9.09.2014
wtorek

I jak tu żyć bez Tuska?

9 września 2014, wtorek,

Kończy się w naszej polityce era Tuska. Czyli kończy się coś, co jeszcze niedawno było prawie nie do wyobrażenia. Podsumujmy więc pokrótce ten okres.

Premier Donald Tusk złożył dymisję na ręce prezydenta. Prezydent w czwartek przyjmie dymisję całego gabinetu i choć powierzy mu na jakiś czas pełnienie obowiązków, dzień kluczowy mamy już za sobą.
Czytaj całość →

29.08.2014
piątek

Wszyscy zostaniemy agentami Putina

29 sierpnia 2014, piątek,

Sejm skierował do Komisji Ustawodawczej wniosek o powołanie komisji śledczej ds. zbadania procesu likwidacji WSI. Pozornie wydawać by się mogło, że wreszcie, po siedmiu latach, proces likwidacji wojskowej służby specjalnej znajdzie jakieś rozliczenie, a Antoni Macierewicz poniesie odpowiedzialność za swoją destrukcyjną (nie pierwszą przecież) działalność. Są to jednak wyłącznie pozory.
Czytaj całość →

27.06.2014
piątek

Ministerstwo i prokuratura: może ktoś by się wreszcie opamiętał?

27 czerwca 2014, piątek,

Czy w sprawie tak zwanej afery taśmowej coś jest takie, jakie się nam początkowo wydawało? Okazuje się, że nic.

Rozmowy są zmanipulowane, bo powycinano fragmenty z wyraźną tendencją, aby polityczna zadyma była większa, błędów co niemiara, czego najlepszym przykładem słynny deal prokuratora Seremeta z Tuskiem, który po przesłuchaniu taśm okazał się dealem między Seremetem a PiS. Generalnie zaś okazał się jeszcze jednym mitem.

W każdym razie podczas kolejnych debat sejmowych i pozasejmowych (leżą wnioski o konstruktywne wotum z nieocenionym prof. Glińskim i wotum nieufności dla ministra Sienkiewicza) będzie o czym “dyskutować”.
Czytaj całość →

23.05.2014
piątek

Koszmarna kampania?

23 maja 2014, piątek,

Dla mnie najbardziej denerwujące były utyskiwania dziennikarzy na żenujący poziom kampanii. Mam ochotę zapytać: czy to nie od dziennikarzy w dużej mierze zależał jej kształt?

Najmocniej uderzył na alarm Kazimierz Kutz – kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego jest tak koszmarna, że on sam żałuje, iż zgodził się kandydować. Abstrahując już od faktu, że jak się z jakiegoś ugrupowania startuje, to nie zadaje mu się ciosu w ostatnich 48 godzinach, trudno nie zauważyć, że kształt tej kampanii zależał, a przynajmniej mógł zależeć od samego kandydata.
Czytaj całość →

1.05.2014
czwartek

Etosowiec Piskorski i cwaniak Tusk

1 maja 2014, czwartek,

Paweł Piskorski postanowił wcielić się w nową rolę – pierwszego naiwnego polskiej polityki. Przez kilka dni biegał po mediach, bardzo z siebie zadowolony. Trudno się dziwić, bo to kampania wyborcza, w której on wreszcie startuje, by dowodzić, że przecież nie mówi niczego nadzwyczajnego, tylko opowiada o tym, co było, o czasach, które warto ocalić od zapomnienia.

Warto przede wszystkim ocalić od zapomnienia fakt, że partia Donalda Tuska, czyli Kongres Liberalno-Demokratyczny, brała pieniądze od niemieckiej CDU, od podejrzanych biznesmenów, z których większość miała potem kłopoty z prawem. Szczególnie brał Tusk, bo wziął pożyczkę na dom i pożyczał bardzo dobre samochody, a generalnie liberałowie brali na biuro w hotelu Mariott, a na kampanie wydawali miliony dolarów.

Pożyczka na dom czy pożyczane samochody, a nawet biuro w Mariocie jakoś już nikogo nie ruszają – zwłaszcza że powszechnie wiadomo, iż Tusk od lat ma niewielkie mieszkanie w Sopocie – ale niemieckie pieniądze i owszem. To jest news! Finansowy dziadek z Wehrmachtu natychmiast musiał stać się przedmiotem ogólnomedialnej i ogólnopolitycznej debaty.

