23.01.2012
poniedziałek

Nasze stany wyjątkowe

23 stycznia 2012, poniedziałek,

Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, pan gen. Koziej, objaśnił, że w razie rozszerzania się ataków na strony internetowe najważniejszych instytucji państwa istnieje możliwość wprowadzenia nawet stanu wyjątkowego.

Oczywiście w cyberprzestrzeni, co zwykłemu śmiertelnikowi wyobrazić sobie wprawdzie trudno,  ale przecież puścić wodze wyobraźni wolno.  Tym bardziej, że ataki zaczynają dotykać już komputerów prywatnych, jak choćby wiceministra cyfryzacji, co może wywołać dodatkową panikę. Już nie tylko państwowi, ale też prywatni mogą się zacząć obawiać, że jeśli na przykład powiedzą jakieś dobre słowo o dokumencie ACTA, który pewnie pułapki ma, ale też ma zapewne jakiś sens (choćby walkę z piractwem), ich strony zostaną zablokowane i być może państwu zajętemu sobą nie będzie wystarczało czasu, by objąć także tych obywateli błogosławieństwem owego trudno wyobrażalnego stanu wyjątkowego.

Na wszelki wypadek, choć o dokumencie ACTA nie wypowiedziałam dotychczas żadnej wyrazistej opinii, natomiast faktu przygotowywania go w tajemnicy po prostu nie rozumiem (widocznie rząd kocha strzelanie sobie w kolano, której to przyjemności też nie rozumiem), informuję, że jeśli  na przykład komuś przyszłoby do głowy zablokować ten blog, to najbardziej podobałoby mi się, aby zrobiono to nie przy pomocy pani Jadzi, która pojawiła się ponoć w kancelarii premiera (nie sprawdzałam, aby nie zwiększać naporu na oblężone strony), ale na przykład Kuby Wojewódzkiego.

Nie mam nic przeciwko temu, aby nawet w ramach stanu wyjątkowego w tym miejscu pojawił się na dzień, dwa, a może i na dłużej Kuba Wojewódzki, oprowadzając mnie i Państwa oczywiście,  jeśli zechcecie z tego skorzystać, ale zapewniam  że warto, po zupełnie obcym mi świecie celebrytów. Powiem nawet, że bardzo by mi się to przydało, gdyż wówczas dzienniki „Fakt” czy „Super Express”, nie wspominając już o całej palecie pism kolorowych, mogłabym czytać z o wiele większym zrozumieniem. Czytanie bez zrozumienia jest jednak męczące, a publikacji trudnych do ogarnięcia, wyjąwszy zrozumienie dla politycznych intencji, jest coraz więcej, a więc pomoc w jednej przynajmniej sprawie bardzo by mi się przydała. Obecnie większość nazwisk z pierwszych, a nawet dalszych stron tych gazet nic mi nie mówi, co wpędza mnie w kompleksy, bo przecież jeszcze niedawno wydawało mi się, że osoby ważne to raczej znam, a niektóre znam nawet bardzo dobrze.

Stan wyjątkowy z cyberprzestrzeni nie jest jednak jedynym, który nam zagraża. Stan wyjątkowy w przestrzeni powietrznej, zwłaszcza w okolicach Smoleńska, został z całą mocą przywrócony, i to przy pomocy jednego stwierdzenia z  ekspertyzy wykonanej w krakowskim instytucie sądowym – że generała Błasika być może nie było w kabinie pilotów, a przynajmniej jego głosu nie zidentyfikowano, podobnie zresztą jak wielu innych, bo krakowski instytut wykazał się tu daleko idącą powściągliwością, która w tym przypadku jest niewątpliwie zaletą. A przynajmniej być powinna.

Powściągliwości zabrakło jednak politykom (czego należało się może nawet spodziewać) oraz rozlicznym komentatorom, domorosłym lotnikom, którzy sztukę lądowania w Smoleńsku podczas mgły opanowali do perfekcji. Jeszcze kilka dni dyskusji o gen. Błasiku, a już stanie się „oczywistą oczywistością”, że Tupolewy, od czasu do czasu przynajmniej, służą do wyrębu brzozowych zagajników. W wersji politycznej nie zdziwię się, gdy okaże się, że pilotami byli tak naprawdę Tusk z Putinem. Wtedy wprawdzie pozostanie zagadką, dlaczego samolot rozpadł się, czy precyzyjniej rzecz ujmując – został obezwładniony na wysokości 26 metrów nad ziemią. Czyżby szykowali zamach na siebie samych?

