

Pan Sobiesiak stał się tym, kim Jan Kulczyk był dla komisji orlenowskiej, a pan Krauze dla tak zwanej afery gruntowej śledzonej przez komisję do spraw nacisków, która wiedzie jakiś żywot na marginesie komisyjnego nurtu głównego i przypomina o sobie wyłącznie kolejnymi wnioskami o odwołanie przewodniczącego Czumy. Jak widać każda komisja musi mieć swojego “Czarnego Luda”. Najlepiej, aby był to ktoś, komu się powiodło w interesach, coś wybudował, coś w życiu osiągnął. Takiemu zawsze nasłanie prokuratura i śledczych, także sejmowych, przywróci poczucie rzeczywistości, czasem na parę lat z kraju wygoni, bo przecież podatki ludzi bogatych nie są nam potrzebne. Niech je płacą gdzie indziej.

Trwa więc ustalanie listy pytań do pana Sobiesiaka i myślę, że wyciąłby niezły numer, gdyby się pojawił (ponieważ nie jest osobą publiczną obowiązku nie ma), wygłosił oświadczenie w sprawach, o które się go oskarża i nie odpowiedział na żadne pytanie. W końcu to, że członkowie komisji z zadawaniem pytań istotnych mają kłopot nie jest już tajemnicą, a za aferę hazardową pan Sobiesiak Polaków akurat przepraszać nie musi. Może raczej Polacy powinni poprosić pana Sobiesiaka oraz innych, podobnych mu ludzi przedsiębiorczych, aby kilka Zieleńców jeszcze w Polsce wybudowali. W końcu zimy po polsku nie muszą być takie złe, czego dowodzi tegoroczna, a fakt, że w tych miejscach nie będą akurat przebywać politycy może być nawet dobrym sloganem reklamowym.

***

Obiecałam, że przynajmniej przy okazji co drugiego blogu odpowiem na korespondencję i spróbuję to choć w części zrobić, choć wielka liczba Państwa komentarzy mnie zaskoczyła. Na początek kilka wyjaśnień w kwestii Lustra. Otóż ja nigdy nie reagowałam na ten typ wpisów, nigdy żadnej cenzury nie wprowadzałam i jeżeli sygnalizowano mi, że jakieś komentarze umieszczane są zbyt wolno lub nie pojawiają się, interweniowałam po stronie ich autorów. To Państwo pytaliście i nadal dyskusja na ten temat trwa, dlaczego administrator nie ingeruje, jeżeli powtarzają się te same. Zwróciłam się więc do administratora i tyle. Pojawiły się nowe wpisy Lustra, raczej jeden podzielony na kilka kawałków i nikt niczego nie usuwał. Części spośród Państwa ten typ wpisywania się podoba, części nie. Ja nie zamierzam nikogo wyrzucać z bloga, przeciwnie do obecności zachęcam, ale po prostu wszystkiego czytać nikt nie musi. Może poza mną, chociaż nie ukrywam, że części Lustra nie czytam, bo na przykład śledzeniem jakichś manipulacji dziennikarskich mogę zajmować się sama. Widzę ich dużo i akurat nie tu, gdzie Lustro. Odnotowuję rozsądny wpis w tej sprawie Jean Paula.

Jeśli o temat główny wycofanie się Tuska i wybór między Sikorskim a Komorowskim, to przeczytałam dyskusję z ciekawością i widzę, że głosy i argumenty są podzielone. Podoba mi się jednoznaczna opinia jsg - kocham Pałac Kultury, więc nigdy nie zagłosuję na Sikorskiego, czy obszerny komentarz dosada dlaczego Komorowski. Widzę, że sporą grupę zwolenników ma Olechowski. Ja też uważam, że ma on wysokie prezydenckie kwalifikacje, ale jakoś słabo wierzę w powodzenie tej kandydatury. W przeciwieństwie do S-21 nie sadzę, by kandydatką była Hanna Gronkiewicz-Waltz, jestem nawet przekonana, że nią nie będzie.

Nie wierzę też, jak część sposób Państwa, że Tusk ma w rękawie jakiegoś asa, chociaż wiara w tego trzeciego pojawiła się w sporej liczbie komentarzy. Stasieku ułożył swój ranking Olechowski, Sikorski, Cimoszewicz. Uważam, że to dobra lista, ale Komorowski też jest niezłym kandydatem. W moim najgłębszym przekonaniu Tusk nie będzie tu kierował się tym, kto mu będzie bardziej, a kto mniej powolny, ale kto ma realną szansę wygrania z Lechem Kaczyńskim. Dlatego nie zgadzam się zasadniczo z tkw, że Tusk namaści ostatecznie kogoś, kto z Kaczyńskim przegra, bo to dla niego najwygodniejsze, może bowiem udawać, że coś chce zrobić i nie robić nic. Tusk przyznaje, że chce pełni władzy i nie widzę w tym nic zdrożnego. Po to są partie i ich liderzy, aby takie rzeczy mówili, aby władzę zdobywali. Na tym polega demokratyczny porządek.

Sporo racji ma henryk, gdy dziwi się tej wielkiej krytyce Tuska i łatwym zapomnieniu o rządach Kaczyńskiego. Ja nie ukrywam, że rządy PiS wyjątkowo mi się nie podobały z bardzo wielu powodów, o których przez lata dyskutowaliśmy i chciałaby wreszcie rządu, który byłby mało widoczny, nie ingerujący w życie obywateli bez potrzeby. Taki jest na razie rząd Tuska, co nie znaczy, że nie widzę wielu błędów, niekonsekwencji, czy wpadek. Generalnie rządzenie pragmatyczne, a nie ideologiczne podoba mi się i uważam, że przywołanie przez premiera zdania Graya, które Państwo cytujecie, na czym polega dobra polityka jest trafne.

tkw pisze, że Tusk mógłby być prezydentem pozostając liderem partii. W Polsce jest jednak inna tradycja i tych funkcji pogodzić się nie da. Kwaśniewski wystąpił z partii, co nie znaczy, że nie był blisko swojej formacji, ale wpływ na bieżące kierowanie nią utracił. Kaczyński jest za blisko brata i skutki widzimy, nawet gdyby chciał lub był samodzielny i tak będzie postrzegany jako realizator polityki brata. Rozważania czy kandydatem mógłby być Tadeusz Mazowiecki, co proponuje Monteskiusz, wydają mi się spóźnione. Może 5 lat temu taka dyskusja miałaby jakiś sens. Teraz już nie ma, także ze względu na wiek i stan zdrowia. Nie sądzę, aby Jan Krzysztof Bielecki (o tym pisze hematemesis) został kandydatem. Sam zapewne nie chce i nie wiem, czy byłby do zaakceptowania. JKB jest ponadto człowiekiem władzy wykonawczej i mógłby być oczywiście premierem, choć źle się czuje w polityce partyjnej i sam dobrze zdaje sobie z tego sprawę.

Nie rozumiem, dlaczego tak denerwuje się przeciek. Moim zdaniem nie grozi nam żadna zapaść cywilizacyjna, dekada marazmu, nie zmieniamy się w niczyją kolonię. Przeciwnie uważam, że możemy odnosić spore sukcesy. Gdy spojrzeć na krajobraz europejski szansa jest wyjątkowa. Bardzo dobry komisarz do spraw budżetu Janusz Lewandowski, gwiazda na tle innych komisarzy, Jerzy Buzek jako przewodniczący PE, 50 osobowa reprezentacja eurodeputowanych. Naprawdę wiele można zdziałać. Słusznie jednak Państwo, m. in. jerzy i Pioniu zwracają uwagę, że trzeba wreszcie tych europarlamentarzystów zacząć rozliczać, gdyż część z nich wpatrzona jest w politykę krajową i nią żyje, chce w niej uczestniczyć nie interesując się sprawami naprawdę dla Polski w Europie ważnymi. Jest już cała grupa, która zasłużyła na żółte kartki, myślę, że im bliżej będzie kampanii prezydenckiej tym ta grupa stanie się bardziej w Polsce aktywna. Dziś już podobno jest tak, przyjeżdżają do Brukseli listę podpisują, pieniądze kasują i do Polski bawić się we własnym grajdole. Myślę, że publikacji o europosłach będzie przybywać, co nie zmienia faktu, że mogą zaprzepaścić polskie szanse. Już dziś słyszę opinię, że poprzednia reprezentacja była lepsza, co może wielu zdumiewać, gdyż przynajmniej nie przenosiła wewnętrznej polityki do PE, a ta przenosi.

Jestem winna nieco obszerniejsze wyjaśnienie Karwojowi8, z którym czasem się zgadzam, czasem zupełnie nie, ale który ciągle ma mi coś za złe. Rozumiem, że różnimy się poglądami, co nie znaczy, że mamy być dla siebie nieuprzejmi. Otóż gorąco popieram pana komentarze dotyczące odebrania przez ministra Klicha biura gen. Jaruzelskiemu (cieszę się, że we wpisach wiele osób to zauważyło). Uważam to za skandal i tak też publicznie mówię, m. in. w Poranku Tok FM. Nie zgadzam się, że w sprawie senatora Piesiewicza panuje jakaś szczególna hipokryzja w PO. Ja w sprawie immunitetu Piesiewicza też mam uczucia mieszane. W końcu to on jest ofiarą szantażu. Najbardziej bronią go zresztą senatorowie Andrzejewski i Romaszewski z PiS, a nie koledzy z PO. Uważam, że tu najpierw trzeba ścigać szantażystów.

Wyjaśniam przy okazji, że żadna komisja śledcza łącznie z tak chwaloną rywinową nie budziła mojego entuzjazmu. Do rywinowej miałam stosunek wyjątkowo krytyczny, nawet wówczas, kiedy całe środowisko dziennikarskie piało z zachwytu, jakie to mechanizmy państwa zostają ukazane. Moim zdaniem komisje nie pokazują mechanizmów, ale psują państwo. Nie dyskredytuję wszystkich członków komisji i za najsłabszych uważam tych z PO, chwalę na przykład przewodniczącego Sekułę, gdyż jest pierwszym, który stara się przestrzegać prawa. Wszyscy inni się bali. Że jestem w tej sprawie w mniejszości, to już inna sprawa. Często bywam w mniejszości i nawet to lubię. Zdania na temat komisji nie zmieniam, bez względu na to, czym i kim się kolejna zajmuje.

W kwestii prezydentury też zawsze miałam zdanie ugruntowane, uważam powszechne wybory prezydenckie za niepotrzebne, widziałam jak je wprowadzono, żeby Tadeusz Mazowiecki został prezydentem, co było pomysłem od początku chybionym. Mazowieckiego mogło wybrać tylko Zgromadzenie Narodowe. Uważam, że prezydent nie powinien być w aż tak dużej części władzą wykonawczą, weto zawsze uważałam za instrument politycznej destrukcji. Choć oczywiście zdarzało się, że publicznie do prezydenta apelowałam o weto, na przykład w sprawie wyjątkowo marnej ustawy o komisjach śledczych. Rozumiem Aleksandra Kwaśniewskiego, który ganiąc Tuska, (ja zresztą też uważam, że przesadził z obniżaniem rangi prezydentury) broni 10 lat, udanego pobytu w Pałacu, ale Kwaśniewski miał ponad 70 proc. społecznego poparcia i to obecny prezydent sprawił, że urząd ten cieszy się takim “prestiżem”, jakim się cieszy. Można nie lubić Tuska, można się z nim zasadniczo nie zgadzać, ale ma wiele racji w tym, co mówi o prezydenturze.

Komorowski czy Sikorski

2010/02/1, poniedziałek

Janusz Palikot, który uwielbia być pierwszym, natychmiast po rezygnacji Donalda Tuska z ubiegania się o prezydenturę ogłosił, że kandydatem PO na prezydenta będzie Bronisław Komorowski. A nawet dał do zrozumienia, że jest już umówiony, iż to on będzie szefem jego sztabu wyborczego. Wynika to zapewne z bliskich relacji obu polityków, w tym ze wspólnych polowań. Palikot sensacji w gruncie rzeczy nie powiedział, bowiem dość powszechnie właśnie na Komorowskiego wskazywano, jako na kandydata rzec można naturalnego. Chociaż wskazywano jednocześnie na Radosława Sikorskiego, który stał się politykiem najpopularniejszym i we wszystkich badaniach prognostycznych w drugiej turze najwyżej - po Tusku oczywiście - zwyciężał Lecha Kaczyńskiego.

Mnie też Komorowski wydał się kandydatem naturalnym z wielu powodów. Jeżeli prezydentura ma być zwieńczeniem politycznej kariery, to przypadek Komorowskiego jest wręcz modelowy. Członek wielu gabinetów, od rządu Tadeusza Mazowieckiego poczynając, minister obrony, marszałek Sejmu - czyli druga osoba w państwie - a więc stąd do prezydenckiego pałacu już tylko krok. Im dłużej przyglądam się jednak obu kandydatom, tym bardziej zastanawiam się, czy jednak Sikorski jest rzeczywiście bez szans? Odkładam przy tym na bok spekulacje, komu Tusk bardziej ufa (że nie stanie się dla niego konkurencją), kto ma mniejsze zaplecze w PO (bo im mniejsze tym dla Tuska lepiej). Podejmując decyzję o nie kandydowaniu, premier zburzył wiele schematów, które na dobre zagnieździły się w głowach komentatorów. Zwłaszcza zaś ten, że dba wyłącznie o swoją karierę i wygodę. Dziś Tuskowi musi zależeć na jednym: aby jego kandydat pokonał Lecha Kaczyńskiego. Tylko to może umożliwić mu przeprowadzenie całego planu politycznego, który przedstawił.

Patrząc z tego punktu widzenia można oczywiście zakrzyknąć, że tylko Komorowski, bo Sikorski wprawdzie popularny, ale trochę narwany, za młody, politycznie nie do końca jeszcze dojrzały i w Platformie jest od niedawna. Wprawdzie Komorowski do założycieli PO też nie należał. Przyszedł, nie bez wahań, wraz z SKL Jana Rokity. Ale wydaje się, że jest od zawsze. Jest stateczny, choć potrafi być bojowy. Zwłaszcza w potyczkach z PiS nie odpuszczał, ale to jednak nie on chciał “dorzynać pisowskie watahy”, które to powiedzenie do dziś tak braci Kaczyńskich boli.

Więcej woli walki z kandydatem PiS może mieć więc Sikorski. Bo też nikogo tak jak jego prezydent Kaczyński i jego dwór nie sponiewierali, w dużej części z powodu kompleksów wobec młodego, dobrze wykształconego, władającego świetnie językami obcymi polityka. Paniczyk? Można było usłyszeć jak niejeden prezydencki urzędnik wymawiał to określenie z pogardą, a słynne już przesłuchanie z pytaniem - czy zna Rona Asmusa? - przejdzie do ksiąg prezydenckich kompromitacji. Jako minister obrony w rządzie PiS Sikorski był rzeczywiście jakby z innego świata, z innego porządku. Z trudem mieścił się, a raczej się nie mieścił, w pałacowym prowincjonalizmie.