PiS zażądał komisji śledczej, Gowin zapowiedział, że udaje się pod ambasadę niemiecką, by pokazać “niemiecki start up Tuska”, a Palikot wysunął śmiałą tezę, że rzecz trzeba dogłębnie wyjaśnić, bo przecież premier może być szantażowany. “Babcia z Wehrmachtu prosi o zwrot pieniędzy dziadka” – skomentowała (rysunkowo) “Rzeczpospolita”.

A Piskorski jest zdziwiony, on przecież niczego wielkiego nie powiedział, zresztą nie wie, jak było, trzeba pytać Jana Krzysztofa Bieleckiego, który te pieniądze pewnie brał i zupełnie nie rozumie, dlaczego z powodu jednego zdania w książce taki raban. On napisał rzecz naukową, a nie polityczną. - We Francji byłaby to rzecz naukowa – wyjaśnił z całą powagą w jednym z rozlicznych wywiadów.

Tak więc Paweł Piskorski wraca do polityki jako naiwniaczek, który nie wie, co się dzieje, jak się politykę robi, jak się robi kampanie medialne, choć w książce “Między nami liberałami” nie szczędzi sobie, jako wyjątkowo skutecznemu szefowi, najrozmaitszych kampanii, pochwał. Po prostu bez niego nic by się praktycznie nie zdarzyło. Nie jestem specjalistką od kampanii wyborczych, ale wiem, jak narodził się “dziadek z Wehrmachtu”, bo jestem współautorką (wraz z Jerzym Baczyńskim) pierwszej książki o środowisku gdańskich liberałów, w której Tusk, opowiadając o swoich kaszubskich korzeniach, mówi, że w jego domu mówiło się po niemiecku, a na podwórku zdarzało się, że wyzywano go od hitlerowców.

Nie było więc w tym nic wielkiego, w dużym wywiadzie znalazł się przecież tylko jeden akapit, ale szybko cytowały go obficie wszystkie rydzykowe media. Zaczęła się szeptanka, że Tusk to Niemiec i był już tylko krok od powstania dziadka z Wehrmachtu w całej okazałości. Nie wiem, jak powstał mocno podkręcony, nie tylko okładką, ale także doborem cytatów, artykuł w tygodniku “Wprost”, ale jakoś nie wierzę, że bez udziału Piskorskiego.

Z całej książki widać, że dziennikarz i polityk są zaprzyjaźnieni, czego zresztą nie ukrywają, a więc trudnych dla Piskorskiego pytań nie ma, są takie, które są dla niego wyjątkowo wygodne – zwłaszcza zaś dużo w rodzaju: no a Tusk? - i pozwalają Piskorskiemu rozwijać się w temacie, że Tusk to nielojalny leń. I Piskorski oczywiście wiedział, jak takie jedno zdanie zadziała. Nie bez powodu Palikot, z którego listy startuje, od razu wyskoczył z tym niemieckim szantażem, czyli jeszcze bardziej sprawę podkręcił. Niech więc Piskorski pierwszej naiwnej nie udaje.

Ponieważ nie lubię wypowiadać się w sprawach, których nie znam, przeczytałam książkę “Miedzy nami liberałami”. Licznych dyskutantów, którzy nie czytali – o czym mówią publicznie, ale debatują namiętnie o niemieckich pieniądzach dla KLD – zapewniam, że nie jest to wyzwanie wielkie. Rzecz można przeczytać w trzy godziny, jeśli ktoś jest mniej wprawiony w czytaniu, zajmie mu to ze cztery. Na dodatek jest to książka w dużych fragmentach ciekawa: ze względu na sposób opowieści Piskorskiego o sobie i Tusku, a także o kilku wydarzeniach (zjazd UW, na którym wycięto liberałów, powstanie PO, droga do POPiS-u, rozmowy przy piwie z Lechem Kaczyńskim jako prezydentem Warszawy, który setkami słał zawiadomienia do prokuratury o przestępstwach ekipy Piskorskiego), choć nie o wszystkich.

Np. zupełnie pominięty jest wątek przejmowania przez Piskorskiego Stronnictwa Demokratycznego z jego pokaźnym majątkiem, co było wyjątkowo sprawną operacją, która jednak spodziewanej pozycji politycznej nie przyniosła. Prawie zginęła prezydentura Warszawy, bardzo oględnie o wszystkich zarzutach, bo nawet jeśli w większości okazały się nieprawdziwe (część się przedawniła), to jednak były i miały wpływ na szybki koniec kariery politycznej Piskorskiego.