Rozstawanie się ze zdrowym rozsądkiem, rozumem i lotniczą wiedzą (ciekawe, tylko zawodowi piloci nie poddali się tej psychozie obalania wszystkich dotychczasowych ustaleń, a nawet mówią, że nowa ekspertyza wskazuje na większą liczbę błędów popełnionych przez załogę Tupolewa) przebiega w tempie przyspieszonym. Znów wszyscy błądzą w smoleńskiej mgle  i jakoś nie widać sposobu wyrwania się z tego stanu wyjątkowego.  Po analizie głosów będziemy zapewne analizować ułożenie ciał i ich fragmentów po katastrofie. Być może pojawią się nawet jakieś mapy obrazujące to ułożenie. Jak stan wyjątkowy, to wyjątkowy. Nie wiemy jak ma przebiegać, a więc wszystko jest możliwe.

***

PS. Na Państwa liczną korespondencję (jak zwykle, dziękuję!)  odpowiem przy okazji następnego blogowego wpisu. Nie ukrywam, że wszystkich komentarzy jeszcze nie przeczytałam. Znów utknęłam na refundacji, w której jednak nie zamierzam się specjalizować, tym bardziej, że moje osobiste doświadczenia znów jakoś rozmijają się z obrazem powszechnej katastrofy. Przyznaję jednak, że praktycznie nie korzystam z niczego, co refundowane, a więc zapewne mój obraz jest nieco zmącony.

15.01.2012
niedziela

Przez piekło do salonu

15 stycznia 2012, niedziela,

Powrót smoleńskiego piekła zapowiada na jednym z internatowych portali Stefan Niesiołowski. No, może nie piekła, ale jednak wokół Smoleńska znów z lekka zawrzało.

Choć nie wydarzyło się nic wielkiego czy przełomowego. Odczytano podobno dodatkowe słowa i uznano, że jednej z kwestii nie wypowiada gen. Błasik, ale drugi pilot. Na tej podstawie PiS chciałby oczywiście dotychczasowe ustalenia unieważnić, a nawet powołać nową komisję, takiego „Millera-bis”. Taki postulat oczywistą oczywistością wydaje się samemu prezesowi Kaczyńskiemu. Wydaje mi się, że nie ma co protestować, ale trzeba zdać się na Kaczyńskiego. Jeżeli mu zespół Macierewicza nie wystarczy, niech w ramach budowania swojego państwa prawdziwie Wolnych Polaków powoła własną komisję.

Określenie „Wolni Polacy” robi ostatnio sporą karierę. Tym, którzy jeszcze nie wiedzą o co chodzi – wyjaśniam: chodzi podobno o 30 proc. ludności Polski, która prawdziwie wolna czuje się jedynie oglądając w tak zwanym drugim obiegu na przykład film „Mgła” niesłychanie dyskryminowany przez wszystkie media obiegu pierwszego, które – jak wiadomo – są w służbie Polaków zniewolonych. Nawiasem mówiąc skąd wiadomo, że to jest 30 proc.? Chyba, że chodzi o wyborców głosujących na PiS, ale przecież byłoby to znaczne ograniczenie aspiracji, bo biorąc pod uwagę frekwencję z 30 zrobi się 14, a może i 13 proc.

Wracając do propozycji powołania kolejnej smoleńskiej komisji – zadaniem jej będzie ustalenie tego, co już ustalił Antoni Macierewicz, który mógłby być głównym ekspertem nowej komisji i nawet napisać jej sprawozdanie. Posiada w tym już pewną biegłość, co znacznie przyspieszy prace. To ważne, bo prawda spisana przez tę komisję będzie prawdą jedyną, bo taką już jest – przynajmniej dla wolnych Polaków – a oni stanowią sól tej ziemi. W ten sposób uniknęlibyśmy tego, co Niesiołowski nazywa „smoleńskim piekłem”, w wymiarze powszechnym. Zaglądali by do niego tylko ludzie prawdziwie wolni, aby umocnić się w prawdzie. Tego, aby w państwie Wolnych Polaków prawda nie była obrażana, będzie pilnować powołana ostatnio Obywatelska Rada Etyki Mediów, kierowana przez obywatelkę Teresę Bochwic. W składzie Rady znajdą się wyłącznie obywatele wolni, co ma sens. Niewolnicy nie potrzebują przecież żadnej rady etyki, bo z swym niewolnictwie są niereformowalni.

