IPN znów w grze

2009/11/16, poniedziałek

Niespodziewanie powróciła kwestia reformy IPN. Wprawdzie PO już po ukazaniu się książki o Lechu Wałęsie obudziła się z letargu w tej sprawie, ale wydawało się, że ogień był słomiany i szybko zgasł. Teraz ma przybrać kształt noweli ustawy.

Niby w przedstawianych zapowiedziach nie ma niczego nowego - zmiana sposobu wyboru kolegium IPN i zwiększenie jego wpływu na działalność, a tym samym ograniczenie roli prezesa instytutu - to pomysł, który zrodził się już dawno. PO natychmiast jednak zastrzega, że prezesa Kurtyki zmieniać nie zamierza. Jest też nie całkiem klarowna zapowiedź udostępnienia wszystkim wszystkiego i tylko są wątpliwości, co zrobić z tak zwanymi danymi wrażliwymi. Ten postulat też nie jest nowy. Donald Tusk zawsze powtarzał, że trzeba wyrzucić wszystko na widok publiczny, gdyż nie ma innego sposobu wykorzystywaniu akt do walki politycznej.

Wprawdzie od dawna akta IPN mało kogo interesują, jedynie chyba “Gazeta Polska” i być może jakieś prawicowe gazetki niszowe jeszcze ścigają agentów, ale kogo to już porusza? Trudno nawet liczyć na przedruk czy informację w innych mediach, a teczki osób publicznych są od dawna jawne i nie bardzo wiadomo, czemu miałoby służyć to pełne otwarcie zasobów archiwalnych, oprócz przenoszenia lustracyjnych sporów na niższy, prowincjonalny poziom, lub wręcz - na poziom rodzin, ale PO, tym razem rzeczywiście być może w celu odwrócenia uwagi od tak zwanych afer kreowanych przez b. szefa CBA, jednak o IPN przypomniała sobie i oczywiście natychmiast uruchomił się front obrońców status quo.

Okazuje się, że nawet drobna zmiana w kolegium i ograniczenie władzy prezesa jest dla lustratorów zamachem na tę instytucję, która ma pozostać nienaruszalna. Prawie jak dobro narodowe. - Zmiana może w ogóle zatrzymać prace IPN - postraszono. Tak na marginesie, gdyby taki miał być efekt, to może jednak warto trud nowelizacji podjąć. Mało jednak prawdopodobne jest, aby jakiś pomysł dotyczący zmian w IPN stał się obowiązującym prawem, bo dla SLD będą one za małe, dla prawicy i prezydenta zbyt wielkie i nawet, jeśli się coś uchwali, to ustawa przepadnie.

Jak widać - nikt też nie ma pomysłu na ochronę danych wrażliwych. Tak więc po kilkunastu miesiącach prac, a one są faktem, gdyż dokonano bardzo dobrej analizy stanu obecnego, z którego jednoznacznie wynikało, że ustaw o IPN i lustracyjnej poprawić się nie da i trzeba je pisać na nowo, Platforma mówi właściwie tyle, że nie wie, co zrobić i proponuje kosmetykę.

Tymczasem prawda jest taka, że ta instytucja wymaga głębokich zmian merytorycznych i personalnych. Bez nich wszystkie zmiany ustawowe nie będą miały głębszego sensu. Nawet przy złej ustawie można zupełnie przyzwoicie pracować i nawet przy bardzo dobrej - wykonywać polityczne robótki, co IPN robi chętnie i z najwyższym zaangażowaniem. Nie odwołując się już do śledztw typowo politycznych czy wyłącznie propagandowych, odwołać się można do spraw pozornie drobniejszych. W środę w drugiej instancji sądowej ma zapaść wyrok w sprawie prof. Mariana Filara, czy aby nie popełnił on kłamstwa lustracyjnego, nie wpisując do oświadczenia faktu współpracy ze szkołą oficerską w Legionowie. Sąd pierwszej instancji orzekł, że prof. Filar nie skłamał, ale prokurator IPN nie odpuścił i napisał apelację. Wprawdzie ustawa lustracyjna wymienia dokładnie instytucje, które uznaje się za aparat represji i legionowskiej szkoły wśród nich nie ma, ale prokurator dowodzi, że powinna być. Ponad 16 stron uzasadnienia, podobnie jak w analogicznej sprawie prof. Mirosława Wyrzykowskiego, sędziego Trybunału Konstytucyjnego, to dowodzenie, że szkoła miała wysoki poziom ubekizacji, z czego obaj profesorowie powinni zdawać sobie sprawę i tym samym powinni się do współpracy z SB przyznać. Fakt, że ustawodawca tego nie zamierzył, nie ma dla IPN żadnego znaczenia. Instytut najwyraźniej uważa, że zamierzył, tylko czegoś zapomniał dopowiedzieć, a więc on dopowie. W tym celu wykonuje jakieś ogromne kwerendy, by na przykład ustalić, jaka sprzątaczka sprzątała na jakimś posterunku milicji. W aktach prof. Wyrzykowskiego są takie ustalenia o bliżej nieznanej i niezwiązanej ze sprawą sprzątaczce, co jest istnym kuriozum. I na to idą podatników pieniądze.

Zarówno uzasadnienie apelacji w sprawie prof. Filara, jak i wniosek o ściganie sędziego Wyrzykowskiego (wstyd, że sąd w ogóle przyjął go do rozpatrzenia, a nie odrzucił z marszu), posługują się identyczną argumentacją. Powinny zostać skierowane nie do sądu przeciwko konkretnym osobom, którymi zresztą prokuratorzy IPN się właściwie nie zajmują (prof. Wyrzykowski ma znakomitą kartę opozycyjną), ale ewentualnie do Sejmu, by ustawę znowelizował, jeśli IPN dopatruje się w niej luk tak straszliwych, powodujących, że nie może dopaść części profesury, na którą ma ochotę zapolować. Polowanie na sędziów TK jest już “oczywistą oczywistością”. Ciekawe, dlaczego dotychczas IPN, choćby za pośrednictwem posłów PiS, takiej niewielkiej noweli nie złożył? Lepiej pływać w mętnej wodzie? Już ten przykład pokazuje, że po prostu prokuratorzy IPN bywają nadgorliwymi pieniaczami i temu żadna zmiana ustawowa nie zapobiegnie.

***

Dyskusję o pożytkach, a raczej ich braku z faktu powołania kolejnej komisji śledczej na razie zamkniemy. Wprawdzie Lupin twierdzi, że takie ciała są wręcz szkodliwe, a nie - jak napisałam - niepotrzebne, ale skoro już jest, niech działa.

W licznych wpisach rozpatrujecie Państwo, komu może ona się dobrze, a komu źle przysłużyć i w rezultacie okazuje się, że nikt nie ma tu nic do zyskania. Janmondry napisał dość dobry scenariusz tego, co może się wydarzyć, caido przedstawił rozsądny zestaw argumentów za komisją i przeciwko, uznając, że PO może na niej zyskać, a ja uważam, podobnie jak Przemek76, że mogłoby to być gremium do jednej konfrontacji premiera z b. szefem CBA, bo przecież chodzi wyłącznie o polityczne widowisko.