Ta książka ma dwóch bohaterów – dobrego, etosowego i na dodatek diabelnie skutecznego Piskorskiego oraz złego Tuska. Bez Piskorskiego nie byłoby żadnej wygranej KLD (kiedy go odsuwano, Kongres przegrywał, mimo że miał do dyspozycji miliony dolarów – oczywiście Piskorski nie wie, skąd ta partia miała pieniądze, choć widział jakieś reklamówki wypchane forsą), a potem Unii Wolności, nie byłoby PO. To on miał zaufanie Balcerowicza, Geremka, Olechowskiego, on wiązał wszystkie nici, a Tusk siedział sfrustrowany i nic nie robił (czasem robił albumy o Gdańsku, które prezydent Adamowicz z litości kupował, żeby mieć prezenty dla gości miasta), wyjąwszy palenie cygar i picie wina, co było jego prawdziwą namiętnością.

Piskorski zaś był tak zapracowany, że czasem wpadał na jedno cygaro i musiał lecieć dalej, bo prezydentura Warszawy, bo partia, bo robota. No owszem, miał Tusk dar nawiązywania bezpośredniego kontaktu z ludźmi, dobrze przemawiał, był nawet nieźle wykształcony i umiał czarować, ale był nieufny, nielojalny, leniwy, absolutnie nie nadawał się do rządzenia, co zresztą do dziś widać.

Najlepiej zaś posiadł sztukę zabijania konkurentów, czego Piskorski sam doświadczył. Na dodatek mylił się, a Piskorski pomylił się tylko raz, kiedy zgodził się, aby szefem Platformy został Płażyński, którego Tusk łatwo usunął. Powinien był wywalczyć to miejsce dla Olechowskiego, wtedy cała historia, być może nawet Polski, a nie tylko jego osobista, potoczyłaby się inaczej.

Powiem, że mnie osobiście szkoda, że kariera tego jednego z najzdolniejszych polityków młodego pokolenia potoczyła się tak, jak się nieszczęśliwie potoczyła. Dawałam temu wielokrotnie publicznie wyraz i należałam do nielicznej grupy dziennikarzy, którzy nie poddali się fali oskarżeń, jakie spadały na Piskorskiego, nie uczestniczyłam w tej nagonce inicjowanej m. in przez “Wprost”. Uważałam, że był dobrym prezydentem Warszawy, choć być może nie aż tak dobrym, jak sam uważa.

Bardzo ceniłam jego zastępcę Wojciecha Kozaka, który po latach bzdurnych pomówień został wreszcie oczyszczony z zarzutów, ale jakoś nie zauważyłam, by Piskorski go w trudnych latach wspierał (teraz w książce go chwali), choć sam nie wylądował aż tak źle. Mimo licznych zarzutów i niszczącej kampanii medialnej został kandydatem PO do Parlamentu Europejskiego, ale zdobył dla partii mało głosów.

Nie wyleciał na bruk, zdążył jeszcze zalesić trochę terenu za unijne fundusze, co było zgodne z prawem, ale jednak – jak na polityka już wówczas uważanego za zbyt sprytnego (bo te wielkie wygrane w kasynach i handel antykami dla opinii publicznej były jakoś przekonujące) – trochę nieostrożne.

Widziałam dziennikarskie manipulacje przy kreowaniu tak zwanej afery mostowej, nie naigrawałam się z tunelu wzdłuż rzeki, co było przez lata ulubionym zajęciem dziennikarzy i polityków, bo przekonywał mnie plan sprowadzenia Warszawy nad Wisłę (dziś mamy dzięki temu Centrum Nauki Kopernik). Czy PO obeszła się z Piskorskim źle?

Moim zdaniem nie najlepiej, ale też sam się trochę o to prosił. W narastającej atmosferze podejrzeń o korupcję, w histerii związanej z aferą Rywina, jego młoda, miejska drużyna “piskorczyków” z wielką pewnością siebie zbierająca się przy cygarach i piwie, nie robiła najlepszego wrażenia, że się wyrażę najdelikatniej jak potrafię.

Piskorski przekonuje, że napisał pracę naukową, z której można czerpać wiedzę. Otóż nie jestem pewna. Sama mogę napisać kilka sprostowań. Jedno dotyczy Tuska jako fundatora kapitalizmu politycznego przy okazji likwidacji RSW Prasa – Książka – Ruch. - Niech Tusk nie uczy moralności, bo sam nie jest święty – to jedno z przesłań książki “Między nami liberałami”. Dowodem ma być sprzedaż “Życia Warszawy”, na co Tusk jako członek Komisji Likwidacyjnej miał wpływ. Tusk nie dał “Życia” Krajowej Izbie Gospodarczej z Andrzejem Arendarskim na czele, bo bał się, że Arendarski zbyt urośnie, także finansowo, a on wolał, by ten kwitnący tytuł, dający takie dochody,  dostał posłuszny mu Tomasz Wołek.