Przyznam, że powołanie Obywatelskiej Rady Etyki mediów bardzo mnie ucieszyło. Myślę, że to dopiero początek i ten pomysł można twórczo rozwijać, np. warto powołać prokuraturę obywatelską, na której czele może stanąć na przykład prokurator Pasionek, który ma już nawet rozbudowane kontakty międzynarodowe (w tym także w Stanach Zjednoczonych, a więc w kraju prawdziwie wolnych obywateli). Wiadomo, że z prokuratury generalnej już nic nie będzie, skoro kłótni na szczytach nie ma kto rozstrzygnąć i aż płk Przybył musi sobie strzelać w policzek, aby zwrócić uwagę na zło, które się dzieje. Sądownictwo obywatelskie też by się przydało, bo obecni sędziowie i ławnicy jakoś marnie sobie radzą. I tak wreszcie nastąpiłoby, ale już w formie realnej, a nie rozważań socjologicznych – jakich pełno po każdych wyborach – podzielenie nas na dwie Polski. Jedną, prawdziwie wolną, niepodległą i obywatelską i drugą, składającą hołdy pruskie czy berlińskie przynajmniej raz w tygodniu, zapełnioną osobnikami gorszej jakości, w patriotyzmie i wolności wyjątkowo upośledzone.
Czytaj całość →

7.01.2012
sobota

Refundacja polityczna

7 stycznia 2012, sobota,

Gdzie jest opozycja? Dlaczego opozycja nie nabija sobie politycznego poparcia wspierając protestujących lekarzy? Takie pytania wielu komentatorów stawiało w ostatnich dniach i nie były to pytania nieuzasadnione.

Zwykle jest przecież tak, że gdy rząd popada w kłopoty, a tu popadł w solidne, to opozycja je wykorzystuje. Takie jej prawo. Opozycja wróciła jednak ze świątecznego odpoczynku i oczywiście zrefundowała rządowi wcześniejszą swoją nieobecność, z nawiązką. Mamy więc już wniosek o odwołanie ministra zdrowia, propozycję nowelizacji ustawy refundacyjnej, postulat rozwiązania NFZ, zdymisjonowania rzecznika praw pacjenta (wielu pacjentów przy tej okazji dowiedziało się, że ktoś taki istnieje), udzielenie przez premiera informacji na forum Sejmu, co jest zawsze powodem do awantury politycznej i niczego nie rozwiązuje oraz wiele innych postulatów.

Nie ma tylko jeszcze wniosku o odwołanie pani marszałek Sejmu, ale może będzie. Tydzień zapowiada się więc interesująco pod względem politycznym, co pacjentom żadnej ulgi przynieść nie musi. Nie wiem zresztą czy jest ona potrzebna bowiem wydaje się, że jednak większość lekarzy prawo stosuje, recepty wypisuje, apteki je realizują i napięcie podgrzewane ponad miarę przez media będzie opadać, nawet jeśli ów protest będzie trwał nadal.

Najciekawsza będzie oczywiście debata o odwołaniu ministra Arłukowicza. Bowiem tak naprawdę będzie to debata o przewinach pani marszałek Sejmu Ewy Kopacz, która tę ustawę przeforsowała. Przy sporej zgodzie środowiska lekarskiego zresztą, zwłaszcza jego rozlicznych reprezentacji oraz opozycji, która wprawdzie protestowała, ale akurat nie w tych sprawach, o które lekarze dziś się upominają. Najciekawszą publikację na temat dziejów tej ustawy znalazłam w dzienniku „Rzeczpospolita” z czwartku, autorstwa redaktorów Majewskiego i Reszki, którzy nie wznosili okrzyków, że protest to skandal albo, że ustawa do skandal (te drugie są w zdecydowanej większości), ale po prostu porządnie odrobili dziennikarską lekcję i odtworzyli, jak ta ustawa powstawała, jak zachowywali się wówczas poszczególni aktorzy dzisiejszego spektaklu. Gorąco ten tekst Państwu polecam.

Pokazuje on winy rządu, który projekt przepychał, nadmiernie szermując argumentem, że kto przeciw ten jest na usługach lobby farmaceutycznego, ale też zachowanie opozycji w tym głównych dziś krytyków panów Balickiego z SLD i Piechy z PiS. Jakoś wówczas nie bili na alarm. Także organizacji lekarskich uprawnionych do konsultacji, które po prostu były bezczynne. Przeczytałam ten artykuł z wielkim zainteresowaniem, bowiem od początku intrygowało mnie dlaczego ta awantura nie pojawiła się wcześniej, wszak ustawy nie uchwalono w połowie grudnia, ale pół roku temu.