W sedno trafiła paniusiazkrakowa, która ma kłopot ze zrozumieniem istoty afer kreowanych przez polityków i rozgrzewanych przez “fleszdziennikarzy” (niezłe określenie). Ja mam kłopot podobny, tropię te afery i tropię, a im bardziej tropię, tym mniej je widzę i pozostaje rzeczywiście jakiś Grzech, Rychu, Zbych, co jest może propagandowo nośne, ale na razie z niczym konkretnym, a już z żadnym przestępstwem, zwłaszcza jeśli chodzi o Grzecha, się nie kojarzy. Że taką propagandą posiłkują się politycy - mogę zrozumieć, gdy powtarzają to dziennikarze uważam, że robią to z wyraźną intencją polityczną lub po prostu przestali myśleć i dają się manipulować politykom. W tej zresztą sprawie intencje polityczne są tak wyraźne, że aż walą po oczach.

Sebastianie, nie sądzę, aby ta komisja była, przynajmniej na razie, problemem dla premiera. Przeprowadzaliśmy właśnie wywiad z D. Tuskiem do nowego numeru “Polityki” i nie wydaje się, by to premier miał problem, raczej inni mogą mieć sporo problemów. Premier ma chyba mocne karty.

Sławek zdaje się życzyć powodzenia, by rzecz potraktować z dystansem, walce rządu z hazardem w internecie. Szczęśliwie ktoś chyba coś zrozumiał i projekt ustawy podzielono na dwie części. Walka z hazardem w internecie ma przyjść później. Jako okoliczność łagodzącą dla rządu można uznać, że wiele krajów próbuje walczyć z hazardem w internecie z miernym skutkiem. Może jednak czegoś nauczymy się od innych?

Yevaud, któremu komisja “zwisa kalafiorem”, zapewne słusznie, porusza sprawę ewentualnego wystąpienia RPO do prokuratury przeciwko minister Kopacz, która nie chce kupić szczepionki przeciwko grypie, wskutek czego może wywołać epidemię. Yevaud, podobnie zresztą jak prawie wszyscy z Państwa, solidaryzuje się z panią minister, a nie z rzecznikiem. Niektórzy, na przykład Stary Polak z PRL, nawet stwierdzają, że pani minister zyskała w ich oczach, bo pokazała charakter, w przeciwieństwie do pana Marka Balickiego, który znów mętnie tłumaczy, że jednak te miliony złotych trzeba wydawać.

Podobno w TVN był jakiś pojedynek między Ewą Kopacz a Markiem Balickim, w którym rozłożyła go na łopatki, a on przywołał przykład dr G., że niby ona uprawia taką samą szkodliwą działalność jak ci, którzy urządzili widowisko z dr G. i rozłożyli transplantologię. Jeśli to prawda, to b. ministrowi zdrowia powinno być bardzo wstyd za takie porównania. Może ktoś z Państwa to widział, bo mnie tylko opowiadano, a nie mam czasu szukać stosownej audycji, bo nawet nie wiem, kiedy i gdzie to było. Swoją drogą, wystąpienie wiceministra zdrowia i posługiwanie się argumentem ze szwedzkiego tabloidu, że ktoś zmarł po szczepionce to jednak plama.

Karwoj81 nareszcie mnie za coś pochwalił. Tym milej, że za rozmowę z gen. Wojciechem Jaruzelskim (dzięki za dobre słowo także Waldemarowi i innym), zbeształ mnie jednak za napaści na posła Arłukowicza z SLD. Otóż pan Arłukowicz wydawał mi się bardzo rozsądnym posłem, nawet raz udzielił dobrej porady lekarskiej, gdy w roku ubiegłym byłam przeziębiona, ale najpierw wizja uczestnictwa w komisji, a później samo uczestnictwo najwyraźniej mu szkodzi. Przynajmniej moim zdaniem, bo przepraszam, ale opowiada propagandowe głupstwa. Jakoś jednak nie zgłosił dotychczas mi pretensji, że źle się o nim wyrażam. Najwyraźniej dopuszcza, że w tej akurat kwestii możemy mieć różne zdania.

Zostałam zganiona również za to, że nie czytam bloga pani Senyszyn. No, nie czytam, podobnie jak nie czytam Migalskiego, a nawet Palikota. Gdy jest coś skandalizującego - zaraz będzie to we wszystkich informacjach, bo portale internetowe nie wyżyłyby dziś bez blogów. Często informacje to tylko kawałki blogów.

Wodniku53 - nie słyszałam Gowina mówiącego, że można swobodnie inwigilować tych, którzy się nam nie podobają. Jeżeli tak powiedział, to skandal, choć podobne praktyki zdarzają się w różnych krajach, tyle że raczej są sprawą wstydliwą. Nie wiem, czy z tym “J’accuse” trochę pan nie przesadził, chociaż wszystkie poruszone kwestie są ważne. Stosunek PO do PRL i antykomunizm, zwłaszcza radykalny, w szeregach tej partii jest raczej śmieszny, gdyż to pole zajmuje PiS. Jeśli chodzi o media, solidaryzuję się z przytoczonym stanowiskiem prof. Ewy Łętowskiej. Staram się nie wpisywać do tego frontu wydającego apriorycznie wyroki.

Dyskusja o SLD i Napieralskim czy wyższości Olejniczaka nad Napieralskim i na odwrót wymagałaby oddzielnego skwitowania, ale będzie już niedługo okazja, by coś napisać, bo 19 grudnia ma być konwencja programowa.

Co do sporu wokół projektów ustaw SLD, to chyba Karwoj81 ma rację. Za czasów LiD pojawiło się sporo projektów i to ważnych - oddzielenie stanowiska prokuratora generalnego, CBA, głównym autorem był chyba prof. Widacki, może wspólnie z Ryszardem Kaliszem, był też Kodeks wyborczy posła Gintowta - Dziewałtowskiego. Ale teraz już takich projektów nie ma. Napieralski zapowiadał nową ustawę o finansowaniu mediów publicznych, ale jakoś nie pojawiła się. Może jednak nie chcą finansować obecnej, w sporej części pisowskiej, telewizji?

Woltronie, kto bez przerwy występuje w publicznej telewizji - to widać. Towarzystwo jest raczej ideowo zgrane i z góry wiadomo, co powie, co gdzie napisze. Tu już zaskoczeń nie ma.

Bez oburzenia

2009/11/8, niedziela

Nie oburza mnie wcale, że przewodniczącym komisji hazardowej został poseł Sekuła z PO. Powiem więcej, byłabym ogromnie zdziwiona, gdyby komisyjną inicjatywę Platforma oddała posłowi Wassermannowi lub posłance Kempie. Uznałabym to, że ciężki polityczny błąd, a nie demonstracja przywiązania do demokratycznych reguł.

Komisja jest gremium politycznym, nie będzie odsłaniać żadnej prawdy, będzie terenem walki i kto chce z niej wyjść jak najmniej poturbowany musi mieć możliwość dowodzenia. Inna oczywiście sprawa, czy akurat poseł Sekuła, człowiek spokojny i raczej z cienia na dowódcę się nadaje. Uważam, że zdanie wypowiadane tak często ostatnio przez posła Arłukowicza z SLD, że PO nie może być sędzią we własnej sprawie, czyli w czymś, co zwykło się nazywać aferą hazardową, jest kompletnie bez sensu. Czyja to sprawa, tego nie wiem. Może też SLD, może PiS, a może tylko Mariusza Kamińskiego, a może jednak również PO. Na razie, w świetle przedstawionych dokumentów i oficjalnych wypowiedzi, wydaje się, że za PO proces legislacyjny był w miarę przejrzysty, a Chlebowski raczej udawał, że wiele może niż nielegalnie lobbował. W każdym razie dotychczas nie pojawił się nikt, kto oznajmiłby, że Chlebowski na niego naciskał, nawet pan wiceminister Kapica z Ministerstwa Finansów, okrzyknięty już pozytywnym bohaterem sprawy, tego nie mówi. Tak więc w kwestii afery mam też sporo wątpliwości, ale bardziej liczę na prokuraturę, z jej wszystkimi wadami niż na polityków.