- To było w ramach podziału tortu i Tusk bierze w tym udział, niech więc nie udaje – pisze Piskorski. Otóż Piskorski się myli. Pracowałam wtedy w “Życiu Warszawy”, byłam przewodniczącą SDP, opowiadałam się za ofertą KIG. Była najlepsza, dawała szansę na uratowanie tytułu, bo wówczas nie była to już “kwitnąca” gazeta, choć miała jeszcze monopol na ogłoszenia drobne. Rozmawiałam na temat sprzedaży tego tytułu ze wszystkimi członkami Komisji Likwidacyjnej i to nie był tytuł, który miał przypaść liberałom. Maciej Szumowski, mój przyjaciel, jeden z członków Komisji Likwidacyjnej, był w rozmowie ze mną najbardziej szczery, kiedy powiedział: nie masz się co starać, podział jest zrobiony u premiera Mazowieckiego – Kaczyński dostanie “Ekspres Wieczorny”, wówczas rzeczywiście jeszcze kwitnący i z wielkimi nieruchomościami, a grupa Halla weźmie “Życie”. Tak to wtedy było.

Tomasz Wołek zakładał w redakcji partię, czy może frakcję, dla Aleksandra Halla. Jako kierująca działem politycznym drukowałam wtedy komentarze jego politycznych przyjaciół – Kazimierza Michała Ujazdowskiego, Rafała Matyi. Nie było nikogo z liberałów. Kto chce potwierdzenia mojej wersji, może zajrzeć do pierwszego wywiadu rzeki z Jarosławem Kaczyńskim – “Druga strona medalu” (wywiad przeprowadzała Teresa Bochwic). Tam znajdzie czarno na białym, że polityczny deal był taki: Kaczyńscy biorą “Ekspres”, a grupa Halla – “Życie Warszawy”. Kaczyński mówi o tym wprost.

Myli się także Piskorski, kiedy opowiada, jak to Wałęsa narzucał Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu skład rządu. Coś pewnie narzucał, ale z pewnością nie było tak, że narzucił Henryka Majewskiego na szefa MSW. Wałęsa proponował to stanowisko Krzysztofowi Kozłowskiemu – ten jednak odmówił, bo odchodził wraz z Mazowieckim – i znalazł się w kropce, ponieważ nie miał żadnego kandydata.

Kozłowski podsunął, aby szefem MSW został Jerzy Zimowski, ówczesny wiceminister, który zresztą z Bieleckim miał bardzo dobre kontakty. Wałęsa i Bielecki przystali chętnie, ale Zimowski pokazał (dosłownie) gest Kozakiewicza. Wiem, bo Kozłowski wielokrotnie o tych perypetiach opowiadał, a ponadto Jerzy Zimowski był moim życiowym partnerem, a potem mężem. Dopiero potem znaleziono Henryka Majewskiego. Generalnie mam wrażenie, że o tym początku lat dziewięćdziesiątych, czyli właśnie czasie “finansowego dziadka z Wehrmachtu”, Piskorski wie w gruncie rzeczy niewiele, o wiele lepiej porusza się w latach późniejszych.

Do tych lat mogłabym wnieść sporo innych sprostowań, aby dowieść, że Piskorski ma w gruncie rzeczy wiedzę pobieżną, gazetową. I dlatego jedynym “soczystym” kawałkiem są te pieniądze. Jeśli jednak ich wiarygodność jest taka sama jak sprzedaż “Życia Warszawy”, to mam do autora wyjątkowo ograniczone zaufanie. I jedno przekonanie - że chciał uderzyć w Tuska boleśnie, a wiedział, że najlepiej zrobić to przy pomocy niemieckiego upiora.

Piskorskiemu rola pierwszej naiwnej w polskiej polityce doprawdy nie przystoi. W tym stroju jest mu stanowczo nie do twarzy.

15.04.2014
wtorek

PiS policzy sobie głosy

15 kwietnia 2014, wtorek,


Szef sztabu wyborczego PiS, poseł Andrzej Duda, oznajmił, a prezes Kaczyński potwierdził, że PiS samodzielnie policzy głosy w wyborach. Na początek w europejskich. To niebezpieczna dla demokracji inicjatywa.