I prawdą jest, że słyszałam wiele zarzutów, na przykład, że jest ona wbrew zasadom wolnego rynku (sztywne ceny i marże), nie pozwala na promocje i leki za złotówkę, a więc pacjent zapłaci więcej, ale nie słyszałam nic o strachu przed karaniem lekarzy, przed grozą wpisywania na receptach odpowiednich poziomów refundacji. Myślę więc, że środowisko lekarskie powinno pomyśleć także nad jakością swojej reprezentacji, a może przede wszystkim nad tym. Dziś cała awantura ma już charakter wyłącznie polityczny (kto kogo pokona, czy rząd egzekwując nawet nie najlepsze prawo, co ma obowiązek robić, czy lekarze biorąc jeńców spośród pacjentów i przedłużając protest), bo cała reszta jest już jasna.

Wiadomo, co trzeba zmienić i jest zapowiedź premiera, że zostanie to zmienione. Stawka protestu gwałtownie więc zmalała i wprawdzie na razie opinia publiczna uważa, że w tym sporze lekarze mają rację, ale też w większości nie akceptuje protestu pieczątkowego. Z góry zaznaczam, że nie mam nic przeciwko protestom. Szanuję instytucję obywatelskiego nieposłuszeństwa, a tym jest w istocie nieprzestrzeganie obowiązującego prawa, któremu towarzyszyć jednak musi pełna świadomość konsekwencji, w tym także kar. Takie samo zdanie mam w kwestii różnych protestów na przykład dziennikarzy, którzy nie wykonują wyroków sądu, gdy kogoś na przykład zniesławiali i chcą solidarnościowych gestów poparcia. Dlatego zawsze uważałam, że słynna klatka przed Sejmem, do której przed laty wchodziły największe gwiazdy dziennikarstwa, aby zaprotestować przeciwko więzieniu dla kolegi, który demonstracyjnie nie uznawał prawomocnego wyroku sądu, była wyrazem środowiskowej patologii, a nie solidarności. To tak na marginesie. Opozycja jednak szansy nie wykorzystała. Bo najnowszy sondaż poparcia dla partii pokazuje, że spadło nie temu komu powinno. PiS straciło sporo, a PO minimalnie zyskała i kto tu zrozumie duszę Polaka? A może mimo wszystko wiarygodność rządu jest ciągle większa niż opozycji, nawet jeśli ta refunduje tak ostro?

***

Państwa korespondencja pod poprzednim moim wpisem prawie w całości poświęcona jest kwestii ustawy refundacyjnej. Trochę mi się dostało, chociaż jak rozumiem każdy czyta to, co chce. Nie pisałam wiele o ustawie, głównie o histerii medialnej wokół niej i gigantycznym podobno oblężeniu aptek, którego dostrzec nie mogłam podobnie jak wielu spośród Państwa. Dzięki Baśce, która wyjaśniła nam skąd ten malowniczy obraz kolejki pod lubelską apteką pokazywany przez TVN24. Baśka pisze po prostu – manipulacja – i trudno się z nią nie zgodzić, jeśli jest to apteka, która tanio wyprzedaje swoje leki zawsze i zawsze stoją tam kolejki.

Pani dr Joanna Rzymkowska, która skierowała też list do redakcji „Polityki” nie spodziewając się odpowiedzi, które to stwierdzenie natychmiast prowokuje, by jednak odpowiedzieć, podaje bardzo wiele bardzo ciekawych przykładów lekarskiej mitręgi, czy uwikłania w bardzo trudne sytuacje. Przyjmuję je do wiadomości, gdyż nie potrafię rozstrzygnąć medycznych kwestii szczegółowych, ale rozumiem, że w wielu sprawach ma Pani rację. Jest dla mnie oczywiste, że od wymierzonej kary musi istnieć możliwość odwołania i to do instytucji niezależnej i nie rozumiem dlaczego tego dotychczas nie podnoszono. Przy okazji protestuje Pani przeciwko temu, że „Polityka” nie broni lekarzy (jeśli trzeba broni, ale to nie znaczy, że musi gnać w owczym pędzie obrony bezmyślnej), ale jednak muszę zwrócić uwagę, że moim zdaniem o wiele tych spraw powinien zabiegać po prostu lekarski samorząd, są konsultanci krajowi, a więc jest wydawałoby się silna (protest pokazał jej siłę) reprezentacja, są autorytety krajowe. Jeśli ta reprezentacja zawodowa nie zabiega, to na początek proszę zmienić jej władze.