Nie oburza mnie również fakt, że pan poseł Wassermann nie został wiceprzewodniczącym. To też wydaje mi się dość normalne. Niech pan poseł zdecyduje się, czy chce zasiadać w komisji badającej okoliczności uprowadzenia i śmierci Krzysztofa Olewnika czy wziąć się za hazard. Tamta mało kogo już interesuje poza wąskim gronem dziennikarzy, którzy temu dramatowi przyglądają się od lat i najwyraźniej ów brak szerokiego zainteresowania posłowi Wassermannowi dolega. Trudno też liczyć, że w przypadku Olewnika odkryty zostanie jakiś układ sięgający do samej góry, a układ lokalny, faktycznie tam istniejący, w którym państwo Olewnikowie nieźle sobie radzili, został już dawno odsłonięty. Chęć posła Wassermanna zmiany miejsca przed kamerami, zwłaszcza, gdy wiąże się to z możliwością przesłuchiwania premiera (oficjalnie “wysłuchania”, ale mało kto o tym pamięta, podobnie jak posłowie zapominają, że są tylko posłami, a nie prokuratorami) dobrze rozumiem. Trzeba jednak dokonać wyboru i tyle.

Najbardziej racjonalnie w sprawie powoływania komisji zachowało się PSL, które nie chciało stanowiska przewodniczącego i posłało Franciszka Stefaniuka, posła doświadczonego, zdystansowanego i na dodatek piszącego wierszyki. Będzie się za stołem nudził, to może coś śmiesznego napisze. Dziennikarze wprawdzie nie rzucą się na taką twórczość z równą pasją, jak na byle przeciek, ale zawsze coś zacytują.

Rozdział stanowisk w komisji wydaje mi się więc racjonalny, chociaż samo jej powołanie uważam ze zbędne. Z wielką ciekawością słucham i czytam opinie, że wprawdzie komisja ta niczego nie wyjaśni, ale jest potrzebna. To jakieś kompletne pomieszanie z poplątaniem. Jak nie wyjaśni, to powinna być zbędna - w takim rozumowaniu widziałbym jakąś logikę. Teraz nie widzę żadnej, widzę raczej poddanie się jakiejś nieuchronności zdarzeń. Rusza bowiem widowisko, które może skończyć się niczym lub kolejną kompromitacją idei parlamentarnych ciał śledczych, lub polityczną zawieruchą. Tego nikt nie potrafi przewidzieć.

Na razie jednak ciekawie zrobiło się innym froncie. Oto zapowiedzi premiera, że natychmiast zostanie uchwalona ustawa hazardowa, czy delegalizująca hazard (osobiście widziałabym wiele innych ustaw, wymagających tak pilnego trybu, choćby w kwestii emerytur mundurowych, górniczych, ułatwień dla przedsiębiorców) spowodowały wielkie zainteresowanie hazardem, zwłaszcza w Internecie. Ludzie nie wiedzieli, ale się dowiedzieli i podobno korzystają z gier aż miło. Hazard zdecydowanie się rozkręca. Będzie co w przyszłości ścigać. Każde działanie musi mieć najwyraźniej swoje skutki uboczne.

***

Zebrała się ponad setka wpisów od Państwa. Część z nich dotyczy owej konferencji b. szefa CBA, którą wielu Blogowiczów przeanalizowało dość dokładnie. W tym, co pisze na przykład ziom, jak na dłoni widać rozgrywkę polityczną prowadzoną przez Kamińskiego. Podobnych opinii jest sporo. PIRS ma rację i zarazem jej nie ma. Kamiński mógł trwać na stanowisku, gdyby nie zaatakował PO, ale ten atak był nieuchronny, gdyż nieuchronne było postawienie mu zarzutów karnych w tak zwanej aferze gruntowej. Być może nie przewidywano tylko skali furii, z jaką wystąpił wyrzucając afery, których nie ma, na przykład szybko znikła “spirytusowa”, bowiem okazało się, że prokuratura prowadzi już śledztwo od roku i to bez udziału CBA. Po prostu to koło musiało się kiedyś zamknąć, nie przy okazji rozmówek posła Chlebowskiego, to przy czymś innym. Wiadomo było, że atak nastąpi przed wyborami. Konferencja Kamińskiego nie tyle mnie wzburzyła, o czym pisze Kartka z podróży, co wprawiła w osłupienie, bo czegoś takiego jeszcze nie widziałam, choć wiele już widziałam. Nawet oskarżenie Oleksego było na wezwanie Sejmu.

Sebastian wyraża nadzieję, że premier doprowadzi do tego, że staniemy się państwem prawa, że już nie będzie tego podżegania do przestępstwa, tych prowokacji itp. Nie byłabym taką optymistką. W każdym państwie, także o bardzo ustabilizowanej demokracji i lepszej niż u nas kulturze politycznej są afery czy inne tego typu gwałtowne zdarzenia, wszędzie służby mają tendencje do wymykania się spod cywilnej kontroli i wkraczania w życie polityczne. Parker uważa, że po odwołaniu Kamińskiego nie ma już problemu CBA. Ja uważam, że nadal jest, bowiem ta służba ze swej natury jest policją polityczną i ma za dużo uprawnień. W dalszym ciągu uważam, że powołano ją niepotrzebnie, ale nie widzę nikogo odważnego, kto by CBA zlikwidował. Myślę, że nawet gdyby SLD doszedł do władzy też by się nie odważył na taki krok, by nie zyskać piętna partii nie walczącej z korupcją, a ponadto każdej władzy takie “zabawki” się podobają. Wszystko, co można zrobić to znowelizować ustawę, zwłaszcza, że to i tak trzeba zrobić po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego. Myślę jednak, że będzie to nowelizacja bardzo ograniczona.

Zresztą tym wszystkim, którzy są zainteresowani hazardem i aferą wokół niego polecam bardzo ciekawy wpis Roberta, praktyka w tej sferze, który całą sprawę mocno demitologizuje. To też jest działalność gospodarcza, poddana rygorom ustawy, choć oczywiście zapewne i tu są patologie i nie wszystko jest tak wspaniale jakby to z opisu Roberta wyglądało. Jednak traktowanie każdego właściciela kasyna jak gangstera jest nieporozumieniem, a tak się to jakoś po wybuchu tej afery przyjęło.

Gdy zaś o korupcji mowa (w tej aferze na razie takie uzasadnione podejrzenia się nie pojawiły) warto zwrócić uwagę na to, co pisze Leszek. Różne indeksy pokazują percepcję korupcji, a nie jej realny poziom. Zdaniem wielu badaczy jest on w Polsce znacznie niższy niż percepcja, która jest tym wyższa, im więcej się na ten temat mówi. Na takim ciągłym mówieniu o korupcji, na rozciąganiu owych szarych sieci, czy ustawianiu przestępczych stolików polegała strategia PiS. Można powiedzieć, że Jarosław Kaczyński był to ręką, która kieruje, a Mariusz Kamiński miał być mieczem. A miecz, jak to miecz. Bywa ślepy.

Miś Yogi bardzo chwali Orliki trochę oplute przez Kamińskiego, oczywiście w ramach politycznych porachunków z premierem i rządem. Trzeba mu wierzyć, bo jak widać z wpisu zna je dobrze. Ja też uważam, że to bardzo ważny projekt cywilizacyjny.