Inicjatywa pilnowania wyborów przez PiS nowa nie jest, przywołuje się ją coraz częściej, w miarę jak kolejne wybory partia ta przegrywała – utrwalenie wizji, że następne mogą zostać sfałszowane, jest miła, przynajmniej utrwali w elektoracie przekonanie, że cała otaczająca go rzeczywistość jest wroga.

Dotychczas było to jednak tylko “pilnowanie”, czyli – jak rozumiem – stróżowanie w komisjach wyborczych, czy ktoś czegoś nie dosypuje. Każda partia ma prawo do swojego obserwatora w lokalu wyborczym i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie coraz wyraźniejsze sugestie, przechodzące nawet w pewność, że chodzi o możliwość fałszerstw. Jednak pierwszy raz padł pomysł samodzielnego, alternatywnego policzenia głosów i w ślad za tym zapewne ogłoszenie alternatywnych wyników. Jak owo liczenie będzie się odbywać już w trakcie głosowania – bo tak rozumiem zapowiedź sztabowca, gdyż celem ma być skonfrontowanie własnego wyniku z późniejszymi oficjalnymi danymi PKW – tego nie wiem. Na tę okoliczność ma powstać system, który zapewne ujawniony nie będzie. Ale jak jest system, sprawa wygląda poważnie.

To, co PiS opowiada o wyborach, też jest poważne i to bez względu na to, czy tysiące aktywistów partii Jarosława Kaczyńskiego stanie czujnie przy każdej urnie, czy nie, aby pilnować ich od rana do wieczora, a nawet do rana (jeśli komisje wywieszą później swoje sprawozdania, co zawsze jest podejrzane, bo jeśli wyniki wywieszają późno, to może kombinują?).

Przecież w takich zapowiedziach najmniej chodzi o owych aktywistów. Chodzi o klimat, o ten wymarzony klimat ciągłego zagrożenia i osaczenia prawdziwych Polaków, prawdziwych patriotów, którzy już prawie witają się z władzą, aby naród wreszcie uszczęśliwić, tyle że jakieś niecne knowania mogą w ostatniej chwili pozbawić PiS triumfu.

To, co ta partia opowiada o możliwości sfałszowania wyborów i własnym alternatywnym liczeniu, dobrze wpisuje się w cały projekt budowy pisowskiego alternatywnego państwa: swoje gazety, swoja telewizja (już raz ten eksperyment na mediach publicznych przeprowadzono, ale skutkiem nieudolności skończył się klapą), swoja prokuratura, bo do tego przecież sprowadza się postulat powrotu prokuratury pod kuratelę partyjnego ministra sprawiedliwości. I dalej: swój Trybunał Konstytucyjny (próby podjęto za rządów PiS), swoja jakaś akademia nauk, która będzie nadawała tytuły i dyplomy swoim naukowcom (rzecz zapowiedziana w programie partii), swoje święta itp.

Paradoks polega na tym, że wszystko, co niezależne od PiS, jest PiS-owi z natury obce. Naprawdę niezależne w oczach działaczy tej partii może być tylko to, co pochodzi z nadania PiS. Tak więc jeśli dodamy alternatywne liczenie głosów, to mamy kolejny element alternatywnego państwa i delegitymizowania obecnego, co przecież jest jak najbardziej jawnym celem tej partii, nie bez powodu zwanej czasem pozasystemową.

Tymczasem jeśli coś nam się rzeczywiście udało w minionym ćwierćwieczu, to właśnie wybory. Nie było prób podważenia wyników żadnego z dotychczasowych. Nie było zarzutów fałszowania, a jeśli były takie próby, jak w przypadku wyboru Aleksandra Kwaśniewskiego na urząd prezydenta, to ostateczna decyzja zapadła przed sądem, jak w demokratycznym porządku przystało. Rozprawa z 1995 roku była zresztą wielką lekcją demokracji, dziejącą się na oczach wszystkich zainteresowanych obywateli, dzięki bezpośredniej transmisji telewizyjnej. Nie kwestionowano wówczas zresztą liczenia głosów.

Nacisk położono na to, że wyborcy zostali przez kandydata wprowadzeni w błąd poprzez podanie przez niego nieprawdy w informacji o wykształceniu. Nie walczono więc z PKW, z ogłaszanymi przez nią wynikami, choć w latach późniejszych próbowano wojen podjazdowych z poszczególnymi członkami komisji. Nigdy jednak nie podjęto poważnej próby delegitymizacji tej instytucji. Teraz taką próbę się zapowiada.