Rzecz jednak nie tyle w cechach obu kandydatów, które są wprawdzie różne, ale na różnych poziomach porównywalne, ale w przesłaniu, jakie ma nieść ta kandydatura. Nie jest bowiem tak, że każdy z Kaczyńskim wygra. Na razie Tusk poprzewracał sondaże i na nowe, takie które powiedzą już coś trwalszego o zupełnie nowej sytuacji, trzeba będzie czekać dwa, trzy miesiące. Byłabym bardzo ostrożna w prognozowaniu, że już po Lechu Kaczyńskim jako prezydencie, gdyż jest po prostu niewybieralny. Wiele zdarzyć się może, a sprawowanie urzędu prezydenckiego akurat aż tak bardzo nie zużywa, daje nawet pewne preferencje. Lech Kaczyński nie tylko sobie, ale i swojemu bratu oraz całej jego partii, zawdzięcza dramatycznie niskie notowania. Nawet, jeśli on sam zachowa się jak należy, choćby tak jak po rezygnacji Tuska, kiedy to komentarzach był bardzo powściągliwy, to wiadomo, że zaraz do boju ruszy PiS i prymitywizmem argumentacji wszystko popsuje. Tym razem politycy PiS też oczywiście nie zawiedli. Nawet ci najbardziej przytomni wygłaszali teksty jak z najmarniejszego kabaretu, co było wyrazem kompletnej politycznej bezradności. Tak jakby wpadli w stan zbiorowego oszołomienia.

Jakie więc przesłanie może towarzyszyć kandydaturze Komorowskiego? Zachowawczość, kontynuacja, przewidywalność, godne reprezentowanie, choć ze znajomością języków u marszałka chyba raczej słabo. Także brak woli do prowadzenia własnych politycznych gier ( tu zachęcać może zaprzyjaźniony Palikot), gdyż był w polityce wystarczająco długo, aby w nazbyt licznych grach uczestniczyć. To taka solidna, nieco konserwatywna prezydentura.

Sikorski jest nieco mniej przewidywalny i to nie w tym sensie, że nagle weźmie i zbuduje sobie partię. Aleksander Kwaśniewski, ale także Lech Wałęsa, mogą zapewne długo opowiadać, czy akurat Pałac jest dobrym miejscem do budowy partii. Raz spróbowali to robić bracia Kaczyńscy, ale Wałęsa ich natychmiast ze swojej siedziby wyprosił. Sikorskiemu zdarzały się już pospieszne wypowiedzi, które najszczęśliwsze nie były, także zbyt pochopne czyny. Niewątpliwie jest nadzwyczajnie ambitny, co jest zaletą, ale być może i wadą. Sikorski jednak może być dla wyborcy atrakcyjny, gdyż jego kandydatura niosłaby ze sobą nie tylko znakomitą znajomość europejskich i światowych salonów i gabinetów, ale także pewną świeżość, nowoczesność, byłaby bardziej skierowana w przyszłość niż w przeszłość.

Gdy wziąć pod uwagę, że do wygranej PO w wyborach parlamentarnych przyczynili się w dużej części ludzie młodzi, nowocześnie myślący o przyszłości, dla których świat stoi otworem, a kariera Sikorskiego może być przykładem, że jednak “Polak potrafi” i może bardzo dużo osiągnąć, to kto wie, czy nie warto jej poważniej wziąć pod uwagę. Wydawać by się mogło, że młody zamożny człowiek z amerykańską żoną i synem w elitarnej angielskiej szkole jest w Polsce kandydatem nie do zaakceptowania. Ale kto wie? Polacy słynęli także z fantazji, a nie tylko z przywiązania do zaścianka. W każdym razie para premier Tusk, prezydent Sikorski byłaby w polityce europejskiej i nie tylko bardzo ciekawa i z pewnością jeszcze bardziej skuteczna. Tak czy inaczej pospekulować warto, do czego Państwa zachęcam. PO zaś musi zrobić porządne badania, na czym się tak naprawdę - ta dość dla mnie nieoczekiwana popularność Sikorskiego, która wcale nie musi się przekładać na dobry wynik wyborczy - opiera . To jedna z większych zagadek. Czyżby tak bardzo pomogło mu nękanie przez prezydenta Kaczyńskiego i jego urzędników? Może to Sikorski stał się symbolem walki z państwem PiS?

PS. Do bardzo licznych wpisów odniosę się przy okazji następnego blogu. Postaram się wyjaśnić w redakcji, jak to jest z tymi wpisami Lustra, czy nie można części kasować, bo są takie same. Ktoś z Państwa policzył, że ostatnio 15 razy było to samo, co jest po prostu wyrazem chamstwa, niestety w anonimowym Internecie dość częstego. Rozumiem, że chodzi o to, by już na początku zamulić dyskusję i zniechęcić innych. Na razie mam propozycję, po prostu omijać, tak jak ja omijam nie czytając i wtedy cała para Lustra idzie w gwizdek.

Wyłączyć hazardową?

2010/01/25, poniedziałek

Poseł Bartosz Arłukowicz zapewnił, że wyłączy się z przesłuchania pani Anity Błochowiak, która też ma być świadkiem przed komisją śledczą, a on rozmawiał z nią wcześniej na te tematy. Wyłączy się więc dla czystości sprawy.

Zapewne w swoim mniemaniu postąpił szlachetnie, ale mnie akurat mocno rozśmieszył. Jeżeli poseł Arłukowicz, z zawodu lekarz, chciał coś wiedzieć o hazardzie i pracach nad ustawami na ten temat, a ta wiedza do pracy w komisji była mu niezbędna, to akurat pani Błochowiak jest nieocenionym źródłem informacji, bowiem nad nimi przez lata pracowała. Podobnie jak poseł Marek Wikiński, do którego napisała SMS omyłkowo wysłany do posła Chlebowskiego, skutkiem czego te kontakty zostały ujawnione. Swoją drogą, że też przebywający w Londynie poseł musiał mieć informacje z przesłuchania Chlebowskiego przekazywane z dokładnością co do minuty, jest dość ciekawe.

Jeżeli ktoś każe mi wierzyć, że we wszystkich klubach potencjalni świadkowie komisji przez te wszystkie miesiące ze sobą nie rozmawiali, to chyba urządza sobie kpiny. Jestem pewna, że rozmawiali, i to nie raz. Przecież przez kilka tygodni był to jeden z głównych tematów i wiadomo było od dawna, że wszyscy, którzy kiedyś zmagali się z tymi ustawami lub widzieli się jako możliwi świadkowie byli nieocenionymi źródłami informacji, zapewne różne wersje ustalano, różne cele zakładano. W każdej bowiem partii od lat jest grupa zajmujących się hazardem. W SLD była to właśnie pani Błochowiak, pan Wikiński, pan Jaskiernia, okazuje się, że w PO właśnie Chlebowski, w PiS - jak się dowiadujemy - Gosiewski i zapewne inni, przeważnie członkowie komisji finansów publicznych.

Każda partia musiała też przyjąć jakąś strategię działania. I to bez względu na to, czy jej przedstawiciele w komisji są wystarczająco sprawni, czy nie. Generalnie, nikt nie jest sprawny, najsłabsi, bo nawet walczyć nie potrafią, są pewnie z PO, a najciekawszy marszałek Stefaniuk, nie ukrywający, że został przymuszony do tej roboty.

Czy w związku z tym uważam, że wszyscy, którzy nad ustawami pracowali i teraz ze sobą rozmawiają, są bohaterami jakichś afer? Posłami skorumpowanymi? Wcale tak nie uważam. Za chorą uważam natomiast sytuację, w której każdy, kto zetknął się hazardem lub ustawodawstwem regulującym tę sferę, traktowany jest jako potencjalny klient wymiaru sprawiedliwości, a nawet jako już skazany przestępca. Bez sądu i bez odwołania. Na razie w sprawach hazardowych nikomu nie postawiono żadnych zarzutów, wiadomo, że kierowane pod adresem Jaskierni podejrzenia, że przyjął 10 mln łapówki były bzdurą używaną w celach politycznych, bo akurat trzeba było jeszcze dobijać SLD.

Być może wszystkim się jakoś upiekło, bo organy ścigania były mało sprawne, ale taki mam już obyczaj, że dopóki komuś się zarzutów nie postawi, nie widzę powodu, by uczestniczyć w tej lawinie insynuacji, jaka zalewa media, którymi żywi się polityka.

Jeżeli jednak miałoby być tak, że każdy, kto z kimś rozmawiał o hazardzie będzie się wyłączać, to najlepiej od razu wyłączyć całą komisję, której jedynym dorobkiem na razie jest bezpłatna reklama pewnej warszawskiej restauracji. Nie jestem pewna, czy jest to zachowanie etyczne i co wolno posłowi aż tak szeroko reklamować, aby trzymać wysoki standard etyczny, ale właścicielka restauracji powinna im stawiać bezpłatne kolacje (ewentualnie lunche), bowiem nie wszyscy kolacje jadają. Pani Kempa wyznała na przykład, że nie je kolacji, ponieważ się odchudza. To wyznanie było jednym z ciekawszych w dorobku tak zwanej hazardowej.

W ogóle mam wrażenie, że najciekawsze nie jest to, co widzimy, ten cały zewnętrzny polityczny teatr, ale to, co dzieje się wokół. Te nerwowe telefony do przeróżnych ekspertów czy byłych lub potencjalnych świadków, aby sprawdzić informacje, bo wcześniej się do pracy nie przygotowano. Na przykład ostatnio, po kilku godzinach, ocknął się poseł Wassermann, który zaczął dezawuować jakąś ekspertyzę CBA pokazaną przez Chlebowskiego. Czy poseł Wassermann nie powinien był wyłączyć się, gdy omawiano sprawy związane z działalnością służb specjalnych, których był koordynatorem? Dlaczego jako koordynator tej ekspertyzy wcześniej nie zdezawuował tylko pozwolił, aby żyła życiem publicznym, choć pisana była podobno na podstawie niewiarygodnych donosów? Czy niewiarygodnych donosów w CBA nie sprawdzano tylko od razu umieszczano je w dokumentach, stemplowano pieczęcią i sprzedawano jako prawdę objawioną?

Jest wiele bardzo pytań, które oczywiście ani o krok nie przybliżają nas do wyjaśnienia, co to jest afera hazardowa i czy w ogóle taka afera była, są jednak na poważnie analizowane przez grona polityków i co gorsze, komentatorów, a także tak zwanych dziennikarzy śledczych, którzy szukają luk, strzelają datami, zapowiadają, jakich to sensacji możemy oczekiwać, kto i kiedy się rozsypie i tworzą swoje - podobno logiczne - nie do rozerwania łańcuchy zdarzeń. Oczywiście, dobrze jest jeszcze przed przesłuchaniem kogoś ważniejszego zdołować bardziej, jak to spróbowano, być może skutecznie, z Drzewieckim przy pomocy brata mającego kłopoty w wymiarem sprawiedliwości. Z nadzwyczajnie obszernych publikacji wprawdzie nic o samym świadku nie wynika, ale przecież najważniejszy jest klimat wokół osoby.

***

Jeśli zaś mowa o klimacie, to zima w Małopolsce jest wspaniała. W sobotę jechałam pociągiem (superpunktualnym, dwie i pół godziny jazdy) z Krakowa do Warszawy. Takie widoki drzew obciążonych śniegiem i lodem, gnących się pod tym ciężarem aż do ziemi i mieniące się w pełnym słońcu są nie do zapomnienia. Podobnie jak druty trakcji elektrycznej całe oblodzone i migocące w słońcu, niczym diamentowe naszyjniki. Nareszcie prawdziwa zima, choć właśnie w Małopolsce to klęska. Aż dziwne, że kiedyś z takimi właśnie zimami byliśmy zżyci, były one czymś normalnym i jakoś klęsk nie ogłaszano.

***

Sporo w Państwa komentarzach na temat komisji hazardowej i cieszy mnie taki zdroworozsądkowy, nie poddający się medialnym emocjom ton tych wypowiedzi.

Kartka z podróży zwraca na przykład uwagę na notatkę wiceministra Kapicy, ogłoszonego prawie świętym od hazardu, słusznie zauważając, że takie notatki, nie będące żadnymi dokumentami, urzędnicy chętnie piszą, aby mieć potem usprawiedliwienie na wszelki wypadek, dla świętego spokoju. Ale zawsze można coś wyciągnąć w odpowiednim momencie, jak zrobił to Kapica. Dla mnie ta notatka też nie ma żadnego znaczenia, ale nie należę do grupy pościgowej i raczej zgadzam się z Sebastianem, że tydzień był raczej drętwy.

Monteskiusz ma rację, tak zwani śledczy (że też posłowie nie protestują, gdy tak się ich nazywa, określenie “śledczy” jakoś niepokojąco kojarzy mi się z okresem minionym), są bardzo słabi, źle przygotowani, albo po prostu mało utalentowani. Ich polityczne przytyki czy złośliwości są niezwykle niskiej jakości. W sumie niczego nowego do naszej wiedzy o tak zwanej aferze hazardowej nie wniesiono, bo być może nie było nic nowego do wniesienia, oprócz znakomitej formy posła Chlebowskiego, który - jak widać - odporny jest na wielogodzinne przesłuchania. Co do oceny CBA, moje zdanie się nie zmienia. Od początku uważałam, że tworzy się policję polityczną, politycznie zaangażowaną i że będą z tego kłopoty. Mogę nawet powiedzieć, że mam dziś satysfakcję, iż na moje wyszło.

Krzyhoo zwraca uwagę, że CBA nie jest jedyną służbą tego typu. Oczywiście o tym, że mamy zbyt wiele służb specjalnych, które chyba niewiele robią wiemy od dawna. Nikt jednak nie chce tego stanu zmienić, mimo bardzo dużej fali krytyki, a uporządkowanie tej sfery jednak by się przydało. Dla mnie problem z CBA nie polega na tym, że ta służba istnieje, ale że istnieje właśnie jako policja polityczna i w stopniu minimalnym zajmuje się tym, czym powinna - profilaktyką lub wykrywaniem przestępstw trudnych do wykrycia, bo wymagających analizy wielu dokumentów. Tu chłopcy lubią akcje widowiskowe.

Co do samej uchwalonej już ustawy o hazardzie, o której pisze Adam 2222, podejrzewam, że to kolejny bubel, ale mało się na tym znam. Czytam jednak coraz gorsze opinie. Może jednak są sponsorowane?

Nemer bardzo ciekawie i różnych komisjach, w tym zwłaszcza o badającej sprawę Krzysztofa Olewnika. W pełni podzielam poglądy na temat roli rodziny i tego układu, który tam panował, ale rodzina wyrobiła już sobie immunitet i rządzi śledztwami, komisjami śledczymi, a media za nią biegają. Ja uważam to za sytuację chorą. Opowiadał mi chyba Ryszard Kalisz, jak odbyła się wizyta rodziny u niego i dlaczego tak bardzo rodzinie podpadł. Ich wyobrażenia o rządach ministra rzeczywiście były co najmniej dziwaczne, miał wziąć natychmiast telefon i wydać wszystkim służbom polecenia. Widocznie u nich w terenie tak było. Nie zrobił tego, to od razu winny.