Państwa dyskusja była bardzo ciekawa. Choć pewnie znów narażę się lekarzom, pretensje słyszę na każdym korku, także od znajomych, chociaż w tych sprawach wypowiadam się publicznie dość oględnie, mimo, że ustawę przeczytałam (Nikodem 123 podejrzewa mnie niesłusznie pisząc, że jej nie znam), to nie ukrywam, iż bliska mi jest postawa Lexa, który aż takiej góry problemów nie widzi i bardzo kompetentnie wiele spraw opisuje. Nie znaczy to, że nie jest ciekawe czy pozbawione argumentów to, co piszą lekarz, dr Skues – wiele się od Pana (pani?) – nauczyłam, m^2 i inni. Dzięki także za ciekawe linki, zwłaszcza dotyczące kontroli. Dziwi mniej wprawdzie te 800 tys. kary w jednym, często cytowanym przypadku, ale być może rzeczywiście taka kara była. Nieporozumieniem jest jednak te 8 lat więzienia za źle wypisaną receptę, argument którym często się szermuje. Tu chodzi o korzyści majątkowe, czyli po prostu o łapownictwo, a to już nie błąd ale zupełnie inna sprawa.

Przy okazji pojawiło się na blogu wiele ciekawych informacji i obserwacji. Dzięki Katarzyno za opis sytuacji w Zgierzu i jego zadłużonym szpitalu. Rzeczywiście tak bywa w wielu miastach, że największymi pracodawcami są urząd miejski i szpital, a więc wszyscy mają jakieś koneksje i mogą coś załatwić.

Pełna zgoda ze Sławkiem w sprawie tej biurokracji. Sama, ponieważ zatrudniam legalnie pomoc domową, chodzę co miesiąc do ZUS po ten druk ubezpieczeniowy i naprawdę nie wiem po co dostaję tyle tych papierów, które muszę latami magazynować, skoro to wszystko jest w komputerze.

Waldemar chciałby wiedzieć, kto zamordował projekt RUM? Sama jestem ciekawa, ale ciekawi mnie też dlaczego, skoro na Śląsku jest tak dobrze (pisze o tym też Lex), bo są te karty pana Sośnierza, to dlaczego jest jednocześnie tak duży protest. Wymienia się cztery województwa i właśnie katowickie zawsze jest w czołówce. Jest więc dobrze czy nie jest? Ciekawa jest Państwa wymiana zdań w kwestii tego argumentu, że teraz lekarzowi będzie potrzeba 45 minut na wypisanie recepty. Mam rzeczywiście wrażenie, podobnie jak Stefan, że ktoś nas tu wpuszcza w maliny, bo nigdzie w przychodni nie widziałam, aby wizyty pacjentów rozpisywano co godzinę, zwykle zapisy są co kwadrans lub 20 minut (to już luksus), ale moje doświadczenia są mimo wszystko bardzo ograniczone.

Mam wrażenie, że naprawdę w sprawach tej ustawy refundacyjnej wszystko już zostało powiedziane i napisane i nie widzę nowych argumentów. Ciekawe jednak jest, jak środowisko wyjątkowo agresywnie przyjmuje każde zdanie krytyczne na swój temat. Mam wrażenie, że jestem już wrogiem publicznym numer jeden, chociaż naprawdę robię rachunek sumienia i jakoś wielkich swoich win nie widzę. Rzecz chyba zbytnio jest upolityczniona, co zresztą było nieuchronne. I dzisiaj nie ma już znaczenia, czy ktoś próbuje chłodno spojrzeć na sytuację. Jeśli nie gardłujesz za lekarzami, jesteś pismakiem reżimowych i sługą rządu, jeśli za lekarzami, to znaczy jesteś z opozycją, czyli po właściwej stronie mocy, jesteś z pacjentami. A tego dobra pacjenta w tych protestach jakoś dostrzec nie potrafię.

W innych sprawach piali Państwo niewiele. Emes 5756 informuje mnie, że w Krakowie bukiniści są w pobliżu Paku Strzeleckiego. Ale mnie trochę żal tych z tunelu „Magda” na dworcu, choć wiem, że przedtem wiele tych stoisk było koszmarnych. Może da się osiągnąć jakiś kompromis? Przecieku, wydaje mi się, że wiem kto się chce dorwać do władzy w Krakowie i jakimi metodami. Idea, aby wprowadzić komisarza i tym samym podnieść szansę kandydata Platformy przed wyborami jest zupełnie prawdopodobna. Rzecz w tym, że PO dobrych kandydatów nie ma, a obecne obcinanie pieniędzy na wydarzenia kulturalne, aby pognębić Majchrowskiego (niech nie buduje sobie pomników) raczej Platformie nie pomoże. Swoją drogą to dziwne, że jest tak posucha z kandydatami, bo nie wiem, czy np. czwarta kadencja Majchrowskiego to najlepsze rozwiązanie.

Andrzeju, benzyna, a konkretnie olej już jest po 6 złotych (tyle płacę na stacjach Shella), a na Zakopiance nadal korki. Nie wierzę więc, że jeśli benzyna będzie droższa to ruch zmaleje, zwłaszcza tych najwytworniejszych samochodów, których tu najwięcej. Zgoda, że droga ekspresowa do Nowego Targu byłaby potrzebna, ale autostradzie do Zakopanego jestem przeciwna.