Paolo, jak Pan widzi nikt nie usunął Panu wpisu i nie bardzo widzę, z jakiego powodu ktoś miałby to robić. Proszę bardzo, gdy trzeba ulać trochę żółci, to nie mam nic przeciwko temu. Sama czasem mam ochotę to zrobić.

Karwoj8 znów zacięcie broni SLD. Nie zmieniam jednak zdania, że ten projekt ustawy o CBA, który zresztą jak szybko się pojawił, tak zniknął, to strzał kulą w płot. Nawet główny prawnik Sojuszu Ryszard Kalisz był zaskoczony i prezentować go nie poszedł. Badania psychiatryczne to już pomysł z projektu Lewicy i Demokratów odrzuconego także głosami PO. O tym, że SLD “przybiera gębę PiS” tym razem panie Karwoj8 nie piszę ja, ale m. in. Artur, ziom i inni. Każdy ma prawo do własnej oceny. Pana wydają mi się bardzo emocjonalne, ale rozumiem, że polityka bez emocji staje się trochę nudna.

Pielnia1 o dawnych winach PO przeciwko Cimoszewiczowi. Ja od początku uważałam to za skandal, ale widzę, że Cimoszewicz jakoś teraz dobrze rozumie się z Tuskiem. Może został przeproszony? Zapowiedziano teraz wspólną kolację obu panów, czyli okazuje się, że można rozmawiać, nawet po bardzo głębokich urazach. Polityka w takim właśnie wydaniu wydaje mi się ciekawa i obiecująca.

Osso, za nominacją Jacka Snopkiewicza, którego też bardzo cenię, z pewnością stoi Robert Kwiatkowski. To ma być ta lepsza, sld-owska część telewizji, a co będzie? Zobaczymy.

Roman69 zachęca do zajęcia się rzeczywiście ważnym problem odpowiedzialności sędziów i lekarzy, którzy stają przed sądami koleżeńskimi i dopiero od ich opinii, niechętnych przyznawaniu racji osobom spoza tych środowisk mogą trafić przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. To jest problem, także prokuratorów, im też niechętnie uchylane są immunitety. Myślę jednak, że taki stan pełnej bezkarności trochę już mija. Także dlatego, że ludzie coraz bardziej świadomi są swoich praw, coraz więcej prawników specjalizuje się w tych sprawach, ale problem rzeczywiście jest i ciągle o nim słyszymy.

Dziadek Ignacy zauważa, że nie komentuję opinii koleżanek i kolegów dziennikarzy. Rzeczywiście staram się tego nie robić. Był taki czas, że opinii na mój temat było tyle, ze prostowanie kłamstw zajęłoby mi zbyt dużo czasu i teraz już nie reaguję. Podobnie jak nie polemizuję z oczywistymi nonsensami, a prawdziwej dyskusji u nas nie ma. Jednak opinie o środowisku dziennikarskim i jego wadach chyba jednak formułuję dość jasno?

Mam jeszcze sprawę z red. Wojciechem Reszczyńskim, który przysłał mi list nazwany “pismem przedprocesowym”, w którym żąda, abym przeprosiła go za to, że w jednym z wpisów na blogu (w maju 2008) roku przytoczyłam opowieść o nim rozpowszechnianą przez ludzi pracujących na Woronicza, jakoby w czasach “Teleekspresu” gen. Wojciecha Jaruzelskiego powitał na jakimś spotkaniu słowami - Panie Generale jest Pan dla nas jak ojciec, a już w czasie, gdy pracował “Wiadomościach” deklarował, że Wałęsa jest jak ojciec. Red. Reszczyński twierdzi, że to absolutne kłamstwo, które podważa jego wiarygodność dziennikarską. Nie mam nic przeciwko przeproszeniu pana red. Reszczyńskiego i niniejszym to czynię, za zacytowanie opowieści jego Koleżanek i Kolegów o nim. Skoro red. Reszczyński twierdzi, że są kłamstwem, nie mam powodu kwestionować jego słów, choć chyba nie mnie powinno zastanowić, skąd się ono wzięło. Ja w telewizji nie pracowałam, nie znam panujących tam stosunków. Zresztą o ile nie dziwi mnie wyjątkowa niechęć red. Reszczyńskiego do gen. Jaruzelskiego, której w czasie pracy w “Teleekspresie”, bardzo zresztą udanej, chyba jednak nie demonstrował, to bardzo dziwi mnie dzisiejsza niechęć do Lecha Wałęsy, którego red, Reszczyński był, co już dobrze pamiętam, wielkim zwolennikiem. Ja takiego zdania o Wałęsie bym się jednak nie wypierała. Nawet w piśmie przedprocesowym.

Szok dymisyjny?

2009/10/28, środa

Mieliśmy spektakl bez precedensu. Oto były wysoki funkcjonariusz państwowy wystąpił przeciwko państwu. Podobno w obronie swojego honoru, przeciwko któremu uruchomiono wszystkie struktury rządowe.

Te struktury pracują ponoć nad zniszczeniem jego wyjątkowej wiarygodności, która będzie mu potrzebna, by stanąć prze komisją, a najchętniej komisjami śledczymi i pognębić wreszcie swoich przeciwników, w tym przede wszystkim premiera Tuska, który uniemożliwił mu akcję życia, tę perłę w koronie CBA, czyli rozpracowanie tego, co mocno na wyrost nazywa się aferą hazardową.

Mariusz Kamiński przedstawił się niby sam Bóg. Tylko on jeden wie wszystko i orzeka, co jest zgodne z prawem, co bezprawne. Wszystkie działania przeciwko niemu są oczywiście bezprawne, wszystko co on zrobił jest perfekcyjne. On powinien być prezydentem, premierem, którym niestety tylko ‘formalnie’ jest Donald Tusk i stać na czele wszystkich służb. Bez niego te inne są byle jakie. Jest gdzieś jakieś tam ABW zapełnione przez małych ludzi, którzy odebrali mu certyfikat dostępu to tajemnic, który przecież będzie mu w sposób oczywisty potrzebny, gdy wróci na stanowisko szefa CBA. Obecny szef CBA jest zupełnie niesamodzielny, bowiem decyzje i tak zapadają w kancelarii premiera. Prokuratura pracuje pod polityczne dyktando itp. itd. Gdzie Kamiński spojrzy, tam groteska, wszystko jest godne pogardy, wielkość widzi wyłącznie, gdy patrzy w lustro. Niektórzy mówią, że taki stan to szok po dymisji, swoista choroba, ale nie muszą mieć racji.

Kamiński tym różni się Boga, że Bóg jest ponoć miłosierny, a Kamiński tnie jak brzytwa. Po wszystkich, którzy nie są z jego partii. Odrabia swoją czysto partyjną robotę z nadzwyczajnym zapałem. I będzie ją odrabiał nadal, bo przecież kogoś tak wielkiego nie obowiązują żadne reguły. Nie obowiązują tajemnice państwowe, zwyczajna przyzwoitość, elementarny szacunek dla przełożonych, lojalność wobec zwierzchników państwowych, a nie partyjnych.