Torlinie, bardzo proszę, niech Pan się nie wyłącza, zresztą nie za bardzo rozumiem skąd tyle rozgoryczenia. Nie jest prawdą, że tu sami nienawistnicy zostali. Proszę zresztą wziąć pod uwagę apele innych, na przykład Monteskiusza.

Pojawiło się kilka ciekawych komentarzy na temat referendum w Łodzi. Bardzo ciekawy opis tego, co się tam wydarzyło, przygotowała nam Katarzyna (dzięki). Nie mam wrażenia, że dyskusja w TOK FM była jakaś jednostronna, zresztą akurat część dyskutantów jest z tym miastem związana i podkreślano nawet, że jedynym, który chciał coś dla miasta zrobić sensownego, był Grzegorz Palka. Oczywiście, że ta cała akcja ze świętem Trzech Króli to był absurd i walka o popularność, że uroczystości upamiętniające gehennę Żydów interesują wąskie grono. Mój jakiś osobisty sentyment do Kropiwnickiego, z którym nie zgadzam prawie w żadnej sprawie, wynika zapewne z długiej znajomości. Wiem też, że gdyby PO wystawiła do walki Cezarego Grabarczyka, to wygrałby bez problemów. Ja jednak uważam, że Grabaczyk zupełnie dobrze radzi sobie w Ministerstwie Infrastruktury, czym różnię od wielu komentatorów i tak zwanych specjalistów.

Stary Polaku z PRL, ja dalej nie rozumiem słów Kaczyńskiego, że Kropiwnicki wygrał moralnie. Dla mnie to za duża zagadka. Wypowiedzi Kowala, że wybory na Ukrainie to zwycięstwo pomarańczowej rewolucji nie słyszałam, ale jest śmieszna. W ogóle Kowal czasem jak coś powie, to już… powie. Zresztą u nas przyjęło się takie tłumaczenie, że te wybory to krok do przodu, bo kiedyś były fałszerstwa, a teraz mniej więcej demokratycznie i trudno się z tym nie zgodzić.

Citaro, jednak taktyka wzywania prze Kropiwnickiego i jego zwolenników do pozostania w domach podczas referendum nie sprawdziła się i to jest miara politycznej skuteczności. Zresztą, sama byłam zdziwiona, że tyle osób wzięło udział w referendum i w końcu chyba więcej głosów padło teraz za jego odwołaniem, niż wówczas, gdy był wybierany.

Maćku g. nadal nie obawiam się dyktatury jednej partii. W Polsce zawsze będą jakieś koalicje, no i oczywiście nie widać w innych partiach braci bliźniaków, co oznacza, że jednak może być normalniej. Powiem więcej, w dużej przewadze jednej partii widzę szanse na zmiany i modernizację, gdyż możliwości kooperacji wielu podmiotów politycznych sprawdzamy właśnie z coraz gorszym skutkiem.

Będzie się działo?

2010/01/17, niedziela

W tym tygodniu komisja hazardowa ma przystąpić do prawdziwej pracy - przesłucha Mariusza Kamińskiego, Zbigniewa Chlebowskiego, Mirosława Drzewieckiego, zaraz potem Grzegorza Schetynę, a może i samego premiera.

Komisja, wedle opinii części mediów już się zrehabilitowała spokojnie przesłuchując ministrów finansów, a do reszty skompromitowała się PO wzywając świadków, do których nikt nie miał żadnych pytań. Doprawdy jak niewiele trzeba. Wystarczy przywrócić Kępę z Wassermannem, zadać trochę pytań nie poprzedzonych politycznymi deklaracjami (na te jest miejsce w tak zwanych kuluarach i telewizyjnych oraz radiowych studiach), by osiągnąć prawie stan szczęśliwości.

Otóż dla mnie komisja się nie zrehabilitowała. Przeciwnie, uważam, że Kempa z Wassermannem nie powinni w niej zasiadać, ministrowie nic nowego mi nie powiedzieli, a jakaś notatka ministra Kapicy, że Chlebowski interesował się ustawą też mną nie wstrząsnęła. Od początku przecież wiadomo, że się interesował. W sumie uważam, że niczego nie wyjaśniono, niczego nowego nie odsłonięto, a tylko chwilowo zmniejszono temperaturę politycznego sporu. W tym tygodniu ona wzrośnie.

O wiele bardziej zaintrygowało mnie zdanie posła Arłukowicza, który na moje pytanie, czy potrafi już powiedzieć, co to jest ta afera hazardowa pewnie odparł, że to nie jest żadna sprawa Chlebowskiego, bo ona ma znaczenie drugorzędne, albo nie ma znaczenia, że to raczej “afera stylu”, czyli coś, co na miano porządnej afery nie zasługuje, a rzecz cała w sposobie pisania ustawy, czego akurat pechowy poseł nie robił. Czy to afera czy nie, nikt nie wie. Ważne są podobno wnioski na przyszłość. Jestem więc tak samo mądra jak po aferze Rywina, której do dziś nie rozumiem, ale wniosków dotyczących pisania ustaw też nie widzę, zwłaszcza tych zrealizowanych.

Najbardziej ciekawi mnie więc, co posłowie odsłonią i czy w ogóle są zdolni, by coś odsłonić z działań CBA. Co rusz bowiem dowiaduję się ciekawych rzeczy o tej służbie. Oto na przykład Gazeta Wyborcza poinformowała, że wykasowano jakąś bazę GPS, która mogła służyć pomocą w ustaleniu, jak poruszali się szefowie tego biura, czy np. jeździli do siedziby PiS. Może nie jeździli, szef za to często widywany był u prezydenta, co pewnie żadną tajemnicą nie jest, a przynajmniej być nie powinno. Najciekawsze bowiem jest, kto w tym biurze pracował, a pracowali urzędnicy ratusza miejskiego oraz dzielnicowych, oczywiście z czasów, gdy prezydentem stolicy był Lech Kaczyński. Przy okazji informacji o wykasowanych GPS - ach okazało się na przykład, że w CBA pracowała pani z jakiegoś dzielnicowego ratusza, która strzegła informacji, choć nie miała do tego uprawnień, co mnie zresztą nie dziwi. Po co komu uprawnienia w służbie, która może o sobie powiedzieć “państwo to ja”, a wszędzie są zaufani z ratusza, tej wielkiej kuźni kadr.

Wydaje mi się, że przegląd wielkich operacji CBA dostarczyłby nam o wiele więcej radości niż przesłuchanie pana Chlebowskiego. Sąd warszawski na przykład nie może przesłuchać nagrań pani Sawickiej i jej agenta - amanta, tak bardzo są nieczytelne. Same szumy i trzaski. Proces się przeciągnie, bo ktoś musi wreszcie zrozumieć, co nagrano. Afera jest, ale co nagrano, nie wiadomo. Nieszczęsny właściciel domu w Kazimierzu, za sprzedaż którego państwo Kwaśniewscy nie chcieli wziąć łapówki, musi wystąpić o unieważnienie transakcji, ale nie może wystąpić, bowiem agent Tomek w swej prawdziwej postaci jest chroniony tajemnicą wieczystą, a postaci w jakiej dom kupował nie występuje i na razie skarb państwa opłaty wnosi.

Mam nieodparte wrażenie, że to była bardzo przyjemna i wysoce rozrywkowa służba. Na dodatek nieźle opłacana. Chłopcy się zabawili jak trzeba, narozrabiali, może ktoś jakiś film na ten temat by zrobił? Grupa ożywionych jedną myślą ideową kolegów, połączonych przeszłymi dokonaniami w innych służbach oraz instytucjach rzuca się na nową ważną instytucję państwa (nawet pisze sobie własną ustawę, jak Totalizator pisze to źle, a jak Kamiński dla siebie to dobrze?) i zaczyna w niej produkcje kabaretowe - czyż to nie jest ciekawy temat? A piszę o tym byśmy w powodzi afer nie zapomnieli, że być może jest afera ciekawsza od tak zwanej hazardowej i wielu innych, czyli afera CBA. Tam to dopiero odchodził hazard. I jakoś chętnych do śledzenia nie widać.

***

Bardzo wiele Państwa komentarzy dotyczyło tego, czy Tusk powinien wystartować w wyborach prezydenckich i jaki układ (Tusk - Olechowski, Cimoszewicz - Tusk) byłby optymalny. Nie wracam do tego tematu, przynajmniej na razie, zwłaszcza, że napisałam też tekst na ten temat do nowego numeru “Polityki”. Powiem więc tylko, że bardzo podobały mi się niektóre analizy Państwa, na przykład to, co napisali halen, Luster, parker, kostel, waga - rowicz, Sebastian, ale także kilka innych. MS słusznie zwraca uwagę na kwestie międzynarodowe, akurat wyrażono uznanie dla Tuska przyznaniem mu medalu Karola Wielkiego.

Katarzyna chyba trafnie odczytuje konstytucyjny manewr Tuska z osłabieniem pozycji prezydenta, ja też mam podobne odczucia. MS uważa, że kandydatem mógłby być Władysław Bartoszewski. Mnie wydaje się to niemożliwe, przede wszystkim z uwagi na wiek. Kilka lat temu tak, teraz już nie.

Tylko przeciek trwa przy swoich stereotypach o Tusku, ale to jego opinia i niech tak zostanie. Chyba kostel zauważa nie wykorzystanie Zdrojewskiego. Przyznam, że dla mnie to też jest dość zagadkowe, dlaczego Zdrojewski nie jest rozpatrywany jako poważny kandydat do premierostwa. Nie znam na tyle wewnętrznych uwarunkowań w PO, aby móc coś z sensem i prawdziwie na ten temat powiedzieć, ale rzecz jest zastanawiająca i nie uważam, aby rozstrzygające były tu jakieś intrygi Schetyny, który jest politykiem bardzo pragmatycznym.

Stasieku, czy nam się podoba czy nie etykiety partyjne są ważne i będą odgrywały swoją rolę w wyborach. Przy powszechnej krytyce partii, Polacy na nie głosują i bez partii żadnego systemu demokratycznego się nie zbuduje. Nie zgadzam się z opinią Aleksandra Smolara, że projekt PO nic nie oznacza, że służy tylko utrzymaniu władzy. W końcu każda partia walczy o władzę i chce ją utrzymać. Nie zgadzam się z twierdzeniami, że “ten rząd nic nie robi”, bo takie zdanie to łatwizna. Może robi za mało, jak każdy rząd, ale coś robi. Mnie wystarczy przejście przez trudny rok suchą nogą, emerytury pomostowe, powolne odbudowywanie służby cywilnej, zawarcie ugody z Eureko, wynegocjowanie pakietu klimatycznego, dobre wydatkowanie funduszy unijnych, uspokojenie polityki.

A przecież przykładów może być więcej. Ciągłe przywoływanie KRUS już mnie nudzi, zwłaszcza, że zapomina się, ile trzeba dopłacać do ZUS. Olechowskiego nie skreślam, ale nie wiem, czy on sam się nie skreśli. Jakoś nie jestem przekonana, że ma determinację, by walczyć o prezydenturę.  Może się mylę, bo przecież kampania się jeszcze praktycznie nie zaczęła.

Wieśku59 nadal jestem zdecydowaną przeciwniczką okręgów jednomandatowych. Nie jest prawdą, że wpuszczają jakichś nowych ludzi. Cementują układ partyjny, czego dowodzą przykłady krajów, w których taka ordynacja obowiązuje. Proszę spojrzeć na nasz Senat, jest zdominowany przez dwie partie, a przecież wybory do Senatu są prawie w okręgach jednomandatowych. Senat to zupełnie dobry poligon doświadczalny. Może być ktoś, kto ma furę pieniędzy (Stokłosa) albo szyld partyjny. Torlinie, nie wiem skąd te obawy przed dyktaturą, gdyby jedna partia miała prezydenta i większość. Tak przecież już było - SLD i Kwaśniewski, Kaczyński i PiS.

W Polsce zawsze pewnie będą koalicje, gdyż nie widać, aby ktoś samodzielnie mógł rządzić po wyborach. Są niezależne, a nawet szalejące przeciwko każdej władzy media, są sądy i trybunały, które wprawdzie nie zawsze nas zadowalają (zachowanie TK w sprawie ustawy obniżającej emerytury byłym funkcjonariuszom SB to kompromitacja), ale jednak często bardzo dobrze wywiązują się ze swojej roli. Ten straszak wielkiego zagrożenia monopartyjnością wydaje mi się kompletnie pusty i nadużywany w celach propagandowych.

Nemer przytacza cytaty z dawnych, z 1992 roku wystąpień czy artykułów Tuska, które jak rozumiem mają dowieść, że jest na pasku Niemca, a raczej Niemki, Angeli Merkel. Teza nie nowa, ale z poglądami Tuska na temat roli regionów, regionalizacji i niebezpieczeństw wszechwładzy centrum akurat się zgadzam. Mam kłopot z tym cytatem na temat polskości, gdyż nie znam całego kontekstu. Może coś jednak jest na rzeczy nawet, jeśli jesteśmy bardzo dumnym narodem. Warto pomyśleć.

Stary Polaku z PRL - ma pan rację, przeprosiny Ziobry dokonane w takiej formie, czyli bez klasy i formy sprawiły, że rzecz nabrała rozgłosu, ale jednak Ziobrze powinno być wstyd. Z tym, że chyba nie jest mu wstyd, pewnie uważa, że jest taki sprytny. Zauważyłam jednak, że w PiS Ziobro nie jest traktowany zbyt poważnie. To media przydają mu wagi, nawet typując do prezydentury, co jest dość śmieszne, ale czy to pierwsza śmieszność w naszym życiu publicznym?

Villain 12 pyta, po co Chlebowski to zrobił? To dobre pytanie. Z głupoty, dla jakiegoś nieznanego nam interesu? Myślę, że po prostu chciał pokazać, że znaczy więcej niż znaczył. Ciekawą analizę tej rozmowy znalazłam w “Przeglądzie”. Tam bardzo logicznie wydedukowano, że nie chodzi o żadną ustawę, ale o koncesję, której MF nie chciało komuś dać, mimo że ten ktoś wygrał sprawę w sądzie. Czyli znaczyłoby to, że Chlebowski interweniował w słusznej sprawie, ale powinien był to zrobić w formie pisma do MF, czy przynajmniej notatki. Byłoby po sprawie. Pomysł stworzenia mapy, pokazującej gdzie pracują rodziny i krewni polityków to horrendum. Coś takiego chciała chyba kiedyś zapisać Pitera w ustawie antykorupcyjnej, która gdzieś tam leży w szufladzie. Na szczęście. Nie dajmy się zwariować.

Tusku, nie musisz?