PS. Przepraszam w poprzednim blogu było trochę literówek, jakoś nie dopatrzyłam, jeśli i tu są znów jest mi przykro. Staram się być uważna, ale nie zawsze wychodzi. I oczywiście serdeczne dzięki za wszystkie życzenia noworoczne.

31.12.2011
sobota

Jako dziennikarz reżimowy wyznaję…

31 grudnia 2011, sobota,

Koniec roku zdecydowanie kończyłam pechowo, znalazłam się w mniejszości, może nawet ma marginesie ogólnego nurtu.

Otóż odwiedziłam kilka aptek i w żadnej nie było kolejki szturmujących leki refundowane. Do okienka dostawałam się prawie natychmiast, bywało, że przede mną była jednak lub dwie osoby, co jest stanem normalnym. Kilka aptek zaś odwiedziłam, aby zrealizować receptę, wcale nie refundowaną, ale niepoprawnie wypisaną przez lekarza i to nie wedle nowych, ale najzupełniej starych, sprzed kilku miesięcy, zasad. Rzecz bowiem w tym, że dawka głównego składnika powinna być ujęta sumarycznie, a nie ile go jest w pojedynczej tabletce. Miłe panie farmaceutki chciały mi bardzo pomóc, ale leku wydać nie mogły, bo przepis jest stary, lekarze mieli czas, aby go opanować, a nie opanowali. Panie farmaceutki tego nie komentowały, ale jednak wyraz ich twarzy mówił raczej sam za siebie – no cóż panie doktorki i panowie doktorzy przepisów nie czytają, recepty piszą byle jak. W aptece dostałam więc ściągę jak poprawnie powinna być wypisana recepta i teraz już jestem odpowiednio wyposażona przed kolejną wizytą. Przy okazji dowiedziałam się jeszcze, że od lat przepłacam za lek używany w chorobie przewlekłej, bo jakoś żaden z lekarzy nie wpisuje mi na recepcie niezbędnej literki „p”. Gdyby wpisał miałabym podobno jakąś zniżkę, czyli pewnie refundację.

Nie mogę więc użalać się obecnie nad ciężką dolą lekarza skonfrontowanego z nową listą leków refundacyjnych i gdy słyszę jakiegoś pana z Porozumienia Zielonogórskiego jak to rośnie mu biurokracja, że tydzień na wypisanie recepty mu nie wystarczy, a wszystko to odbędzie się kosztem pacjenta, to liczę moje koszty ponoszone latami. Nie znam także sytuacji, w której lekarz żądałby ode mnie zaświadczenia, że jestem ubezpieczona. Owszem, taki dokument okazywałam w rejestracji przychodni czy szpitala, ale nigdy w lekarskim gabinecie. Nie wiem więc o co chodzi, bo zawsze byłam przekonana, że właśnie rejestracja jest od rejestrowania i jakoś z tej nowej ustawy nie wynika, aby miało być inaczej.

Jestem również pechowcem, bo sporo w okresie świątecznym podróżowałam i to bez żadnych zakłóceń. Tak drogowych jak i kolejowych Jeśli już na coś mogę się uskarżać, to jedynie na to, że pociągi z Krakowa do Warszawy i w drugą stronę też, przyjeżdżają grubo przez wyznaczoną rozkładem jazdy godziną. Przeważnie 20 minut lub kwadrans wcześniej. Do Krakowa nie ma problemu, bo pociąg wjeżdża na stację i kłopot mają tylko ci, którzy spodziewają się, że ktoś ich oczekuje. Z oczekiwanych zmieniają się w oczekujących. Oczekujący w stolicy mają lepiej, bo pociąg wytraca zbędne minuty na Zachodniej, gdzie stoi kwadrans, aby punktualnie wjechać na Centralny. Ci, którzy chcieliby już szybciej wysiąść mają zdecydowanie gorzej, bo swoje na Zachodniej odstoją. W sumie są to jednak obserwacje optymistyczne, bowiem oznaczają, że być może ktoś pójdzie do po rozum do głowy i ustali realny czas przejazdu między Krakowem i Warszawą na dwie i pół godziny, czyli tak jak za Gierka.