Niezależnie od ciekawości, jak PiS będzie alternatywnie liczył głosy i jaki poda wynik, sama inicjatywa jest dla demokracji niebezpieczna. Od dawna dość beztrosko patrzymy na tę budowę alternatywnego państwa jak na jakiś twór pokraczny, zrodzony z politycznej frustracji. Ale kto mógł przypuszczać, że tylu uwierzy w zamach pod Smoleńskiem, skoro od początku było wiadomo, że to wielka, bo wielka, ale katastrofa lotnicza.

Podważenie zaufania do wyborów też może się powieść, bo np. kolejna przegrana PiS, o ile do niej dojdzie, dla wyborców tej partii będzie zupełnie niezrozumiała. Przecież jesteśmy tacy wspaniali, jesteśmy takimi patriotami – a takiego wodza, czy nawet dwóch wodzów, bo przecież do Jarosława dołączył Antoni, niezawodny Antoni – to jednak nasi wrogowie wygrywają! To jest możliwe tylko przez fałszerstwo. Może niech więc zawczasu ksiądz Małkowski jakieś egzorcyzmy odprawi i demokrację jednak uratuje?

9.04.2014
środa

W sprawie Smoleńska niezbędna rządowa Biała Księga

9 kwietnia 2014, środa,

Wraz z czwartą rocznicą katastrofy smoleńskiej temat jej przyczyn znów stał się gorący – co było do przewidzenia. Nie ma takiej siły, by PiS swoje “zamachowe” insynuacje odpuścił. Przeciwnie, mataczy coraz bardziej.

Im rzeczowych argumentów mniej, a te ostatnio padały jeden za drugim w zderzeniu z faktami, tym mataczenia więcej potrzeba. Do boju ruszył więc nie tylko Antoni Macierewicz, wspierany przez kilka rodzin smoleńskich (przedstawianych nieprawdziwie jako “rodziny smoleńskie”, czyli pewna całość, choć akurat większość z nich od tej walki politycznej chce trzymać się z daleka). Za nim oczywiście ruszył też cały zastęp dziennikarzy, określających się dumnie “niepokornymi”, choć powiedziałabym, że są głównie niepokorni wobec rozumu, a wyjątkowo pokorni wobec politycznego dysponenta lub poglądów, które czarne każą nazywać białymi. To jest stan chorobowy, nieuleczalny, i tak już zostanie. Front jest, to na froncie się walczy, a że fakty mówią co innego, tym gorzej dla faktów.

Czytaj całość →

14.03.2014
piątek

Bać się wojny czy nie bać?

14 marca 2014, piątek,

“Kalemba ofiarą Putina” – czytam w dzienniku wydawałoby się poważnym, bo przecież noszącym dumny tytuł “Rzeczpospolita”, i już sobie myślę, że ten rosyjski prezydent, czarny charakter ostatnich dni, jest jednak wszechstronny nadzwyczajnie. Nie dość, że ma na głowie Krym, a także całą Ukrainę i jeszcze potencjalny konflikt globalny, że dzwonią do niego najważniejsi przywódcy światowi, aby się nieco miarkował – ma jednak czas, by utrącić nam ministra rolnictwa. W dodatku nie tak specjalnie ważnego, skoro początkowo nie chciał go za bardzo nawet premier Tusk. Czytaj całość →

1.02.2014
sobota

Premier w zaspie

1 lutego 2014, sobota,

W walkę z zimą zaangażował się osobiście premier Tusk. Premier na konferencji prasowej o podręcznikach dla pierwszej klasy dowiedział się, że na Lubelszczyźnie panuje klęska zimowa, o czym nie wiedział, bo bywał poza granicami, ale skoro już się dowiedział, to najpierw wezwał na dywanik panią wojewodę i kazał jej z zimą walczyć porządnie. Czytaj całość →

30.12.2013
poniedziałek

Macierewicz znów niewinny

30 grudnia 2013, poniedziałek,

Nie będzie wniosku o uchylenie immunitetu Antoniemu Macierewiczowi, bo Prokuratura Apelacyjna w Warszawie orzekła, że wprawdzie raport z likwidacji WSI jest dokumentem publiczno-prawnym, i choć wcześniej sąd uznał, że Macierewicz jako szef komisji weryfikacyjnej był funkcjonariuszem publicznym, to jednak raport nie jest dokumentem w świetle art. 271 kodeksu karnego. Nie jest więc dokumentem urzędowym, a tym samym poświadczenie w nim, na przykład nieprawdy, nie ma żadnego znaczenia. Czytaj całość →

css.php