2010/01/10, niedziela

Już ponad rok temu, po kilku rozmowach z premierem miałam wrażenie, że Donaldowi Tuskowi wcale nie spieszy się zbytnio do prezydentury, że poznał smak realnej władzy i coraz częściej widzi jak nudne i nieproduktywne jest życie w Pałacu Namiestnikowskim, które absorbuje głównie otaczający prezydenta dwór, jest miejscem intryg i podchodów. Bo gdy realnej roboty niewiele, aktywność skupia się właśnie na intrygowaniu.

Kiedy mówiłam, a być może nawet pisałam o tym, zawsze spotykałam się z odporem: Tusk jest politykiem leniwym i nie marzy o niczym innym niż wypoczynek w dużym pałacu. Ponadto rzecz całą nakręcały sondaże badające szanse w pojedynku Kaczyński - Tusk. Ciągle też słyszałam argument, że kto raz wybory przegrał, ten będzie bezwzględnie startował jeszcze raz, choćby po to, by udowodnić swą wyższość. I rzeczywiście, logika polityczna stała się taka, że mamrocząc o tym, że potrzebny jest ktoś trzeci wszyscy powtarzali, że najpierw trzeba rozstrzygnąć: Kaczyński czy Tusk?

Całe rzesze komentatorów tę sytuację podgrzewały twierdząc, że praca rządu jest podporządkowana wyłącznie przyszłej prezydenturze, czy tak zwanemu “piarowi”, co świadczyło głównie o niemożności uwolnienia się myślowego od schematów i spojrzenia na sytuację, jako na dynamiczną, a na Tuska jak na polityka, który na stanowisku premiera przeszedł długą drogę i teraz ma już świadomość, co znaczy podejmowanie decyzji państwowych i jak mało kreatywna jest prezydentura. I to nawet nie dlatego, że akurat prezydentem jest wielki hamulcowy, ale dlatego, że taka prezydentury uroda i takie kompetencje. Silne w destrukcji, nijakie w budowie. Posada prezydenta jest oczywiście bardzo wygodna dla dworu, bo wówczas nawet ryzyko przegranej w wyborach parlamentarnych nie ma większego znaczenia. Ale oczywiście tylko dla nielicznych, na wygodnych posadach.

Z tym większym zainteresowaniem odbieram teraz sygnały, pochodzące także coraz śmielej od premiera, że być może PO zdecyduje się na innego kandydata, że premier swoją decyzję ogłosi już wkrótce, a nie dopiero w maju. To przyspieszenie może wskazywać, że w PO, a przynajmniej w kręgach kierowniczych tej partii, to prawda, że ostatnio nieco zdezintegrowanych, serio zaczęto myśleć, że Tusk powinien poprowadzić partię do wyborów parlamentarnych, a o prezydenturę może powalczyć ktoś inny, pod warunkiem, że będzie miał szansę wygranej w Lechem Kaczyńskim, gdyż to dla Platformy jest warunkiem zasadniczym. Wzmocnione prezydencką wygraną PiS, może też łatwiej uzyskać dobry wynik w wyborach parlamentarnych, co byłoby poważnym problemem. Wprawdzie zdolność koalicyjna partii Jarosława Kaczyńskiego bardzo nie wzrośnie, ale jednak koalicja medialna z lewicą pokazała, że różne układy są możliwe, nie bagatelizowałabym również tego, co dzieje się w samym PiS, gdzie już wytworzyła się pewna masa krytyczna powodująca zmiany. Powołanie Grażyny Gęsickiej na szefową klubu jest posunięciem zręcznym i może dobrze się tej partii przysłużyć. Bez wcześniejszego kontestowania pozycji Jarosława Kaczyńskiego przez sporą grupę członków jego partii awans Gęsickiej nie byłby możliwy.

Scenariusz, że Tusk nie wystartuje staje się zupełnie realny, ale trzeba do niego zacząć przyzwyczajać wyborców, a także partię, w której opinie rozkładają się różnie i rozleniwiona faktem, że ma pewniaka na prezydenta. Grzegorz Schetyna na przykład twierdzi, że tylko Tusk na prezydenta, Janusz Palikot, że absolutnie nie Tusk. Oczywiście większe wpływy w partii ma Schetyna, ale widać, że i on, poraniony usunięciem ze stanowiska wicepremiera, być może nawet bardziej niż się to początkowo wydawało, wpływów absolutnych już nie ma. Zapewne większość nie ma zdania, co Tusk powinien zrobić, albo po prostu przywykła, że wystartuje. W ogóle ten układ sił w dość słabym merytorycznie klubie PO jest interesujący, podobnie jak to, do jakiej rozgrywki, do jakiego podziału łupu do Tusku (nawet, jeśli jest to na razie tylko dzielenie skóry na niedźwiedziu) szykują się główni aktorzy.

W każdym razie im bliżej wyborów, tym więcej chętnych do dzielenia i pytania: kto premierem, a kto szefem partii, pojawią się regularnie. Każdy z kandydatów liczy swoje hufce, lub próbuje je dopiero stworzyć. Jeżeli jeden fakt, jakim stało się odejście Jana Krzysztofa Bieleckiego, bardzo bliskiego, zaufanego przyjaciela premiera, ze stanowiska prezesa Pekao uruchomił tyle spekulacji i taką grę wewnątrzpartyjnych ambicji, to można sobie wyobrazić, co będzie się działo dalej. Oczywiście niezłym wyjściem byłoby kierownictwo kolektywne, ale przy obecnie rządzących emocjach i krzyżujących się nadziejach nie ma nie zbyt wielkich szans. Sondażowa sytuacja pcha więc Tuska do prezydenckiej rywalizacji, polityczny rozsądek nakazywałby zajęcie się partią i szukanie innego kandydata. Ciekawe, co powie sobie w końcu premier: Tusku musisz, czy: nie, Tusku, nie musisz. Wydaje się, że zaczyna dojrzewać ta druga odpowiedź.

***

Nie ukrywam, że temat powyższego komentarza pośrednio wywołała ciekawa analiza sytuacji politycznej, jakiej dokonał waga - rowicz. Trochę już na ten temat pisałam w “Polityce” i cieszę się, że stasieku uważa koncepcję prezydent Olechowski - premier Tusk za pożyteczną i ciekawą, chociaż moim zdaniem jest ona nierealna. Przy całej sympatii dla Olechowskiego nie widzę u niego obecnie prezydenckiego potencjału, raczej stawiałabym na kogoś z PO, bo jednak etykieta partyjna jest niezwykle ważna, mimo że wszyscy narzekają na partie.

Wracając zaś do Państwa komentarzy. Widzę, że jednak sytuacja radiowej Trójki pobudziła dyskusję. Nie niestety Trójki słucham bardzo mało, raczej już upodobniłam się do m^2, który woli radio Classic, mimo że i ono ostatnio jakoś się popsuło. Szatkują tę muzykę strasznie, widać, że jednak komercja ma swoją siłę, ale i tak są lepsi niż inni. Nie leję więc nad żadnymi mediami elektronicznym krokodylich łez, drogi Panie, po prostu piszę jak jest. Podobnie jak Yankee uważam, że abonamentu już nie powinno się płacić, wystarczająco dużo płacę co miesiąc telewizji kablowej, niech sobie radio i telewizja ściągają od nich opłaty, ale strasznie trudno z abonamentu, jeżeli już się go płaci, zrezygnować. Byłam kiedyś na poczcie świadkiem, jak chciano wyrejestrować odbiorniki i ilość formalności przeraziła mnie. Słusznie zresztą zauważa Yankee, ale nie tylko on (na marginesie dyskusji o usunięciu Magdy Jethon), że jeżeli pisowcy tak bronili Skowrońskiego, to dlaczego nie przywracają go na stanowisko, tylko postawili na Sobalę. Wtedy jednak w obronę wdało się głównie towarzystwo z innych mediów (Mash ma zapewne rację, gdy pisze, że Jethon jest bardziej autentycznie bezpartyjna niż Skowroński), a teraz wypowiedzieli się prawie wszyscy dziennikarze Trójki, co nareszcie sprowokowało SDP do reakcji i zaprotestował nie tylko oddział warszawski, ale i zarząd główny dotychczas zajmujący stanowiska głównie w sprawach lustracji. Tak go przynajmniej pamiętam. Oczywiście nie ma to znaczenia, bo podział jest polityczny i tyle. Polecam zresztą Państwu trafną charakterystykę Trójki dokonaną przez korka.

Mój apel do pana Szmajdzińskiego ( zauważył to Jur, chcący, jak rozumiem mediów apolitycznych, mnie chodzi o to, by były bezpartyjne i mądrzejsze, bo polityczne zawsze będą) był czysto retoryczny, bowiem to on zapewniał, że żadnego politycznego podziału łupów w mediach nie będzie i on tego nie zaakceptuje. Jak widać akceptuje. Przy okazji, sporo trafnych ocen na temat Szmajdzińskiego sformułował Sebastian. Ja też mam wrażenia, że płaci on wysoką cenę za przyjemność bycia kandydatem SLD na prezydenta. Również przy okazji, przeproszę Karwoja8, który zamieszcza wiele interesujących komentarzy na blogu, a ja go ciągle łączę z obroną Napieralskiego. Doprawdy, sama nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Przyrzekam, że będę się bardziej pilnować.

Przy okazji wrócił temat ustawy medialnej i że PO zdradziła SLD. Otóż bardzo dobrze, tym, którzy tak twierdzą, np. markerek222, czy Jean Paul odpowiedziała Katarzyna i nie widzę powodu, aby przytaczać znane argumenty. Przy drugim wecie poszło rzeczywiście o zmniejszenie sumy na media publiczne, ale przy pierwszym tylko i wyłącznie o stanowiska. Napieralski chciał oddania mu czterech albo pięciu ośrodków regionalnych, na co PO się nie zgodziła. Rzeczywiście premier nie ma parcia na przejmowanie mediów publicznych (co zauważa norma), ale to nie znaczy, że parcia takiego nie ma wielu działaczy PO. Ktoś z Państwa posłużył się celnie przykładem pana Jurgielańca z PO umieszczonego na posadzie w radiu. Jak widać zresztą teraz nadal idzie wyłącznie o stanowiska i o nic więcej, jeśli nie liczyć wołania o dofinansowanie z budżetu dla nowej koalicji medialnej, co uważam, za szczyt bezczelności, zwłaszcza w przypadku w telewizji, która ściąga z rynku najwięcej reklam. The menthorze głęboko się Pan myli, niestety, etaty partyjne tępię na każdym kroku i we wszystkich partiach, są na to liczne dowody, choćby teksty w “Polityce”. To jest właśnie dla mnie problem polskiej demokracji, to łapczywe rzucanie się na państwo jak na partyjny łup. Natomiast nie wiem, jaka śmieszność tkwi w moim stwierdzeniu, że prezes Polskiego Radia jest z lewicy, ale jest fachowcem, co wytyka mi Wirr. Nie znaczy to oczywiście, że ma charakter i możliwości, aby być samodzielnym.

Torlinie zaczekajmy na nową ustawę medialną szykowaną przez twórców. Tam ma być podobno jakaś rada mędrców wybierających zarząd. Słabo w te pomysły wierzę, ale szans nie przekreślam z góry. Gregu, zauważyłam, że IPN zamknął śledztwo w sprawie przywódców III Rzeszy z powodu ich śmierci, co nadaje się głównie do kabaretu. Gdyby tak jeszcze ktoś zamknął cały ten pion śledczy IPN, ale PO się nie odważy, choć szacunek należy się posłowie Rybickiemu, że przeprosił za to, że PO głosowała na Kurtykę. Nie wiem tylko czy zgadza się z nim poseł Gowin, wielbiciel Kurtyki. Niemniej wystąpienie sejmowe posła Rybickiego było bardzo dobre. Wolałabym, aby projektu lewicy o likwidacji IPN nie odrzucano w pierwszym czytaniu, ale aby oba skierować do komisji, może wówczas coś lepszego by się urodziło, a przynajmniej likwidacja tej prokuratury lustracyjnej. Tyle, że były to projekty dość trudne do pogodzenia.

Puzonie, dzięki za informacje o Unii Pracy. Szkoda, jednak, że tej działalności nikt nie widzi, w PES są przedstawiciele czy przedstawiciel tej partii, bo startowali z list SLD, co niego jednak rangę całej partii pomniejsza. Przemku76,dobrze, że chociaż pan się ze mną w tylu sprawach zgadza. Dzięki. Panu Janowi Banachowskiemu mogę odpowiedzieć tylko, że nikogo, także lustra z blogu usuwać nie będę, zresztą to lustro pisze ciągle to samo i to po kilka razy. Nie ma obowiązku czytania wszystkiego, a polemizowanie wydaje mi się bez sensu, bo przecież nie o polemiki chodzi, ale o to, aby mi naubliżać, do czego jakoś tam przywykłam i nie robi to na mnie wrażenia.

Stasieku proponuje, że skoro piszę blog rzadziej, abym skupiała się na tematach bardziej ogólnych, uniwersalnych. Myślę, że Państwo byście się zanudzili. Rzeczywiście piszę rzadziej, bo czytam wszystkie komentarze i staram się przynajmniej na część odpowiedzieć, co wymaga sporo pracy i czasu. Taką jednak od początku przyjęłam zasadę i nie chcę jej zbyt często łamać. Zresztą Państwa komentarze są ciekawe, czasem inspirujące i uważam, że skoro ktoś mnie o coś pyta a mogę odpowiedzieć, to powinnam to zrobić.

Pani Magdo, nie pani pierwszej to powiem

2010/01/2, sobota

Zanim napiszę pierwsze zdanie dzisiejszego komentarza, życzę Państwu Wszystkiego dobrego na Nowy Rok.

Pomyślności, politycznie dobrych wyborów, bo nie jest prawdą, że nie mamy wyboru. Mamy go i zapewne będzie jeszcze większy. Dziękuję za liczne życzenia, miło mi, ze mój blog stał się miejscem, gdzie wymieniliście życzenia między sobą, nawet różniąc się w tylu sprawach. Dzięki także za przygany, że rzadko piszę. Rzeczywiście, to mi się czasem zdarza, chociaż staram się. Ostatnio okres świąteczny jakoś blogowi nie sprzyjał, a ponadto czasem mam takie poczucie, że już wszystko zostało skomentowane.

No, ponadto nie jestem tak pracowita, jak red. Passent, którego paolo stawia mi za wzór. Nie podejmuję żadnych noworocznych zobowiązań, ale proszę mi wierzyć - nawet, jeżeli nie piszę, to czytam Państwa komentarze. Mogę tylko powiedzieć: postaram się Państwa nie zaniedbywać, ale też zapraszam do normalnej ?Polityki?, gdzie również piszę i nie wydaje mi się stosowne powtarzanie tego samego w Internecie. A teraz do rzeczy…

***

Szefowa radiowej Trójki Magdalena Jethon jest kolejną ofiarą medialnej koalicji PiS - SLD. Wprawdzie jako szefowa programu radiowego miała bardzo dobre wyniki, przybyło słuchaczy, którzy zresztą bardzo pięknie się spisali i przeznaczyli kilkaset tysięcy złotych na wsparcie finansowe programu, ale jakie to ma znaczenie?