Podobają mi się też odnawiane dworce, Centralny Warszawy ciągle i w sumie dość szybko pięknieje, w Krakowie podobnie szybko znikają brudne i śmierdzące przejścia podziemne (tyle, że handlu książkami trochę żal), a przejścia nowe są szerokie i przyjemne. Nie rażą mnie też w stolicy reklamy na budynku Centralnego. Jakoś nie brak mi socjalistycznego zewnętrznego wystroju, podobno super fantastycznego i modelki reklamujące firmę odzieżową wydają mi się zupełnie na miejscu, są ładne i ciuchy wydają się atrakcyjne. Wyznaję to mając pełna świadomość, że mogę zostać potępiona, występuję bowiem przeciwko akcji rozpętanej przez „Gazetę Stołeczną” przeciw tej reklamie, akcji która, moim zdaniem, przekroczyła granice zdrowego rozsądku, ale najpewniej należy do dobrego tonu.

Pechowo nie zaliczyłam też kolejnej udręki, czyli korka na trasie do Zakopanego, który formuje się zwykle od południa w pierwszy dzień świąt, kiedy to Warszawa rusza na narty i apogeum osiąga dnia drugiego. Wszyscy o tym od lat wiedzą, ale tę udrękę z uporem godnym lepszej sprawy praktykują, wylewając żale, że nie ma jeszcze autostrady do Zakopanego. Otóż wyznaję, że nie tylko unikam wyjazdów w te dni, ale w ogóle jestem przeciwniczką budowy autostrady do Zakopanego. Wolę znany widok korka nawet od Mszany Dolnej niż wizję wielopasmówki, którą pod maleńkie gruncie rzeczy Tatry wlewa się strumień samochodów. Jestem też oczywiście przeciwko organizacji Olimpiady w Zakopanem i jeśli komitet antyolimpiadowy powstanie chętnie się do niego zapiszę.

Tak więc ogólnie kończę ten rok dość zadowolona. Nie mam większych pretensji do władz Warszawy, ani do rządu jako całości, ani nawet do ministra zdrowia, poprzedniej pani minister i obecnego. Wynika to zapewne z faktu, że jako dziennikarz reżimowy (wracam do formy „dziennikarz”, gdyż jestem skrajnie zmęczona redaktorkami, socjożkami, psycholożkami, marszałkiniami i tym podobnymi formami obecnie politycznie nadzwyczajnie poprawnymi, choć brzmiącymi okropnie) nie dostrzegam całej nędzy obecnej władzy, jej braku jakichkolwiek umiejętności oraz kwalifikacji moralnych. W tym, że jestem dziennikarzem reżimowym upewnił mnie tygodnik „Uważam Rze”, który w numerze świątecznym, a więc nie byle jakim zamieścił moje zdjęcie o boku prezydenta Bronisława Komorowskiego. Było ono ilustracją tekstu, jak to dziennikarze reżimowi biegną oddawać usługi obecnej władzy, skutkiem czego w mediach mamy standardy gorsze niż białoruskie. Opozycyjni, prawi i szlachetni są wyrzucani, reżimowi zasiedlają wszystkie stanowiska i podlizują się władzy. Takie teksty w tymże tygodniku pisze od dawna z wielką regularnością dwóch panów – Karnowski i Czabański, znani praktycy medialnego systemu pełnej demokracji i pluralizmu dla swoich. Za radiowej prezesury Czabańskiego znalazłam się, podobnie jak większość kolegów z „Polityki”, na czarnej liście tych, których nie wolno zapraszać do żadnych audycji, ale się nie użalałam w każdym numerze „Polityki” nad swoim losem. W ogóle się nad nim nie użalałam, bo wiedziałam, że do budowy IV RP po prostu się nie nadaję, podobnie jak do roli listka figowego pluralizmu.

Wracając zaś do owego zdjęcia wyjaśniam, że zrobione zostało ono nie w chwili, kiedy to jakoś szczególnie podlizuję się władzy, ale kiedy odbieram z rąk prezydenta RP Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski przyznany pośmiertnie mojemu mężowi Jerzemu Zimowskiemu za działalność w demokratycznej opozycji i pierwszej Solidarności (wszystko bardzo łatwe do zidentyfikowania w średniej jakości redakcji, a nawet w zupełnie marnej redakcji). To było w czasie, gdy odwaga miała jednak zupełnie inną cenę niż obecnie. Dziś odważne jest zilustrowanie tekstu zmanipulowanym zdjęciem. Nie wiem jaki to standard. Może już północnokoreański? A może w tym środowisku sfrustrowanych, bo ich guru, Kaczyński Jarosław żadnego porządnego salonu im nie założył, to normalka, tak od czasu do czasu kogoś kopnąć. Dla uciechy. Dla poprawienie sobie marnego samopoczucia.