Ponad godzinna konferencja byłego szefa CBA merytorycznie niewiele warta, podczas której zaliczył właściwie jedno “osiągnięcie”, ochlapał dodatkowo błotem akcję budowy orlików, aby rządowi, a zwłaszcza premierowi bardziej dopiec pokazała jedno: Mariusz Kamiński nigdy nie powinien pełnić żadnego stanowiska państwowego. Jest może jeszcze funkcjonariuszem, ale wyłącznie partyjnym. Niby wszyscy wiedzieli to od dawna, ale jakoś nie chcieli przyjąć do wiadomości, bo to przecież człowiek ponoć uczciwy. Może fanatyk, ale uczciwy. Tak mówiono. Uczciwość nie polega jednak tylko na nieprzyjmowaniu łapówek. To coś znacznie więcej, czego Kamiński absolutnie nie pojmuje. Jest też problem poważniejszy zawierający się pytaniu “jak ma się zachować państwo wobec takiego byłego wysokiego urzędnika”? Czy ma pokazywać tylko bezsilność, bo nikt nie chce kreować nowego męczennika? Udawać, że nic się nie stało?

Niestety, tak już jest, że nielojalni urzędnicy państwowi mogą się czuć zupełnie bezkarni a nawet bywa, że znajdują natychmiast nową dobrą pracę. Pałac prezydencki czeka. Wzięto Waszczykowskiego, to niby dlaczego nie wziąć Kamińskiego? Chyba, że on sam nie zechce. Jest przecież ponad wszystko. I pomyśleć, że te wszystkie afery, konferencje, te komisje śledcze są tylko z jednego powodu - oto prokuratura ośmieliła się postawić zarzuty karne jednej osobie, czyli byłemu szefowi CBA. Z tego powodu to całe szaleństwo. Zarzuty może przecież stawiać tylko Mariusz Kamiński. Nawet nie będąc prokuratorem. Czyż to nie jest oczywista oczywistość? Czy ta prokuratura zwariowała, że ośmieliła się podnieść rękę na samego Boga?

***

PS. 1

Kilka godzin przed ową konferencją SLD zgłosił projekt zmian w ustawie o CBA. Szef tej służby ma być wybierany przez Sejm na 6 lat większością 2/3 głosów, aby był praktycznie nieusuwalny i podlegać miałby prokuratorowi generalnemu. Oczywiście temu przyszłemu, wyposażonemu w ogromną władzę. O badaniach psychiatrycznych zapomniano. Lewica nie ma ostatnio szczęścia do pomysłów. Co palnie, to głupstwo.

PS. 2

Korespondencja przy następnym wpisie blogowym, czyli już po Wszystkich Świętych.

Ciasna, ale własna IV RP

2009/10/26, poniedziałek

Mariusz Kamiński jest nadal szefem CBA - oznajmił Jarosław Kaczyński i to powinno w zasadzie rozstrzygać wszelkie wątpliwości. Prezes PiS mówi przecież same oczywiste oczywistości i żadne polemiki sensu nie mają, bowiem z oczywistą oczywistością się nie polemizuje.

Tym bardziej, że nawet dla tych, którzy skłonni byliby dostrzec, że premier Kamińskiego zdymisjonował, sytuacja jest niejasna. Szefem nie jest, ale jest funkcjonariuszem i jako taki pozostaje w służbie. Nieco sytuację komplikuje fakt, że Kamiński o tym, że jest funkcjonariuszem podobno nie wiedział. Tak samo zresztą jak o innych sprawach, o których ostatnio z wielką pewnością się wypowiadał, ale trzeba zrozumieć, że CBA powstawało w wielkim pośpiechu (teraz okazuje się, że być może także w bałaganie) i ktoś o czymś zapomniał. Na przykład poinformować prezesa, że jest też funkcjonariuszem. Jaki sens jest w statusie funkcjonariusza? Generalnie taki, że funkcjonariusz obdarzony jest licznymi przywilejami, które zwykłym cywilom są niedostępne. Nie chcę przez to zasugerować, że czysty jak kryształ Kamiński o jakieś przywileje zabiegał. Raczej już ktoś dodał mu je z nadgorliwości. A liczba tych przywilejów jest tak wielka, że generalnie wszystkie ustawy o rozlicznych służbach sprowadzają się w gruncie rzeczy do spisu przywilejów funkcjonariuszy - od materialnych aż po różne operacyjne. I nikt nie ma odwagi tego zmienić.

Nieuregulowany status Kamińskiego daje więc podstawy prezesowi PiS do głoszenia przekonania, że każdy, kto po Kamińskim przychodzi nie dość, że będzie gorszy, to będzie uzurpatorem. Bo co znaczy jakiś dobry policjant? Nic, po prostu i tak będzie się podlizywał aktualnej władzy. Tylko Kamiński będzie posłuszny władzy właściwej, choć okresowo urlopowanej. Na ten trop naprowadzają dalsze wyznania prezesa zamieszone w dzienniku “Rzeczpospolita”. Otóż prezes uważa, że można co najwyżej mówić o przerwie w pełnieniu przez szefa CBA funkcji. I pod tym względem sytuacja jest podobna do jego własnej. On też ma właśnie przerwę. Nic, tylko przerwę. I za chwilę powróci, a wówczas wróci znów Kamiński i wszystkie klocki znajdą się na swoim miejscu. Jednym zdaniem, Mariusz Afera Kamiński i Jarosław Przerwa Kaczyński znów będą razem.

Winnam wytłumaczenie skąd owe - iście legionowe - przydomki. Otóż niedawno w gronie znajomych przypominaliśmy sobie polityków, którzy zasłynęli właśnie takimi dodatkowymi określeniami. Ktoś wspomniał słynnego Henryka Goryszewskiego, który mawiał, że uderza jak Kobra i tak już mu zostało - Henryk “Kobra” Goryszewski, potem był Maciej “Przerwa” Płażyński, gdyż jako początkujący marszałek Sejmu ciągle zarządzał przerwy (dopiero po kilku miesiącach wyjaśniło się, że miał źle ustawiony ekran, na którym podawano mu informacje i miał kłopot z ich odczytaniem), ktoś rzucił, że oto rodzi się nam właśnie Mariusz “Afera” Kamiński, co dość się wszystkim spodobało, a gdy przeczytałam rozmowę z prezesem PiS uznałam, że określenie “Przerwa” bardziej mu się należy niż Płażyńskiemu, który nie ze swojej winy popadł w kłopoty. Wprawdzie nie przebija Kobry Goryszewskiego, ale jakoś nieźle opisuje sytuację, także psychologiczną, w jakiej znalazł się prezes. Prezes wyznał także, że ma własne sondaże, które zapewne wskazują na jego wyraźne wyborcze zwycięstwo i zapewne na zwycięstwo jego brata także.

Przy ogólnej nieufności prezesa do dokumentów oficjalnych, o czym poinformował publicznie, fakt posiadania własnych sondaży nie dziwi. Przeciwnie - staje się w pełni zrozumiały. Prezes po prostu ma swoją własną IV RP. Może nie jest ona wielka, na miarę marzeń i aspiracji, ale własna. Jest w niej miejsce dla Mariusza Kamińskiego i dla wielu innych oczywistych oczywistości. Co więcej ta IV RP ostatnio się poszerza. Wzięła przecież media publiczne. Wystarczy ze dwa razy obejrzeć “Wiadomości”, by zobaczyć, jaki zakręt wzięły. Na przykład w sobotę główne wydanie rozpoczęło się od informacji, że Włodzimierz Cimoszewicz był podsłuchiwany. Temat jak najbardziej na czasie, tyle że owe podsłuchy miały miejsce podobno na początku lat 90-tych. Cimoszewicz niczego nie wie na pewno, a pan Bondaryk, szef ABW, który znalazł się obecnie na celowniku tak zwanych dziennikarzy śledczych pisał nawet do Cimoszewicza list z wyjaśnieniami, że nie podsłuchiwał. Kto by tam jednak wierzył Bondarykowi? Najważniejsze to podtrzymywać zainteresowanie podsłuchami i dołożyć szefowi ABW. Potem było jeszcze o dramacie w służbie zdrowia. Z prawdą na bakier, ale klimaty były i zrozpaczeni luzie też. Telewizja antyrządowa stała się już normą. Może to i dobrze. Premier nie chciał dać pieniędzy na tak zwaną misję, to PiS dało Sojuszowi kilka posad i po sprawie. Grunt pod skrócenie przerwy, między pierwszym i drugim premierowaniem prezesa Kaczyńskiego, jest coraz lepiej uprawiany. Aż dziw, jak wielu się trudzi, by PiS wrócił do władzy, a ludność myśli najwyraźniej swoje i preferencje partyjne stabilne (chodzi o te preferencje fałszowane, oczywiście, bo prawdziwe ma sam prezes). Jak jeszcze prezes parę pomysłów rzuci, to może coś się zmieni, nie jestem jednak przekonana czy na korzyść PiS.