Polityczny wymóg był taki, że pani Magda, jako politycznie mało zaangażowana, nie znalazła się “na rozdzielniku” koalicji medialnej SLD z PiS-em. Sojusz wziął radio jako całość i jego pierwszy program, a PiS miał obiecaną Trójkę i dostał ją. SLD umów z PiS-em dotrzymuje, zwłaszcza gdy te umowy mają konkretny, mierzony stanowiskami wymiar. Nowy naczelny od dawna uchodzi za pupila partii Jarosława Kaczyńskiego, z jej nadania kierował już różnymi programami w tym radiową Jedynką, którą właśnie odzyskuje Sojusz, i musiano znaleźć dla niego miejsce. Rzecz nie jest więc skomplikowana, jest po prostu oczywista.

Zapewne prezes radia, podobno zresztą bardzo rozsądny fachowiec związany z lewicą, mocno się wstydzi, bo któż przyzwoity nie wstydziłby się znajdując się w sytuacji, gdy wyrzuca się ze stanowiska osobę bezpartyjną, fachowca, by wstawić funkcjonariusza, ale w końcu to Rada Nadzorcza dokonuje zmian, a ona nawet nie raczyła uzasadnić tego, co zrobiła.

I w gruncie rzeczy dobrze, że nie uzasadniła, bo powiększyłaby tylko piramidę kłamstw, jaka rośnie wokół nie istniejącej jakoby koalicji medialnej Sojuszu z PiS-em. Po zwolnieniu pani Magdy rzecznik PiS, pan Błaszczak znów w żywe oczy zapierał się, że jakaś koalicja z SLD istnieje. Jeżeli o niej nie wie, to chyba powinien zrezygnować z funkcji. Jak tu rzecznikować, gdy nie ma się podstawowych informacji, czy po prostu nawet nie ma się odrobiny wdzięku, by z przymrużeniem oka skłamać, którą czynność w SLD już opanowano.

Dziennikarze Trójki i osoby z tym programem związane ogłosiły list protestacyjny, w którym stają za panią Magdą i jej dokonaniami oraz przypominają, że media publiczne nie są własnością żadnej partii, ale że są właśnie publiczne. Miły to gest, ale - pani Magdo, nie pani pierwszej to powiem: będzie on zupełnie nieskuteczny. Pani los został przesądzony, gdy koalicję zawierano, a media publiczne po prostu nie istnieją. Powoływanie się na to, że coś jest medium publicznym świadczy albo o naiwności, albo o desperacji, którą oczywiście można zrozumieć. Ponadto list skierowano do złych adresatów - do marszałka Sejmu i premiera. Tymczasem należało go skierować do panów Kaczyńskiego, Napieralskiego i Borysiuka, który stał się najbardziej wpływowym człowiekiem w Polsce, gdy idzie o rozdawnictwo posad w mediach. To te osoby się ułożyły, czasem za pośrednictwem pełnomocników i one o losie Trójki zadecydowały.

Nie od rzeczy byłoby też skierować ów list do tych wszystkich, którzy apelowali do pana prezydenta o zawetowanie ustawy o radiofonii i telewizji, wśród których była wcale spora grupa twórców, często zresztą przez Trójkę hołubionych. Mają, co chcieli… Można, a nawet powinno się apel skierować do kandydata na prezydenta, Jerzego Szmajdzińskiego, który zapowiadał, że nie wybaczy Napieralskiemu, jeżeli okaże się, że zawarł koalicję medialną z PiS. Mało mu jeszcze dowodów? Niech przejdzie więc do działania i ją zerwie. Chyba jako kandydat na prezydenta sporo w swej partii może? Ostatecznie może nie kandydować, a próbować zachować jakieś standardy i przy okazji - twarz.

Kiedyś, kiedy jeszcze Rafał Grupiński z PO był ministrem w kancelarii premiera, miał dobry pomysł, aby to, co dziś stanowi media, zwane publicznymi, częściowo sprywatyzować, także w ten sposób, aby udziały w Trójce uzyskali pracujący tam dziennikarze, artyści, bo to program najbardziej autorski. PO jednak wyraźnie przestraszyła się własnej odwagi i natychmiast po upublicznieniu pomysłu wycofała się z niego, chociaż był zapewne najlepszy spośród dotychczas wymyślonych. Tak więc zamiast pani Magdy Jethon jest pan Jacek Sobala, który nie mógł zostać bez pracy i dyrektorskiego stanowiska.

W całej tej dość już zwyczajnej medialnej awanturze nurtuje mnie jedna myśl - dlaczego PiS akurat postawiło na Trójkę? SLD był tak silny, że uparł się na najbardziej słuchaną na prowincji Jedynkę, aby zwiększyć szanse Szmajdzińskiego. Jedynka do PiS bardziej pasuje. Trójka zawsze najbardziej pasowała do liberalnego centrum, a więc od biedy powinna przynależeć do SLD. Czy, mając Trójkę, PiS chce podjąć kolejną próbę trafienia do inteligencji? Jeżeli to był taki szatański pomysł, to wyrzucając panią Magdę Jethon zmarnowano go już na wstępie. Przecież to właśnie inteligenci są dziś najbardziej oburzeni i chyba jednak szanse na reelekcję Lecha Kaczyńskiego od tej zmiany nie wzrosną. Mogą nawet spaść. Przeciwnicy obecnego prezydenta mogą więc z nadzieją oczekiwać na dalsze efekty konsumpcji koalicji medialnej PO-PiS. Z sondażami jest marnie, a może być jeszcze gorzej…

***

Przeczytałam wszystkie komentarze i notki pod ostatnim moim komentarzem i myślę, że panu Arłukowiczowi zrobiłam bardzo dobrą reklamę. Może nawet lepszą niż ta, jaką daje mu komisja śledcza. Chyba powinien mi być wdzięczny. Józef, liberał, Wodnik53 to tylko kilka osób spośród tych, którzy zabrali głos w “sprawie Arłukowicza”. Specjalnie wzięłam to określenie w cudzysłów, bo bardziej chodziło mi o problem, niż o konkretnego działacza lewicy. Mnie też wydawało się, że to obiecujący młody polityk i prawdą jest to, co powiedziała o nim pani Jolanta Kwaśniewska w Superstacji (ktoś z Państwa to zresztą zauważył), że bardzo jej pomagał w różnych akcjach i bardzo go ceni. Niestety, tak już jest, że gdy ktoś wchodzi w tryby komisji śledczej - traci swoją osobowość, walka zaczyna mu przesłaniać wszystko. Może pan Arłukowicz chce za szybko zrobić karierę, ale zaczął mówić językiem PiS, zaczął się wręcz ścigać z PiS, tracąc własne zdanie i upodabniając się do tych tak zwanych młodych gniewnych z innych partii.

Słucham czasem, chyba we wtorki, w TOK FM takiej audycji, gdzie młodzi politycy omawiają bieżące wydarzenia i to jest jazgot nie do wytrzymania, z góry można przewidzieć, co kto powie. Niestety, pan Arłukowicz idealnie wpisuje się w tę stylistykę. Szkoda. Pan Stefaniuk z PSL jest bardziej doświadczony i w moich oczach to on zyskuje, dystansując się od bezsensownej bijatyki.

Tak na marginesie, odpowiadając chyba Józefowi, napiszę, że z pustosłowia Putry też żadnych myśli nie wyławiam, ale na to pokolenie już nie bardzo liczę. Pisałam bardziej o młodych. Skutek taki, że nie znam poglądów pana Arłukowicza w żadnej sprawie, wiem tylko, że jest dobry do bijatyki politycznej, a to mnie akurat zniechęca.

Przy okazji - dwa zdania o tak zwanej hazardowej. Moim zdaniem należałoby ją rozwiązać, albo niech już przesłucha premiera i da sobie spokój. W końcu chodzi tylko o Tuska i o nikogo więcej, nawet Chlebowski i Drzewiecki już nikogo nie interesują. Zresztą, ta niby-afera jest już zupełnie dla mnie jasna, uważam, że tu akurat żadnej afery nie było, a pomysł PO, że skompromituje Wassermanna czy Kempę bez sensu. Słuchałam trochę wynurzeń Wassermanna, które zrobiły taką karierę, że dobre. Otóż: były fatalne. Koordynator, który nic nie wie, o niczym nie słyszał, bo dbał o bezpieczeństwo państwa! Istne kuriozum. Nawet nie wie, że jego współpracownik poszedł pracować przy hazardzie. Dla mnie to kompromitacja, ale - jak widać - liczy się ogólne wrażenie, a wrażenie ogólne stworzyli posłowie PO, wykluczając PiS-owców z komisji, co było głupie. I teraz już nic nie będzie na poważnie. Ale będzie walka polityczna.

Karwoj8 znów mniej atakuje, że ja atakuję Napieralskiego. Nie wiem, dlaczego TVN 24 transmitowała tylko 15 minut Napieralskiego, nie słuchałam, potem przeczytałam to wstąpienie. Było po prostu nieciekawe. Podobno TVP Info transmitowała w całości, bo z przydziału jest dla lewicy, ale szefem jest Jacek Snopkiewicz, co napawa mnie optymizmem, bo bardzo go cenię. Jak słyszałam, najciekawsze było jednak wystąpienie Leszka Millera, który Napieralskiego postawił do kąta, jeśli idzie o polityczną rangę wystąpienia. Może Miller wróci na szefa SLD, w końcu jest politykiem jak się patrzy.

Puzonie, nie wiem, gdzie jest ta inna lewica. Nie słyszałam, by gdzieś w terenie istniała Unia Pracy. Adam Gierek na prezydenta? Słyszę o takim pomyśle od dawna, ale - proszę wybaczyć, Adam Gierek ma nazwisko po ojcu i tyle. Nie słyszałam żadnego jego wystąpienia, nic nie wiem o jego poglądach. To jakieś nieporozumienie. To tak jak jakiś inny Tusk dostał się do Sejmu z list PO i słuch po nim w parlamencie zaginął. Tylko młody Wałęsa stara się samodzielnie istnieć i czegoś się w polityce nauczyć. Ze sporym zainteresowaniem obserwuję drogę życiową Jarosława Wałęsy, może nie będzie pierwszoplanowym politykiem, ale widać, że chce się uczyć, rozwijać.

Joanno - mnie też rozczuliło CBA, troszcząc się o “zaniżenie wartości kolekcji orderów” przez prezydenta Majchrowskiego, akurat przed wyborami samorządowymi. Ziobro też się troszczył o Majchrowskiego przed wyborami. CBA dalej troszczy się w Sopocie o prezydenta Karnowskiego, mimo że jedną ze spraw prokuratura już umorzyła. Podzielam Pani obawy, że ta służba pod każdym kierownictwem będzie działała podobnie, bo jest policją polityczną i jako taka powinna zostać zlikwidowana i połączona z CBŚ, ale PO nie ma odwagi, aby to zrobić. No to ma tak zwaną aferę hazardową, a wszyscy się spodziewają, że będą mieli więcej afer czy niby-afer. Rzecz nie tylko w tym, kto stoi na czele, bo szef, nawet o wysokich kwalifikacjach, nad wszystkim nie jest w stanie zapanować, są różne ideowe inicjatywy oddolne, a tam do pracy oszołomionych politycznie przyjęto sporo.

Tak samo jest w prokuraturze, a proszę, jak mało uwagi opinia publiczna, w tym media przywiązują do wyboru prokuratora generalnego, chociaż to będzie jeden z najważniejszych urzędów w państwie. Praktycznie żadnej dyskusji o kandydatach, nawet ten monitoring Helsińskiej Fundacji i Forum Obywatelskiego Rozwoju nie budzi zainteresowania. Coś mi się wydaje, że będziemy mądrzy po szkodzie.

Sporo było o parytetach. Ja już się nie wypowiadam, wiadomo, że jestem za. Przykład audycji red. Lisa z Kempą i Piterą zacytowany przez Kartkę z podróży mnie nie przekonuje. Jeżeli będzie trochę więcej kobiet, może pojawi się konkurencja dla Pitery czy Kempy. Oraz paru innych pań, które Państwo wymieniacie, czyli parytet na listach wyborczych byłby jednak potrzebny. Zgadzam się akurat z ocenami tych osób, ale mogę przytoczyć listę panów o podobnych zaletach. Tylko co z tego wynika? Że panowie mogą być awanturnikami, i to niemądrymi, a wśród kobiet awanturnice nie mogą się zdarzać?

Selassje pyta mnie o opinię w sprawie aktu łaski prezydenta dla tych, którzy popełnili lincz we Włodowie. Otóż jest to niewątpliwie gest mający podtekst wyborczy, ale nie bardzo mnie on bulwersuje. Prezydent zastosował długi, 10-letni chyba okres próbny. Za skandaliczne uważam jednak to, co wyczyniały media, kreując zabójców na bohaterów, te rzewne sceny powitań, to rozkwitające dzięki prezydentowi rodzinne szczęście, ten powrót “normalności”, to było po prostu oburzające. Ten akt łaski powinien był skończyć się na przeczytaniu przez lektora dwuzdaniowego komunikatu i tyle. Ale o kondycji mediów rozmawiamy sobie często i moją opinię w tych kwestiach Państwo chyba znacie.

Dlaczego Cimoszewicz nie zadzwonił

2009/12/13, niedziela

On ma prawo nie znać mojego numeru telefonu, ale mógł wysłać do mnie swojego asystenta, który powiedziałby: “Słuchajcie towarzyszu Arłukowicz, marszałek Cimoszewicz nie jest z was zadowolony”. Miałbym wtedy szanse zastanowić się nad sobą. Ale on mi wpakował dwoję do dziennika, nie zwracając na mnie uwagi. Tak w rozmowie z dziennikiem “Polska” mówi pan poseł Bartosz Arłukowicz wylewając żale, że Włodzimierz Cimoszewicz ostro rozprawiał się z SLD.

Pan Arłukowicz wprawdzie do SLD formalnie jeszcze nie należy, ale wierzy, że jedynym wyjściem dla lewicy jest Sojusz z Grzegorzem Napieralskim na czele. Ma do tego prawo. Arłukowiczowi zdecydowanie nie podobają się PO i Tusk. Tusk jest chyba mniej niż zero, w każdym razie plastikowy, miałki, poglądowo, nijaki i podobny “do nikogo”, jest gorszy niż Doda, bo nawet prowokować nie potrafi, chociaż kiedyś urzekał pana posła  umiejętnością manipulowania opinią publiczną. Teraz już nie urzeka.

PO zaś jest obła, śliska, jest masą, która się podporządkuje oczekiwaniom zewnętrznym. Po przeczytaniu tych wszystkich wynurzeń czekałam na jakieś własne credo polityczne pana posła, nowej lewicowej gwiazdy, który jednego dnia udziela wywiadom aż dwóm sporym gazetom, bez przerwy króluje w telewizji i bardziej staje się twarzą SLD niż Grzegorz Napieralski.