Drodzy Państwo, Bywalcy stali i okazjonalni tego blogu. Spojrzałam na datę poprzedniego wpisu i okazało się, że porzuciłam Was prawie na miesiąc. Nie miałam takiego zamiaru, ale grudzień jest miesiącem szczególnym, jest moc spotkań, Wigilii , okazji do spotkań, ale także przyspieszonej pracy, bo numery Polityki są przygotowywane w cyklu przyspieszonym i jakoś się pogubiłam w terminach. Nie wiem, czy ten blog zostanie umieszczony jeszcze przed Nowym Rokiem, ale postanowiłam już dziś nie odpuścić i wznowić działalność jeszcze w tym 2011. To jest okazja by przyrzec, że w 2012 postaram się lepiej i takich przerw nie będzie. Miejcie Państwo jednak świadomość, że dobrymi chęciami piekło bywa brukowane, więc może czasem nawalę, ale chyba nie tak bardzo jak teraz. Wszystkiego dobrego, bo moim zdaniem wcale nie idzie ku jakiejś wielkiej katastrofie, mimo że wszyscy nas tak okropnie straszą. Indywidualnie i zbiorowo życzę nam także, abyśmy się na tym blogu spotykali, bo moim zdaniem jest ciekawie czyli pisać jednak warto.

4.12.2011
niedziela

Atrakcyjny Aleksander

4 grudnia 2011, niedziela,

Miałem kiedyś sen – rozpoczął jedno ze swoich wystąpień na forum SLD Aleksander Kwaśniewski posługując się znaną formułą Martina Luthera Kinga. Kwaśniewskiemu śniło się, że oto do Sojuszu wracają Miller z Oleksym, a także z innymi tuzami lewicy i wspólnie, być może nawet pod wodzą Napieralskiego, idą i zwyciężają. Czytaj całość →

30.11.2011
środa

Ćwiczenia z Sikorskiego

30 listopada 2011, środa,

Sikorski chce hegemonii Berlina, IV Rzeszy, niech pakuje walizki – oznajmił poseł Joachim Brudziński i być może jego zdanie zapisze wielkimi czcionkami wśród tegorocznych „złotych myśli”. A będzie to zapewne rok, w którym ta księga cytatów będzie miała sporą objętość. Czytaj całość →

21.11.2011
poniedziałek

Manewry po expose

21 listopada 2011, poniedziałek,

Wysłuchałam exposé premiera na żywo, w Sejmie, obserwowałam reakcje w trakcie jego wygłaszania i późniejsze kuluarowe, a teraz czytam komentarze i widzę, że większość wypowiadających się ciągle nie może wyjść z szoku. Czytaj całość →

14.11.2011
poniedziałek

Historyczne konstrukcje i rekonstrukcje

14 listopada 2011, poniedziałek,

Z zadziwieniem obserwuję mocno przesadzone i histeryczne reakcje na to, co stało się 11 listopada w Warszawie. Prawda, na telewizyjnych zdjęciach te dymy, rzucane kamienie czy próby wywracania i palenia samochodów telewizyjnych wyglądały groźnie, ale w rzeczywistości aż tak groźnie chyba nie było, skoro miasto swoje straty oszacowało na niewiele ponad 70 tys. złotych, co oznacza, że żadnej wielkiej dewastacji nie dokonano. Liczba zatrzymanych i szybko karanych jest spora, ale jak na to, że na ulicach pochody liczyły wiele tysięcy osób – wcale nie przesadna. Ci, którzy na takich manifestacjach bywają twierdzą, że w roku ubiegłym było groźniej, bo demonstracje się starły i pobiły, w tym roku zaś policja do tego nie dopuściła. Nie wydaje mi się też, aby w przyszłym podobnych zajść nie było. Czytaj całość →

6.11.2011
niedziela

Nauczyciel demokracji

6 listopada 2011, niedziela,

Śmiesznościom w naszym życiu publicznym nie ma końca. Oto synonimem walki o demokrację staje się Zbigniew Ziobro. Na razie walczy tylko o demokrację wewnątrzpartyjną, ale przecież dopiero się rozkręca. Czytaj całość →

23.10.2011
niedziela

Mandat szybko kupię

23 października 2011, niedziela,

Karierę zrobił ostatnio poseł wybrany z list SLD Sławomir Kopyciński, który został posłem-elektem Ruchu Palikota. Zrobił ją dzięki temu, że jako pierwszy – jeszcze przed zaprzysiężeniem – przemieścił się z SLD do Palikota właśnie. Z wyjątkową, wręcz wyszukaną elegancją stwierdzając, że ponieważ miał wybór między dżumą a cholerą – czyli Kaliszem a Millerem – wybrał po prostu Palikota. Czytaj całość →