Odnotuję jeszcze, że rozsypał się worek z propozycjami jak zreformować służby specjalne. Od przynajmniej 10 lat w tej sprawie nie pojawił się ani jeden nowy postulat i oczywiście nic nie zostanie zreformowane, ale o tym może przy następnej okazji.

***

Obiecałam, że przy okazji tego wpisu odpowiem na korespondencję i przynajmniej częściowo chcę to zrobić. Dzięki, że wpisów jest tak wiele. Na początek podziękowania także za to, że nie daliście się Państwo w znakomitej większości opętać aferomanią, że mimo całego medialnego chaosu nie wszyscy stracili zdrowy rozsądek i trzeźwy ogląd sytuacji. Nie jestem stanie wymienić nawet wszystkich blogowiczów, którzy nie tylko poparli moje poglądy, ale bardzo trafnie je uzupełnili. We wpisach pojawiło się kilka wątków i niestety główny dotyczył poziomu dziennikarstwa.

HaniaL pyta, czy służby manipulują dziennikarzami? Oczywiście, że manipulują i mają bardzo ułatwione zadanie, bowiem partyjne dziennikarstwo trzyma się dzielnie i jest gotowe pójść na służbę do służb. W ostatnich tygodniach było to widoczne jak na dłoni przy okazji tak zwanych przecieków. Oczywiście to żadne przecieki, żadne dziennikarstwo śledcze (prawdziwych dziennikarzy śledczych mogę policzyć na palcach jednej ręki), to po prostu drukowanie dostarczanych materiałów, dostarczanych z wyraźną czy wręcz jednoznaczną polityczną intencją.

JKJK pisze o braku szacunku dla dziennikarstwa. Przykro mi, gdyż jakoś tam należę do tego środowiska, ale muszę połączyć się z Panem ( Panią?) w tym braku szacunku. Uważam, że ten owczy pęd, to kreowanie afer, przy jednoczesnej niezdolności zapoznania się z podstawowymi faktami i przy jednoczesnym biadaniu nad upadkiem klasy politycznej jest już po prostu nieprzyzwoitością. Złapałam się na tym, że obecnie 80 proc. mojej dziennikarskiej pracy polega na sprawdzaniu informacji, które znajduję w mediach. To sprawdzanie nie jest nawet trudne, wystarczy czasem zajrzeć na odpowiednie strony internetowe, gdzie można znaleźć różne dokumenty, ale widocznie nikomu nie chce się tam zajrzeć, albo zajrzenie nie pasuje do z góry założonej tezy.

Waga-rowicz pyta, kto steruje tą cała akcją stwarzania feralnego chaosu, bo przecież żadnej korupcji na razie nikomu nie wykazano. Afery są polityczne - sam Pan sobie dobrze odpowiada. Taka jest też moja odpowiedź, choć sporo ostatnio pisałam w “Polityce” o tym złudnym klimacie bezpieczeństwa, jaki dopada każdą formację w połowie kadencji, gdy wszystko w miarę dobrze idzie.

Gedanus bardzo rozsądnie pisze o tak zwanych podsłuchach dziennikarskich, bardzo gorąco ten wpis Państwu polecam. Piszę o tak zwanych podsłuchach dziennikarskich nie dlatego, że nie wierzę, że dziennikarze bywają podsłuchiwani. Zapewne bywają, ale w tym przypadku podsłuchiwany był dziennikarz, któremu postawiono zarzuty karne. Czy dziennikarz ma być w lepszej sytuacji niż każdy inny obywatel, który wejdzie w podobny konflikt z prawem? Jak się kombinuje ze służbami specjalnymi, to potem miewa się kłopoty. Przejrzałam te podsłuchy, bo krążą one w środowisku już w bardzo wielu kserokopiach (nie wiem, czy całość, czy tylko wybrane), niewiele z nich wynika oprócz tego, że koledzy skrzykują się, aby przeprowadzić akcję na rzecz kolegi, który ma trafić do aresztu (co nie jest niczym nagannym), a sam podejrzany zwołuje wszystkich do kościoła, gdzie ma zamiar popełnić samobójstwo, co samo w sobie jest dość dziwne. Czy to ma być samobójstwo na oczach kolegów?

Nie wiem, dlaczego wykorzystano to w procesie cywilnym wiceszefa ABW, ale jestem bardzo powściągliwa w wyrażaniu oburzenia, gdyż cała sprawa jest dla mnie niejasna. Co jednak mnie uderzyło, to natychmiastowe oświadczenie SDP oraz jakiegoś Centrum Monitoringu Wolności Mediów potępiające podsłuchiwanie dziennikarzy, ale ani słowa nie było tam, ani zresztą wcześniej, o elementarnych standardach dziennikarskich. Jakoś tym organizacje dziennikarskie nie są zainteresowane.

Komentarza red. Rymanowskiego o mnie i profesorze Krzemińskim, o którym pisze Katarzyna, nie czytałam i nie żałuję. Nie da się wszystkiego czytać. Jest tyle dobrych książek do przeczytania.

Sporo piszecie Państwo (m.in. nieoceniony Waldemar ze Szczecina, ale także inni) o stoczniach i CBA. Palestrina 2005 rozpętała dyskusję (w podobnym tonie jest wpis Roberta) o ustawieniu przetargu i złamaniu reguł przetargowych. Wydaje mi się, że ciągle jeszcze mamy tu do czynienia z kompletnym niezrozumieniem, na czym polegał proces tak zwanej kompensacji, czyli po prostu upadłości, tyle że bez udziału syndyka, obu stoczni. Jak można faworyzować inwestora, skoro jest on jeden i zabiega się, aby kupił te trzy kawałki decydujące o tym, czy w ogóle będzie prowadzona działalność stoczniowa? Także na tym blogu wiele Państwo wyjaśniliście, bo widzę, że wiedza, także praktyczna, nie jest Państwu obca.

Nie wiem jednak czy Palestrina 2005 została przekonana. Wysłuchałam sejmowej dyskusji na ten temat i po prostu ręce opadają. Nawet jeśli wziąć pod uwagę ostrą walkę polityczną, to czegoś równie głupiego jak wypowiedzi i większość pytań opozycji dawno nie słyszałam. Ta dyskusja utwierdziła mnie w przekonaniu, że minister Grad musi zostać, bo w tych polemikach sejmowych jest zdecydowanie coraz lepszy. Nie uważałam dotychczas, że był jakoś szczególnie wyróżniających się ministrem, ale po tym, co przechodzi - teraz bardzo w moich oczach zyskuje.