To taki paradoks, formalnie bezpartyjny Arłukowicz staje się ważniejszy niż szef partii, głównie dzięki zapotrzebowaniu na, odpowiednio twarde wypowiadanie się w sprawie komisji hazardowej, której jest członkiem. Czekałam, czekałam i nie doczekałam się, bowiem o swych poglądach nie powiedział nic. Może więc słusznie Cimoszewicz nie zadzwonił, nie posłał asystenta tylko wpisał dwóję do dziennika. O czym miałby rozmawiać, czy Wassermanna i Kempę słusznie usunięto z komisji śledczej, czy Tusk jest z plastiku, a Napieralski autentyczny? Więcej tematów we wspomnianych rozmowach nie znalazłam, wyjąwszy może kwestię neutralności światopoglądowej państwa (Arłukowicz jest za, ale bez wojowania).

Nie mam nic osobiście do posła Arłukowicza. Przeciwnie, jestem mu nawet wdzięczna, gdyż rok temu ratował mnie z zaziębienia skutecznie zalecając zupełnie dobry syrop. Rozumiem, że w przyspieszonym tempie uczy się opozycyjnego radykalizmu od PiS, bo w końcu gdzieś musi znaleźć wzorce. Wprawdzie stawia na SLD, ale Sojusz też na razie nie może się pozbierać i nie bardzo wie, co ze swoją opozycyjnością zrobić. Rozumiem też, dlaczego znalazł się w SLD. Przedstawił mi go kiedyś  Napieralski (wówczas poseł był się jeszcze w partii Marka Borowskiego) zapowiadając, że to nowy nabytek Sojuszu.

Obaj są ze Szczecina, wspólnie podróżowali i Napieralski likwidując resztówki po partii Borowskiego przygarnął, czy też namówił Arłukowicza do wstąpienia do klubu poselskiego SLD, aby wzmocnić swoją drużynę młodych, aktywnych, drapieżnych. Arłukowicz nieźle się prezentuje, sam zresztą we wspomnianym wywiadzie nie bez dumy mówi, że przed kamerą jest dobry. Rozumiem, dlaczego jak lew broni istnienia komisji hazardowej. Urok kariery Rokity nie mija, choć czas Rokity dawno minął.

Poseł Arłukowicz zaciekawił mnie dlatego, że jest typowym przedstawicielem pokolenia młodych polityków. Mocny w słowach, radykalny, ugodzić potrafi, ale co więcej? To samo można zresztą powiedzieć o Joachimie Brudzińskim, Sławomirze Nitrasie, czy Grzegorzu Napieralskim, który ostatnio jakby nieco złagodniał. Tak się zresztą składa, że wszyscy pochodzą ze Szczecina i jakby byli na jedną miarę szyci, choć Arłukowicz jest z wykształcenia lekarzem, a nie politologiem czy historykiem jak pozostali.

Tę listę można dowolnie poszerzać, także terytorialnie, bo Szczecin, mimo że specyficzny nie jest absolutnie wyjątkowy. W innych regionach też wielu zaskoczeń nie będzie. Czasem można nawet odnieść wrażenie, że przynależność jakiejś osoby do danej partii jest dziełem przypadku, a nie świadomego wyboru ideowego, którego tak bardzo ponoć posłowi Arłukowiczowi brakuje.

Może oni wszyscy nie wiedzą, że są już z plastiku i ciągle wydaje się im, że są z metali wyjątkowo szlachetnych? Może to po prostu nieuchronność współczesnej polityki, która ideowców nie potrzebuje, bo w coraz większym stopniu jest przedsiębiorstwem lepiej lub gorzej zarządzanym, ale z górą pieniędzy w kasie?

I właściwie, po co ktoś taki, jak Cimoszewicz miałby dzwonić i mówić towarzyszowi o błędach, jakie popełnia. Czy zaganiany między telewizyjnymi i radiowymi studiami, ten do którego zadzwoni będzie miał czas, by ewentualne uwagi przemyśleć? On musi mieć przecież te trzy, cztery kwestie, aby politycznemu przeciwnikowi dołożyć z odpowiednią siłą i odpowiednio go sponiewierać. Nikt niczego innego od niego nie wymaga. Ma być ostro, agresywnie i głośno. Wtedy jest widowisko, a wraz z nim może i kariera przyjdzie.

******************************************************

Państwa komentarze zostały zdominowane przez dwie kwestie, zakup szczepionki i wybór przyszłego prokuratora generalnego. Sprawę szczepionek, a konkretnie powściągliwości w jej kupowaniu przez rząd rozpoczęła Helena ostrym atakiem na minister Kopacz. Pani minister znalazła jednak spora grupę obrońców, ja zresztą też się do niej zaliczam.

Wydaje mi się, że w tej sprawie bardzo celny jest komentarz Starego Polaka z PRL. Nie ukrywam, że rola Marka Balickiego wydaje mi się nie mniej dziwna, niż owo donoszenie do prokuratury przez RPO. Do komentarzy na temat pana rzecznika Kochanowskiego, a pisze o tym m. in. Kecaj, już się odnosić nie będę. Poczekajmy, bo zapewne swoją aktywnością znów da nam wiele powodów do radości i znów sobie coś z przyjemnością skomentujemy.

Z tą szczepionką sprawa nie jest prosta, ludzie wcale się masowo nie szczepią, wiele krajów, które kupowały miliony dawek ma teraz kłopoty, a stopień skuteczności bez różnych niedobrych następstw jest niewyraźny. Ostatnie dni przyniosły sporo dowodów, że to jednak minister zdrowia miała rację. Za zresztą od początku uważałam, że szczepionka nie powinna być wyłącznie na zamówienia rządowe, ale ewentualnie być w normalnej sprzedaży. W ogóle z tą grypa więcej chyba było medialnej histerii niż realnego zagrożenia.  Tak to przynajmniej wygląda dotychczas.

Sprawa wyboru nowego prokuratura generalnego jest wielkiej wagi. To będzie jeden w najważniejszych urzędów w państwie. Nie jestem aż taką pesymistką jak Monteskiusz, który już mówi o porażce, ale myślę, że nie będzie o nią trudno. W przeciwieństwie do the mentora nie widzę w gronie kandydatów kolesiów Tuska i PO, widzę za to sporą grupę kolesiów (że posłużę się formą autora komentarza) Ziobry i PiS. Niektórzy nawet piszą o tym wyraźnie i zapewniają, że prezydent z pewnością ich powoła.

Czosnkowi odpiszę, że nikomu nie odmawiam prawa startu w tym konkursie, ale kto był zausznikiem Ziobry jest dla mnie zdyskwalifikowany jako kandydat do tej funkcji, nawet jeśli ma wiele prokuratorskich zalet. Na tym urzędzie zauszników politycznych nie potrzeba. Zgadzam się z winkowi, że prezydent mianuje kogoś bardzo ideologicznego, jeżeli taki kandydat zostanie zgłoszony. Nie mam wątpliwości, że wybierze kogoś bliższego sobie ideowo, nawet jeśli będzie to osoba o ewidentnie niższych kwalifikacjach. Już przecież mówi się powszechnie, że żadnych szans nie ma obecny prokurator krajowy Edward Zalewski, akurat jeden z najlepszych kandydatów z grona prokuratorów. Nie przypadkiem od dawna jest niszczony przez niektóre, co bardziej zaprzyjaźnione z PiS media.

Oczywiście, tu zgoda z parkerem, że być może wśród kandydatów są bardzo dobrzy, ale ich jeszcze nie znamy. Przesłuchania odbędą się w styczniu i wówczas sytuacja stanie się jaśniejsza, gdyż dziś można się opierać na listach motywacyjnych i opiniach środowiskowych, które nie muszą być obiektywne. Niemniej z początkowego zamiaru, aby na czele nowej prokuratury stanął ktoś z nazwiskiem i autorytetem nie powiódł się.

Ma rację Kartka z podróży, gdy apeluje o przyjrzenie się karierom kandydatów, liczbie zastosowanych przez nich aresztów, wyniki prowadzonych spraw itp. Dziennikarze to już po części robią, chociaż na razie głównie opierają się na listach motywacyjnych nadesłanych przez kandydatów. W tym gronie są też sędziowie, których wyniki trudniej ocenić. Sam pomysł łączenie lub rozdzielania funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, o tym pisze trochę się bryg ma swoją długą historię.

Rzeczywiście nasz dotychczasowy system stawał się coraz większym kuriozum, bo Europa szła w stronę rozdzielenia, ale u nas w PRL był rozdział i o z tego? Brak pomysłu zaowocował tym, że prokuratury w ogóle nie wpisano do konstytucji i teraz mamy tak śmieszną sytuację, że w konstytucji jest KRRiT, zupełnie skompromitowana i taką już pozostanie, jest Rada Bezpieczeństwa Narodowego, która faktycznie nie istnieje, a nie będzie jednego z najpotężniejszych urzędów w państwie, czyli prokuratora generalnego.

Arturze, rzeczywiście nie pytałam ministra Kwiatkowskiego o tę formułę konkursu i to dość świadomie. I tak nie dostałabym żadnej wyraźnej odpowiedzi. Wiem, że minister jest członkiem KRS i tym bardziej w obecnej sytuacji musi być powściągliwy w słowach. Skądinąd wiem, że tę nieszczęśliwą formułę wynaleziono podobno dla większej przejrzystości, ja myślę, że także trochę ze strachu przed odpowiedzialnością, bo odpowiedzialność i to polityczna Krajowej Rady Sądownictwa jest obecnie ogromna. Ja w dalszym ciągu uważam, że nie powinno być konkursu otwartego, ale negocjacje z wybranymi osobami, a potem jakaś prezentacja, chociaż coraz bardziej wątpię, czy na przykład sędziowie Sądu Najwyższego w ogóle zdecydowaliby się nawet na rodzaj konkursu zamkniętego. Nie mają żadnej motywacji, oczywiście poza ewentualną ambicja, aby porwać się na coś poważnego i społecznie pożytecznego.

Karwoju8, nigdy i nigdzie nie wyśmiewałam się z posłanki Błochowiak w komisji rywinowskiej, coś się Panu najwyraźniej pomyliło. Zawsze uważałam, że palnęła kilka gaf, ale była zupełnie dobra i merytoryczna. Raczej była tematem drwin przewodniczącego Nałęcza. Uważam też za głupi ruch odsunięcie tej pisowskiej dwójki od komisji hazardowej, ale ja w ogóle uważam, że wszystkie te komisje są bez sensu i jestem za ich likwidacją. Od dawna, od czasu rywinowej właśnie, więc trudno mi zarzucić brak konsekwencji w tej akurat sprawie. Przy okazji, przeciek pisze, że trzeba rozpędzić IPN. Ponieważ nie wydaje mi się to proste na początek warto zlikwidować pion prokuratury lustracyjnej, za tym lobbuję, by użyć tego niebezpiecznego słowa. Robię to publicznie i przy każdej okazji.

Gruby pyta o sprawy Kwaśniewskiego z doniesienia Sakiewicza. Otóż tyle było tych spraw, że się gubię. Wiem, że umorzone jest wykształcenie i fundacja Amicus Europae, ale tam chyba szło o ten komitet młodzieży jeszcze z PRL. Myślę, że sam Kwaśniewski już nie wie, co jest na jakim etapie, ale trzeba przyznać, że ostatnio sporo spraw jest wyjaśnianych. Na przykład Ugier został uniewinniony. Ale nie wiem co z prokuratorem, który oskarżał, czy miał chociaż jakąś dyscyplinarkę, bo sprawa od początku była dęta.

Owalu40, nie mam żadnego wpływu, które Państwa komentarze są zamieszczane. Ja nie wierzę w żadną cenzurę, czy świadome eliminowanie kogoś, czasem może coś nie zostać zamieszone z powodu nadmiaru chamstwa. Za taką cenzurą opowiadam się zdecydowanie. My piszemy pod nazwiskami, niech chamstwo też ma nazwisko.

Małgorzato70, nie wiem dokładnie ile sms- ów przychodzi podczas programu “Puszki”, wydaje mi się, że rozpiętość jest duża, czasem słyszę, że 2 tys. czasem, że kilkaset, ale jakoś tego nie sprawdzam, bo wynik nie jest oczywiście reprezentatywny i do żadnej wielkiej wiarygodności nie aspiruje. Wiernie oddaje tylko głosy z sms-ów.

Czas ludzi dzielnych

2009/12/2, środa

Zupełnie nieoczekiwanie objawiło się nam grono ludzi niesłychanie dzielnych.

Najpierw objawili się kandydaci do stanowiska prokuratora generalnego, którzy postanowili odmienić oblicze tego urzędu, już oczywiście po jego uniezależnieniu od jakiejkolwiek politycznej podległości. Wprawdzie, patrząc na ostatnie poczynania prokuratury, można odnieść wrażenie, że dzielności jej ostatnio zdecydowanie przybywa, skoro odważyła się po latach umorzyć śledztwo w sprawie najsłynniejszego hotelowego piętra w Polsce, mając świadomość, że za chwilę były minister sprawiedliwości uzna to za skandal i brak woli do walki z korupcją, co jest zarzutem najcięższym z ciężkich, ale jednak to nie to, co będzie po 1 kwietnia.

Na marginesie, czy aby Sejm świadomie ten termin przyjął jako nowy początek? Od 1 kwietnia niezależność będzie tak ogromna, że aż strach. Tym bardziej cenić trzeba dzielność 16 śmiałków i śmiałkiń, którzy aplikacje do Krajowej Rady Sądownictwa złożyli, tym bardziej, że w większości są to talenty nie odkryte lub niestety w zbyt dużym stopniu odkryte. Sporą grupą ruszyli na przykład prokuratorzy “ziobrowi”, w tym pan Engelking - autor multimedialnego przedstawienia z owego słynnego hotelowego piętra, który oczywiście nigdy w życiu nie skalał się żadną pracą o charakterze politycznym, nigdy żadnych partyjno - wyborczych interesów nie rozgrywał i zawsze był całkowicie niezależny.

Ruszył też ze stanu spoczynku nawet prokurator Olejnik, pogromca łódzkiej ośmiornicy w krewetkę przemienioną, który także był zawsze dzielnie niezależny. Tak bardzo mu na tej posadzie zależało, że na zdrowie nie zważa i gotów jest, jeżeli nie zostanie wybrany, po prostu jako zwykły prokurator pracować. Ktoś powinien to docenić. Prokurator Olejnik najwyraźniej ciągle wierzy w swój medialny wdzięk, choć pamięć dziennikarzy bywa wprawdzie krótka, ale czasem też mogą sobie przypomnieć zdarzenia różne, w tym i takie, które wątpliwości budzą. O sędziach, którzy się zgłosili - wiele nie wiem, podobnie jak większość obywateli i część członków KRS, a więc ich dzielności sławić na razie nie będę. W każdym razie, kto liczył, że znajdzie się ktoś o niekwestionowanym autorytecie, kto stanie to takiego otwartego konkursu - mocno się przeliczył. Tym razem autorytety dzielnością się niestety nie popisały oddając pole innym. Może autorytety uznały, że czas, aby rosły nowe autorytety?

Nie mniej dzielnie poczyna sobie dr Janusz Kochanowski, rzecznik praw obywatelskich, który na panią minister zdrowia złożył doniesienie do prokuratury, że epidemii nie zapobiega, szczepionki nie kupuje i tym samym ponosi odpowiedzialność, przynajmniej moralną, ale może i karną za śmierć dwudziestu osób, które zmarły na grypę, zwaną świńską. Rzecznik absolutnie nie boi się ośmieszenia urzędu, którego godność swoją godnością podnosi nieustannie, a więc jest dzielny. Stawia po prostu wszystko na jedną kartę i niezwykle dzielnie stara się zostać zauważony na tyle, aby ktoś go wpisał wreszcie na jakąś listę potencjalnych kandydatów do prezydentury. Może chce być kandydatem PiS, bo z listy tej partii już kiedyś do Parlamentu Europejskiego startował, bez powodzenia zresztą, na wypadek, gdyby Lecha Kaczyński jednak zrezygnował? Ale czy chce dzielnie wyprzeć swojego przyjaciele eurodeputowanego Zbigniewa Ziobrę z premiowanego miejsca? Aż tak jest dzielny? Jarosława Kaczyńskiego szachuje? To dopiero dzielności wymaga.

Kto wie jednak, czy w tym rankingu dzielnych pierwszego miejsca nie zajmie pan Piotr Gontarczyk, historyk, który ustalił wreszcie, że ojciec Aleksandra Kwaśniewskiego nie pracował w UB, sam Kwaśniewski nie był członkiem żadnej komisji weryfikującej dziennikarzy, co więcej, zachowywał się w tamtym czasie przyzwoicie! Takie świadectwo moralności wystawione przez historyka związanego z IPN i zamieszczone w publikacji od dawna reklamowanej przez samego prezesa, jest rzeczywiście sensacją pierwszej rangi. Trzeba wielkiej dzielności, by z marnym, by nie powiedzieć - żadnym, skutkiem ścigając Kwaśniewskiego jako agenta Alka (niestety, teczki i wszelkie inne dowody zostały zniszczone, co dowodzi wielkiej przenikliwości prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który to niejako prorokował, oznajmiając, że teczka Kwaśniewskiego jest z pewnością w Moskwie), ustalić wreszcie trochę prawdy o byłym prezydencie, zwłaszcza że zachowywał się przyzwoicie. Czy w tym celu powoływano IPN?

Gdy w ciągu dwóch dni objawiło się nam tylu dzielnych ludzi, aż strach pomyśleć, co będzie, jeżeli za nimi pójdą inni. Odwaga nam znów, niestety, stanieje. Trudno przecież ciągle wymagać od ludzi czynów jeszcze bardziej heroicznych.

***

PS. Przepraszam Państwa za dłuższą przerwę w blogowaniu i brak dzisiaj odpowiedzi na wpisy. Będą przy następnej okazji.

IPN znów w grze

2009/11/16, poniedziałek

Niespodziewanie powróciła kwestia reformy IPN. Wprawdzie PO już po ukazaniu się książki o Lechu Wałęsie obudziła się z letargu w tej sprawie, ale wydawało się, że ogień był słomiany i szybko zgasł. Teraz ma przybrać kształt noweli ustawy.

Niby w przedstawianych zapowiedziach nie ma niczego nowego - zmiana sposobu wyboru kolegium IPN i zwiększenie jego wpływu na działalność, a tym samym ograniczenie roli prezesa instytutu - to pomysł, który zrodził się już dawno. PO natychmiast jednak zastrzega, że prezesa Kurtyki zmieniać nie zamierza. Jest też nie całkiem klarowna zapowiedź udostępnienia wszystkim wszystkiego i tylko są wątpliwości, co zrobić z tak zwanymi danymi wrażliwymi. Ten postulat też nie jest nowy. Donald Tusk zawsze powtarzał, że trzeba wyrzucić wszystko na widok publiczny, gdyż nie ma innego sposobu wykorzystywaniu akt do walki politycznej.

Wprawdzie od dawna akta IPN mało kogo interesują, jedynie chyba “Gazeta Polska” i być może jakieś prawicowe gazetki niszowe jeszcze ścigają agentów, ale kogo to już porusza? Trudno nawet liczyć na przedruk czy informację w innych mediach, a teczki osób publicznych są od dawna jawne i nie bardzo wiadomo, czemu miałoby służyć to pełne otwarcie zasobów archiwalnych, oprócz przenoszenia lustracyjnych sporów na niższy, prowincjonalny poziom, lub wręcz - na poziom rodzin, ale PO, tym razem rzeczywiście być może w celu odwrócenia uwagi od tak zwanych afer kreowanych przez b. szefa CBA, jednak o IPN przypomniała sobie i oczywiście natychmiast uruchomił się front obrońców status quo.

Okazuje się, że nawet drobna zmiana w kolegium i ograniczenie władzy prezesa jest dla lustratorów zamachem na tę instytucję, która ma pozostać nienaruszalna. Prawie jak dobro narodowe. - Zmiana może w ogóle zatrzymać prace IPN - postraszono. Tak na marginesie, gdyby taki miał być efekt, to może jednak warto trud nowelizacji podjąć. Mało jednak prawdopodobne jest, aby jakiś pomysł dotyczący zmian w IPN stał się obowiązującym prawem, bo dla SLD będą one za małe, dla prawicy i prezydenta zbyt wielkie i nawet, jeśli się coś uchwali, to ustawa przepadnie.

Jak widać - nikt też nie ma pomysłu na ochronę danych wrażliwych. Tak więc po kilkunastu miesiącach prac, a one są faktem, gdyż dokonano bardzo dobrej analizy stanu obecnego, z którego jednoznacznie wynikało, że ustaw o IPN i lustracyjnej poprawić się nie da i trzeba je pisać na nowo, Platforma mówi właściwie tyle, że nie wie, co zrobić i proponuje kosmetykę.

Tymczasem prawda jest taka, że ta instytucja wymaga głębokich zmian merytorycznych i personalnych. Bez nich wszystkie zmiany ustawowe nie będą miały głębszego sensu. Nawet przy złej ustawie można zupełnie przyzwoicie pracować i nawet przy bardzo dobrej - wykonywać polityczne robótki, co IPN robi chętnie i z najwyższym zaangażowaniem. Nie odwołując się już do śledztw typowo politycznych czy wyłącznie propagandowych, odwołać się można do spraw pozornie drobniejszych. W środę w drugiej instancji sądowej ma zapaść wyrok w sprawie prof. Mariana Filara, czy aby nie popełnił on kłamstwa lustracyjnego, nie wpisując do oświadczenia faktu współpracy ze szkołą oficerską w Legionowie. Sąd pierwszej instancji orzekł, że prof. Filar nie skłamał, ale prokurator IPN nie odpuścił i napisał apelację. Wprawdzie ustawa lustracyjna wymienia dokładnie instytucje, które uznaje się za aparat represji i legionowskiej szkoły wśród nich nie ma, ale prokurator dowodzi, że powinna być. Ponad 16 stron uzasadnienia, podobnie jak w analogicznej sprawie prof. Mirosława Wyrzykowskiego, sędziego Trybunału Konstytucyjnego, to dowodzenie, że szkoła miała wysoki poziom ubekizacji, z czego obaj profesorowie powinni zdawać sobie sprawę i tym samym powinni się do współpracy z SB przyznać. Fakt, że ustawodawca tego nie zamierzył, nie ma dla IPN żadnego znaczenia. Instytut najwyraźniej uważa, że zamierzył, tylko czegoś zapomniał dopowiedzieć, a więc on dopowie. W tym celu wykonuje jakieś ogromne kwerendy, by na przykład ustalić, jaka sprzątaczka sprzątała na jakimś posterunku milicji. W aktach prof. Wyrzykowskiego są takie ustalenia o bliżej nieznanej i niezwiązanej ze sprawą sprzątaczce, co jest istnym kuriozum. I na to idą podatników pieniądze.

Zarówno uzasadnienie apelacji w sprawie prof. Filara, jak i wniosek o ściganie sędziego Wyrzykowskiego (wstyd, że sąd w ogóle przyjął go do rozpatrzenia, a nie odrzucił z marszu), posługują się identyczną argumentacją. Powinny zostać skierowane nie do sądu przeciwko konkretnym osobom, którymi zresztą prokuratorzy IPN się właściwie nie zajmują (prof. Wyrzykowski ma znakomitą kartę opozycyjną), ale ewentualnie do Sejmu, by ustawę znowelizował, jeśli IPN dopatruje się w niej luk tak straszliwych, powodujących, że nie może dopaść części profesury, na którą ma ochotę zapolować. Polowanie na sędziów TK jest już “oczywistą oczywistością”. Ciekawe, dlaczego dotychczas IPN, choćby za pośrednictwem posłów PiS, takiej niewielkiej noweli nie złożył? Lepiej pływać w mętnej wodzie? Już ten przykład pokazuje, że po prostu prokuratorzy IPN bywają nadgorliwymi pieniaczami i temu żadna zmiana ustawowa nie zapobiegnie.

***

Dyskusję o pożytkach, a raczej ich braku z faktu powołania kolejnej komisji śledczej na razie zamkniemy. Wprawdzie Lupin twierdzi, że takie ciała są wręcz szkodliwe, a nie - jak napisałam - niepotrzebne, ale skoro już jest, niech działa.

W licznych wpisach rozpatrujecie Państwo, komu może ona się dobrze, a komu źle przysłużyć i w rezultacie okazuje się, że nikt nie ma tu nic do zyskania. Janmondry napisał dość dobry scenariusz tego, co może się wydarzyć, caido przedstawił rozsądny zestaw argumentów za komisją i przeciwko, uznając, że PO może na niej zyskać, a ja uważam, podobnie jak Przemek76, że mogłoby to być gremium do jednej konfrontacji premiera z b. szefem CBA, bo przecież chodzi wyłącznie o polityczne widowisko.

W sedno trafiła paniusiazkrakowa, która ma kłopot ze zrozumieniem istoty afer kreowanych przez polityków i rozgrzewanych przez “fleszdziennikarzy” (niezłe określenie). Ja mam kłopot podobny, tropię te afery i tropię, a im bardziej tropię, tym mniej je widzę i pozostaje rzeczywiście jakiś Grzech, Rychu, Zbych, co jest może propagandowo nośne, ale na razie z niczym konkretnym, a już z żadnym przestępstwem, zwłaszcza jeśli chodzi o Grzecha, się nie kojarzy. Że taką propagandą posiłkują się politycy - mogę zrozumieć, gdy powtarzają to dziennikarze uważam, że robią to z wyraźną intencją polityczną lub po prostu przestali myśleć i dają się manipulować politykom. W tej zresztą sprawie intencje polityczne są tak wyraźne, że aż walą po oczach.

Sebastianie, nie sądzę, aby ta komisja była, przynajmniej na razie, problemem dla premiera. Przeprowadzaliśmy właśnie wywiad z D. Tuskiem do nowego numeru “Polityki” i nie wydaje się, by to premier miał problem, raczej inni mogą mieć sporo problemów. Premier ma chyba mocne karty.

Sławek zdaje się życzyć powodzenia, by rzecz potraktować z dystansem, walce rządu z hazardem w internecie. Szczęśliwie ktoś chyba coś zrozumiał i projekt ustawy podzielono na dwie części. Walka z hazardem w internecie ma przyjść później. Jako okoliczność łagodzącą dla rządu można uznać, że wiele krajów próbuje walczyć z hazardem w internecie z miernym skutkiem. Może jednak czegoś nauczymy się od innych?

Yevaud, któremu komisja “zwisa kalafiorem”, zapewne słusznie, porusza sprawę ewentualnego wystąpienia RPO do prokuratury przeciwko minister Kopacz, która nie chce kupić szczepionki przeciwko grypie, wskutek czego może wywołać epidemię. Yevaud, podobnie zresztą jak prawie wszyscy z Państwa, solidaryzuje się z panią minister, a nie z rzecznikiem. Niektórzy, na przykład Stary Polak z PRL, nawet stwierdzają, że pani minister zyskała w ich oczach, bo pokazała charakter, w przeciwieństwie do pana Marka Balickiego, który znów mętnie tłumaczy, że jednak te miliony złotych trzeba wydawać.

Podobno w TVN był jakiś pojedynek między Ewą Kopacz a Markiem Balickim, w którym rozłożyła go na łopatki, a on przywołał przykład dr G., że niby ona uprawia taką samą szkodliwą działalność jak ci, którzy urządzili widowisko z dr G. i rozłożyli transplantologię. Jeśli to prawda, to b. ministrowi zdrowia powinno być bardzo wstyd za takie porównania. Może ktoś z Państwa to widział, bo mnie tylko opowiadano, a nie mam czasu szukać stosownej audycji, bo nawet nie wiem, kiedy i gdzie to było. Swoją drogą, wystąpienie wiceministra zdrowia i posługiwanie się argumentem ze szwedzkiego tabloidu, że ktoś zmarł po szczepionce to jednak plama.

Karwoj81 nareszcie mnie za coś pochwalił. Tym milej, że za rozmowę z gen. Wojciechem Jaruzelskim (dzięki za dobre słowo także Waldemarowi i innym), zbeształ mnie jednak za napaści na posła Arłukowicza z SLD. Otóż pan Arłukowicz wydawał mi się bardzo rozsądnym posłem, nawet raz udzielił dobrej porady lekarskiej, gdy w roku ubiegłym byłam przeziębiona, ale najpierw wizja uczestnictwa w komisji, a później samo uczestnictwo najwyraźniej mu szkodzi. Przynajmniej moim zdaniem, bo przepraszam, ale opowiada propagandowe głupstwa. Jakoś jednak nie zgłosił dotychczas mi pretensji, że źle się o nim wyrażam. Najwyraźniej dopuszcza, że w tej akurat kwestii możemy mieć różne zdania.

Zostałam zganiona również za to, że nie czytam bloga pani Senyszyn. No, nie czytam, podobnie jak nie czytam Migalskiego, a nawet Palikota. Gdy jest coś skandalizującego - zaraz będzie to we wszystkich informacjach, bo portale internetowe nie wyżyłyby dziś bez blogów. Często informacje to tylko kawałki blogów.

Wodniku53 - nie słyszałam Gowina mówiącego, że można swobodnie inwigilować tych, którzy się nam nie podobają. Jeżeli tak powiedział, to skandal, choć podobne praktyki zdarzają się w różnych krajach, tyle że raczej są sprawą wstydliwą. Nie wiem, czy z tym “J’accuse” trochę pan nie przesadził, chociaż wszystkie poruszone kwestie są ważne. Stosunek PO do PRL i antykomunizm, zwłaszcza radykalny, w szeregach tej partii jest raczej śmieszny, gdyż to pole zajmuje PiS. Jeśli chodzi o media, solidaryzuję się z przytoczonym stanowiskiem prof. Ewy Łętowskiej. Staram się nie wpisywać do tego frontu wydającego apriorycznie wyroki.