Piszę to a propos wpisu normy, która (który?) Grada nie poważa. Dziś usłyszałam, że prezes Kaczyński domaga się komisji śledczej w sprawie stoczni i SLD to poprze. Niechże Napieralski wybierze się na korepetycje do Jacka Piechoty i niech coś wreszcie zrozumie.

Pielnio1, dzięki, że przejrzał Pan w sprawie Napieralskiego. Pamiętam jak obrywałam od Państwa, że czepiam się młodego zdolnego, bo nie lubię SLD. Chyba jednak obrywałam niezasłużenie, a SLD jest mi żal, ale chyba rzeczywiście ich czas już minął. Młodzi i niewiele rozumieją, a na dodatek nie uczą się, co słusznie zauważa Włodzimierz Cimoszewicz.

Barbaro, każdy minister skarbu w Polsce musi mieć wpisane w CV niechciane kontakty z prokuraturą czy Trybunałem Stanu i kilka wniosków o wotum nieufności. Właściwie to dopiero pasuje na ministra. Taki to już los i nie ma się co skarżyć, wiadomo, jaką posadę się bierze.

Jest kilka wpisów, które chciałam odnotować ze względu na ich merytoryczną wartość.

Darku - dzięki za wpis o manipulacjach przy pomocy stenogramów. To manipulacje banalne, ale skuteczne.

Myszkinie, witam na blogu. Pana ocena sytuacji jest bardzo dobra i pana postulat zmiany ustawy o CBA jest celny. Rzecz w tym, że nie jest to nawet trudne, jak się Panu wydaje, bowiem był projekt Lewicy i Demokratów z pogardą przez PO odrzucony. Osobiście poseł Graś “rozdeptywał” z sejmowej trybuny występującego w imieniu wnioskodawców prof. Widackiego.

Leszek widzi “kryzys” podobnie jak ja, służby tajne w służbie opozycji, media rozdrapywane przez nową koalicję PiS-SLD. W tym, że media są opozycyjne - nie widziałabym nic złego, mogłoby to być nawet pewną zaletą, pod warunkiem, że nie byłoby to takie głupie i tak partyjnie nachalne. Pamiętam, że jeszcze na początku lat 90-tych, kiedy rodziła się ustawa medialna tak liczono kadencje KRRiT, że po dwóch, trzech latach w tej radzie opozycja miałaby większość, tyle że wówczas prezydent Wałęsa rozwiązał Sejm i wszystko się pokręciło, ale ten sposób myślenia był obecny. Potem PiS wszystko ścięło do zera i zaczęła się pełna jazda z w dół.

Wodniku53 - wcale nie jest aż tak dramatycznie, niech się Pan nie poddaje i proszę nie pozwolić, by wmówiono Panu, że politycy to wyłącznie łajdacy, bo to obraz nieprawdziwy. Są też dobrzy i w końcu Polska jakoś broni się przed kryzysem i za to należy trzymać kciuki.

Minister Grad musi zostać

2009/10/12, poniedziałek

Co dziś kogo “poraża” - jest oczywiście kategorią względną i wysoce subiektywną. W polityce zależy to oczywiście od miejsca siedzenia, co innego poraża rządzących, a co innego opozycję. Opozycja poczuła się tak porażona skalą nowej “afery”, zwanej już stoczniową, że nawet sam prezes Kaczyński zaczął się domagać komisji śledczej. Nie wiem, czy kolejnej, czy w miejsce tej mającej się zająć kwestią hazardu.

Moje wątpliwości wzięły się stąd, że usłyszałam jak wicemarszałek Sejmu, pan Putra uznał, że przy stoczniowej hazardowa afera zdecydowanie blednie. Skoro blednie, to być może nie ma się czym zajmować. Może jednak zapał do powoływania stoczniowej nieco opadnie i skupimy się na hazardowej, bowiem nie bardzo wiadomo, czym ta stoczniowa miałaby się zająć. Czy tym, że stoczni nie prywatyzowano za rządów PiS (brawo dziennik “Metro”, który jako jedyny nie uległ aferalnemu zapałowi, w tych trudnych czasach nie stracił głowy i nazwał rzecz po imieniu, ogłaszając na pierwszej stronie: CBA topi stocznie), kiedy to koniunktura była jeszcze jako taka, czy też wyłącznie tym, że rząd obecny, być może naiwnie, poszukiwał kogoś, kto jakąś produkcję stoczniową jednak uruchomi?

Na razie (oczywiście przed wypływem kolejnych materiałów operacyjnych, które najwyraźniej spisywane są na bieżąco i w gorącej atmosferze, skoro w niedzielę aż do wieczora wersja pisana była poszerzana) zupełnie subiektywnie, ale w oparciu o wiedzę, którą mam nie z mediów, ale z obserwacji całego procesu tak zwanej kompensacji, czy upadłości stoczni w Gdyni i Szczecinie, prowadzonego pod nadzorem Komisji Europejskiej, widzę następujące afery. Oto służba specjalna państwa polskiego donosi do Komisji Europejskiej, że być może polski rząd coś kręcił przy tym procesie. Donos jest oczywisty. Czy służba ta działa w interesie ekonomicznym państwa, czy też przeciwko niemu?

Druga afera polega na wystraszeniu potencjalnych inwestorów. Akurat toczy się, za zgodą Komisji Europejskiej zresztą, drugi przetarg. Już oczywiście nikt nie mówi o zachowaniu produkcji stoczniowej, bo to wydaje się nierealne, skoro w Europie stoczni już nie ma, i nawet polscy armatorzy zamawiają statki w Chinach, co pokazuje, że najbardziej patriotyczne uczucia muszą przegrać z zimnym rachunkiem ekonomicznym. Dziś mówi się o uruchomieniu jakiejkolwiek produkcji, aby ludzie znaleźli pracę. Otóż w tej atmosferze byłoby rzeczywiście czymś niezwykłym, gdyby poważni inwestorzy zechcieli się majątkiem postoczniowym zainteresować. Po co im kłopoty, podejrzenia, że uczestniczą w przedsięwzięciu aferalnym, po co im podsłuchane rozmowy, wydrukowane w gazetach? Oni poszukają miejsc spokojniejszych.

Polska nie jest jedynym krajem ubiegającym się o nowe inwestycje tak zagraniczne jak i krajowe. Takich krajów jest wiele i wszystkie chcą wspierać inwestorów, tak jak my w przeszłości wspieraliśmy. Czy więc działanie CBA było w interesie ekonomicznym państwa, czy też przeciwko temu interesowi? Czy żadnemu z licznych polityków stających przed kamerami i mikrofonami takie proste pytania nie przyszły do głowy? Nawet, w okresie największej politycznej gorączki wypada jednak przez moment pomyśleć, zanim się coś powie.

Mam nadzieję, że premier nie odwoła ministra skarbu, gdyż po raz kolejny cofnąłby się przed zarzutami, czy wręcz - żądaniami (taki jest charakter działań CBA) policji politycznej. Mam nadzieję, że nie zostanie pospiesznie odwołane kierownictwo Agencji Rozwoju Przemysłu, która sprawę upadłości stoczni prowadziła, wykonując gigantyczną pracę, by zrealizować specustawę stoczniową, wynegocjowaną zresztą ze związkami zawodowymi. Nie mam jednak nadziei, że wreszcie uporządkowana zostanie sprawa wpływu tajnych służb na życie polityczne, że zostanie ustanowiony wreszcie system realnej kontroli ich działań. PO miała dwa lata, by coś tu zmienić i ten czas zmarnowała. Być może jest tak, że poprzedników te służby fascynowały, a premier Tusk miał o ich pracy marną opinię i niespecjalnie się nimi interesował, czyli sytuacja byłaby podobna do tej z mediami. Powiedzieć jednak, że ma to, czego chciał, to mało. Ta sprawa nie jest bowiem wyłącznie problemem premiera Tuska czy tego rządu. Ona powinna stać się wyzwaniem dla całej klasy politycznej, aby wreszcie wyleczyć państwo z choroby polegającej na tym, że każda partia ma swoje służby i przy ich pomocy rozgrywane są interesy politycznych patronów.