Dyskusja o SLD i Napieralskim czy wyższości Olejniczaka nad Napieralskim i na odwrót wymagałaby oddzielnego skwitowania, ale będzie już niedługo okazja, by coś napisać, bo 19 grudnia ma być konwencja programowa.

Co do sporu wokół projektów ustaw SLD, to chyba Karwoj81 ma rację. Za czasów LiD pojawiło się sporo projektów i to ważnych - oddzielenie stanowiska prokuratora generalnego, CBA, głównym autorem był chyba prof. Widacki, może wspólnie z Ryszardem Kaliszem, był też Kodeks wyborczy posła Gintowta - Dziewałtowskiego. Ale teraz już takich projektów nie ma. Napieralski zapowiadał nową ustawę o finansowaniu mediów publicznych, ale jakoś nie pojawiła się. Może jednak nie chcą finansować obecnej, w sporej części pisowskiej, telewizji?

Woltronie, kto bez przerwy występuje w publicznej telewizji - to widać. Towarzystwo jest raczej ideowo zgrane i z góry wiadomo, co powie, co gdzie napisze. Tu już zaskoczeń nie ma.

Bez oburzenia

2009/11/8, niedziela

Nie oburza mnie wcale, że przewodniczącym komisji hazardowej został poseł Sekuła z PO. Powiem więcej, byłabym ogromnie zdziwiona, gdyby komisyjną inicjatywę Platforma oddała posłowi Wassermannowi lub posłance Kempie. Uznałabym to, że ciężki polityczny błąd, a nie demonstracja przywiązania do demokratycznych reguł.

Komisja jest gremium politycznym, nie będzie odsłaniać żadnej prawdy, będzie terenem walki i kto chce z niej wyjść jak najmniej poturbowany musi mieć możliwość dowodzenia. Inna oczywiście sprawa, czy akurat poseł Sekuła, człowiek spokojny i raczej z cienia na dowódcę się nadaje. Uważam, że zdanie wypowiadane tak często ostatnio przez posła Arłukowicza z SLD, że PO nie może być sędzią we własnej sprawie, czyli w czymś, co zwykło się nazywać aferą hazardową, jest kompletnie bez sensu. Czyja to sprawa, tego nie wiem. Może też SLD, może PiS, a może tylko Mariusza Kamińskiego, a może jednak również PO. Na razie, w świetle przedstawionych dokumentów i oficjalnych wypowiedzi, wydaje się, że za PO proces legislacyjny był w miarę przejrzysty, a Chlebowski raczej udawał, że wiele może niż nielegalnie lobbował. W każdym razie dotychczas nie pojawił się nikt, kto oznajmiłby, że Chlebowski na niego naciskał, nawet pan wiceminister Kapica z Ministerstwa Finansów, okrzyknięty już pozytywnym bohaterem sprawy, tego nie mówi. Tak więc w kwestii afery mam też sporo wątpliwości, ale bardziej liczę na prokuraturę, z jej wszystkimi wadami niż na polityków.

Nie oburza mnie również fakt, że pan poseł Wassermann nie został wiceprzewodniczącym. To też wydaje mi się dość normalne. Niech pan poseł zdecyduje się, czy chce zasiadać w komisji badającej okoliczności uprowadzenia i śmierci Krzysztofa Olewnika czy wziąć się za hazard. Tamta mało kogo już interesuje poza wąskim gronem dziennikarzy, którzy temu dramatowi przyglądają się od lat i najwyraźniej ów brak szerokiego zainteresowania posłowi Wassermannowi dolega. Trudno też liczyć, że w przypadku Olewnika odkryty zostanie jakiś układ sięgający do samej góry, a układ lokalny, faktycznie tam istniejący, w którym państwo Olewnikowie nieźle sobie radzili, został już dawno odsłonięty. Chęć posła Wassermanna zmiany miejsca przed kamerami, zwłaszcza, gdy wiąże się to z możliwością przesłuchiwania premiera (oficjalnie “wysłuchania”, ale mało kto o tym pamięta, podobnie jak posłowie zapominają, że są tylko posłami, a nie prokuratorami) dobrze rozumiem. Trzeba jednak dokonać wyboru i tyle.

Najbardziej racjonalnie w sprawie powoływania komisji zachowało się PSL, które nie chciało stanowiska przewodniczącego i posłało Franciszka Stefaniuka, posła doświadczonego, zdystansowanego i na dodatek piszącego wierszyki. Będzie się za stołem nudził, to może coś śmiesznego napisze. Dziennikarze wprawdzie nie rzucą się na taką twórczość z równą pasją, jak na byle przeciek, ale zawsze coś zacytują.

Rozdział stanowisk w komisji wydaje mi się więc racjonalny, chociaż samo jej powołanie uważam ze zbędne. Z wielką ciekawością słucham i czytam opinie, że wprawdzie komisja ta niczego nie wyjaśni, ale jest potrzebna. To jakieś kompletne pomieszanie z poplątaniem. Jak nie wyjaśni, to powinna być zbędna - w takim rozumowaniu widziałbym jakąś logikę. Teraz nie widzę żadnej, widzę raczej poddanie się jakiejś nieuchronności zdarzeń. Rusza bowiem widowisko, które może skończyć się niczym lub kolejną kompromitacją idei parlamentarnych ciał śledczych, lub polityczną zawieruchą. Tego nikt nie potrafi przewidzieć.

Na razie jednak ciekawie zrobiło się innym froncie. Oto zapowiedzi premiera, że natychmiast zostanie uchwalona ustawa hazardowa, czy delegalizująca hazard (osobiście widziałabym wiele innych ustaw, wymagających tak pilnego trybu, choćby w kwestii emerytur mundurowych, górniczych, ułatwień dla przedsiębiorców) spowodowały wielkie zainteresowanie hazardem, zwłaszcza w Internecie. Ludzie nie wiedzieli, ale się dowiedzieli i podobno korzystają z gier aż miło. Hazard zdecydowanie się rozkręca. Będzie co w przyszłości ścigać. Każde działanie musi mieć najwyraźniej swoje skutki uboczne.

***

Zebrała się ponad setka wpisów od Państwa. Część z nich dotyczy owej konferencji b. szefa CBA, którą wielu Blogowiczów przeanalizowało dość dokładnie. W tym, co pisze na przykład ziom, jak na dłoni widać rozgrywkę polityczną prowadzoną przez Kamińskiego. Podobnych opinii jest sporo. PIRS ma rację i zarazem jej nie ma. Kamiński mógł trwać na stanowisku, gdyby nie zaatakował PO, ale ten atak był nieuchronny, gdyż nieuchronne było postawienie mu zarzutów karnych w tak zwanej aferze gruntowej. Być może nie przewidywano tylko skali furii, z jaką wystąpił wyrzucając afery, których nie ma, na przykład szybko znikła “spirytusowa”, bowiem okazało się, że prokuratura prowadzi już śledztwo od roku i to bez udziału CBA. Po prostu to koło musiało się kiedyś zamknąć, nie przy okazji rozmówek posła Chlebowskiego, to przy czymś innym. Wiadomo było, że atak nastąpi przed wyborami. Konferencja Kamińskiego nie tyle mnie wzburzyła, o czym pisze Kartka z podróży, co wprawiła w osłupienie, bo czegoś takiego jeszcze nie widziałam, choć wiele już widziałam. Nawet oskarżenie Oleksego było na wezwanie Sejmu.

Sebastian wyraża nadzieję, że premier doprowadzi do tego, że staniemy się państwem prawa, że już nie będzie tego podżegania do przestępstwa, tych prowokacji itp. Nie byłabym taką optymistką. W każdym państwie, także o bardzo ustabilizowanej demokracji i lepszej niż u nas kulturze politycznej są afery czy inne tego typu gwałtowne zdarzenia, wszędzie służby mają tendencje do wymykania się spod cywilnej kontroli i wkraczania w życie polityczne. Parker uważa, że po odwołaniu Kamińskiego nie ma już problemu CBA. Ja uważam, że nadal jest, bowiem ta służba ze swej natury jest policją polityczną i ma za dużo uprawnień. W dalszym ciągu uważam, że powołano ją niepotrzebnie, ale nie widzę nikogo odważnego, kto by CBA zlikwidował. Myślę, że nawet gdyby SLD doszedł do władzy też by się nie odważył na taki krok, by nie zyskać piętna partii nie walczącej z korupcją, a ponadto każdej władzy takie “zabawki” się podobają. Wszystko, co można zrobić to znowelizować ustawę, zwłaszcza, że to i tak trzeba zrobić po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego. Myślę jednak, że będzie to nowelizacja bardzo ograniczona.

Zresztą tym wszystkim, którzy są zainteresowani hazardem i aferą wokół niego polecam bardzo ciekawy wpis Roberta, praktyka w tej sferze, który całą sprawę mocno demitologizuje. To też jest działalność gospodarcza, poddana rygorom ustawy, choć oczywiście zapewne i tu są patologie i nie wszystko jest tak wspaniale jakby to z opisu Roberta wyglądało. Jednak traktowanie każdego właściciela kasyna jak gangstera jest nieporozumieniem, a tak się to jakoś po wybuchu tej afery przyjęło.

Gdy zaś o korupcji mowa (w tej aferze na razie takie uzasadnione podejrzenia się nie pojawiły) warto zwrócić uwagę na to, co pisze Leszek. Różne indeksy pokazują percepcję korupcji, a nie jej realny poziom. Zdaniem wielu badaczy jest on w Polsce znacznie niższy niż percepcja, która jest tym wyższa, im więcej się na ten temat mówi. Na takim ciągłym mówieniu o korupcji, na rozciąganiu owych szarych sieci, czy ustawianiu przestępczych stolików polegała strategia PiS. Można powiedzieć, że Jarosław Kaczyński był to ręką, która kieruje, a Mariusz Kamiński miał być mieczem. A miecz, jak to miecz. Bywa ślepy.

Miś Yogi bardzo chwali Orliki trochę oplute przez Kamińskiego, oczywiście w ramach politycznych porachunków z premierem i rządem. Trzeba mu wierzyć, bo jak widać z wpisu zna je dobrze. Ja też uważam, że to bardzo ważny projekt cywilizacyjny.

Paolo, jak Pan widzi nikt nie usunął Panu wpisu i nie bardzo widzę, z jakiego powodu ktoś miałby to robić. Proszę bardzo, gdy trzeba ulać trochę żółci, to nie mam nic przeciwko temu. Sama czasem mam ochotę to zrobić.

Karwoj8 znów zacięcie broni SLD. Nie zmieniam jednak zdania, że ten projekt ustawy o CBA, który zresztą jak szybko się pojawił, tak zniknął, to strzał kulą w płot. Nawet główny prawnik Sojuszu Ryszard Kalisz był zaskoczony i prezentować go nie poszedł. Badania psychiatryczne to już pomysł z projektu Lewicy i Demokratów odrzuconego także głosami PO. O tym, że SLD “przybiera gębę PiS” tym razem panie Karwoj8 nie piszę ja, ale m. in. Artur, ziom i inni. Każdy ma prawo do własnej oceny. Pana wydają mi się bardzo emocjonalne, ale rozumiem, że polityka bez emocji staje się trochę nudna.

Pielnia1 o dawnych winach PO przeciwko Cimoszewiczowi. Ja od początku uważałam to za skandal, ale widzę, że Cimoszewicz jakoś teraz dobrze rozumie się z Tuskiem. Może został przeproszony? Zapowiedziano teraz wspólną kolację obu panów, czyli okazuje się, że można rozmawiać, nawet po bardzo głębokich urazach. Polityka w takim właśnie wydaniu wydaje mi się ciekawa i obiecująca.

Osso, za nominacją Jacka Snopkiewicza, którego też bardzo cenię, z pewnością stoi Robert Kwiatkowski. To ma być ta lepsza, sld-owska część telewizji, a co będzie? Zobaczymy.

Roman69 zachęca do zajęcia się rzeczywiście ważnym problem odpowiedzialności sędziów i lekarzy, którzy stają przed sądami koleżeńskimi i dopiero od ich opinii, niechętnych przyznawaniu racji osobom spoza tych środowisk mogą trafić przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. To jest problem, także prokuratorów, im też niechętnie uchylane są immunitety. Myślę jednak, że taki stan pełnej bezkarności trochę już mija. Także dlatego, że ludzie coraz bardziej świadomi są swoich praw, coraz więcej prawników specjalizuje się w tych sprawach, ale problem rzeczywiście jest i ciągle o nim słyszymy.

Dziadek Ignacy zauważa, że nie komentuję opinii koleżanek i kolegów dziennikarzy. Rzeczywiście staram się tego nie robić. Był taki czas, że opinii na mój temat było tyle, ze prostowanie kłamstw zajęłoby mi zbyt dużo czasu i teraz już nie reaguję. Podobnie jak nie polemizuję z oczywistymi nonsensami, a prawdziwej dyskusji u nas nie ma. Jednak opinie o środowisku dziennikarskim i jego wadach chyba jednak formułuję dość jasno?

Mam jeszcze sprawę z red. Wojciechem Reszczyńskim, który przysłał mi list nazwany “pismem przedprocesowym”, w którym żąda, abym przeprosiła go za to, że w jednym z wpisów na blogu (w maju 2008) roku przytoczyłam opowieść o nim rozpowszechnianą przez ludzi pracujących na Woronicza, jakoby w czasach “Teleekspresu” gen. Wojciecha Jaruzelskiego powitał na jakimś spotkaniu słowami - Panie Generale jest Pan dla nas jak ojciec, a już w czasie, gdy pracował “Wiadomościach” deklarował, że Wałęsa jest jak ojciec. Red. Reszczyński twierdzi, że to absolutne kłamstwo, które podważa jego wiarygodność dziennikarską. Nie mam nic przeciwko przeproszeniu pana red. Reszczyńskiego i niniejszym to czynię, za zacytowanie opowieści jego Koleżanek i Kolegów o nim. Skoro red. Reszczyński twierdzi, że są kłamstwem, nie mam powodu kwestionować jego słów, choć chyba nie mnie powinno zastanowić, skąd się ono wzięło. Ja w telewizji nie pracowałam, nie znam panujących tam stosunków. Zresztą o ile nie dziwi mnie wyjątkowa niechęć red. Reszczyńskiego do gen. Jaruzelskiego, której w czasie pracy w “Teleekspresie”, bardzo zresztą udanej, chyba jednak nie demonstrował, to bardzo dziwi mnie dzisiejsza niechęć do Lecha Wałęsy, którego red, Reszczyński był, co już dobrze pamiętam, wielkim zwolennikiem. Ja takiego zdania o Wałęsie bym się jednak nie wypierała. Nawet w piśmie przedprocesowym.