***

P.S. Przepraszam, ale korespondencja przy okazji następnego wpisu blogowego. Nie miałam czasu na przeczytanie wszystkich komentarzy, co wyznaję ze skruchą.

Dymisjonowanie przez sondowanie

2009/10/5, poniedziałek

W związku z tak zwaną aferą hazardową pojawiło się szereg zdarzeń mniej lub bardziej pobocznych, ale nie oznacza to, że mniej niż watek główny interesujących.

Jeden z nich to sposób dymisjonowania lub pozostawiania na stanowisku przez premiera swoich ministrów. Po prostu premier daje im różne pilne zadania do wykonania. Kiedyś minister infrastruktury miał, jeśli dobrze pomnę, do końca czerwca podpisać umowę na budowę autostrady, potem minister skarbu miał skutecznie sprzedać stocznie, też w określonym terminie. Teraz minister Drzewiecki ma się wytłumaczyć przed opinią publiczną ze swojej roli przy ustawie o grach hazardowych. Być może po nim tłumaczyć się będą następni ministrowie, bowiem media mają już kolejne osoby na widelcu.

Patrząc wstecz można powiedzieć, że premier nie zawsze postawione warunki do końca egzekwował. Najbardziej skuteczny okazał się minister infrastruktury, do niedawna najbardziej krytykowany szef resortu, który umowy podpisał i nawet jego najwięksi przeciwnicy, którzy jeszcze niedawno wyśmiewali pomysł budowy autostrady kawałkami przez różnych wykonawców, teraz wyrażają uznanie i mówią, że nastąpił wreszcie przełom. Czyli dla ministra Grabarczyka poprzeczkę premier ustawił właściwie. Minister Grad stoczni nie sprzedał, ale zdymisjonowany nie został i słusznie, gdyż ważniejsza okazała się umowa z Eureco w sprawie PZU, którą skutecznie wreszcie podpisano. Dla braku dymisji Grada były więc okoliczności usprawiedliwiające, chociaż pozycję negocjacyjną po zapowiedziach premiera o dymisji miał raczej gorszą niż lepszą.

W najtrudniejszej jednak roli znalazł się minister sportu. Dostał bowiem do wykonania zadanie niewykonalne. Nie ma takiej siły, aby polityk przekonał opinię publiczną, że jest do końca czysty. Opinia publiczna ma ugruntowane przekonanie, że politycy to generalnie oszuści troszczący się o swoje interesy i na tym przekonaniu Drzewiecki musi polec. Jeśli na dodatek niezbyt dokładnie wiedział, jakie pismo podpisuje, co mnie akurat wydaje się wyznaniem raczej szczerym, to leży jeszcze bardziej. Co to za minister, jeśli nie panuje nad resortem? Wprawdzie na początku rządu Donalda Tuska zdarzały się tajemnicze dymisje, bowiem nawet najbardziej zaufani urzędnicy premiera podsuwali mu do podpisu nominacje, których absolutnie podsuwać nie powinni, a on je podpisywał, ale to było dawno i ekipa dopiero się uczyła. Teraz już okrzepła.

Przeczytałam wszystkie dokumenty, jakie dotychczas opublikowano w sprawie czegoś, co nazwano aferą hazardową, i jakoś nie znajduję wielkiej winy Drzewieckiego. W słynnej już rozmowie pana Rysia z panem Chlebowskim jest powiedziane, że zarówno on, jak i wicepremier Schetyna absolutnie nie chcą przyłożyć się do blokowania, co powinno stanowić poważne alibi, ale w rezultacie nie ma większego znaczenia. Rozmowa jest traktowana bardzo wybiórczo, to znaczy, że każdy wybiera, co mu pasuje. Taka natura takich spraw. Zresztą w końcu są te pisma Drzewieckiego, które mogą kogoś ewentualnie obciążać. Kogo? Nie wiadomo. Jego samego? Jego urzędników? Z niecierpliwością czekam na odtajnienie dokumentów CBA lub przynajmniej na równie udane przecieki jak rozmowa z Chlebowskim. Mam nadzieję, że od razu nie wyrzucono wszystkiego, że najciekawsze fragmenty dopiero przed nami.

W ogóle w całej sprawie wiele jest niewiadomych. Na przykład nie wiadomo, kogo chciał aresztować pan prezydent. Wiadomo natomiast, kogo chciał zaaresztować szef CBA. Oczywiście Jolantę Kwaśniewską i osłupiały minister Czuma po usłyszeniu tego wyznania, mimo iż zachowanie Kamińskiego uznał za podejrzane, jakoś lekarza nie wezwał. Może gdyby wezwał, minister Drzewiecki nie musiałby teraz wykonywać prac syzyfowych, premier nie musiałby pilnie zamawiać badań, czy Drzewiecki przekonał opinię publiczną czy nie, których wynik jest oczywisty i może początek kampanii prezydenckiej mielibyśmy nieco odłożony w czasie. Przynajmniej o kilka tygodni, zwłaszcza że tak się akurat złożyło, iż prezydent zwoływał naradę w sprawie zagrożenia interesów ekonomicznych państwa w dniu, kiedy minister Grad te interesy dobrze zabezpieczył. Zdecydowanie lepiej niż najlepszy minister skarbu w najlepszym z dotychczasowych rządów. O kim mowa? Zgadnąć łatwo.

***

Znaczna część Państwa wpisów dotyczy mediów publicznych, który to temat w części stał się mało aktualny, co nie znaczy, że nie mamy kolejnej odsłony, która będzie wymagać oceny. Zgadzam się z opinią wyrażoną przez heimdall.laika, że nie ma w Polsce szans na publiczne, odpolitycznione (ja powiedziałabym - odpartyjnione)  media. Cieszę się, że pani Małgorzata Wiśnicka - Hińcza opublikowała swój list do mnie (redakcja mi go doręczyła, a ja Pani odpisałam, mojej odpowiedzi Pani nie załączyła) na blogu, gdyż może się on stać przedmiotem szerszej dyskusji i może nam pozwolić weryfikować praktykę z zamiarami osoby niezwykle przyzwoitej, za jaką się uznaje. Otóż konstatuję na początek, że przyzwoitość pani Małgorzaty Wiśnickiej - Hińczy już został wystawiona na próbę, kiedy to prezydent zaczął rozdawać nominacje na stanowiska w telewizji, co jest zapewne oznaką uwolnienia telewizji publicznej od wpływów partyjnych (wiadomo, prezydent jest prezydentem wszystkich Polaków). Zapewne jako członek zarządu wie coś na ten temat, jeśli nie wie, może poczytać w dowolnej gazecie. Wystarczy też popatrzeć na ekran, jaki ostry skręt biorą “Wiadomości”. Tak szybko nigdy wcześniej nie skręcały. Nowy prezes zaś wyznaje, że najbardziej podobała mu się telewizja Wildsteina. Zapewne pani Wiślickiej - Hińczy też, gdyż z nowym p.o. prezesa przyrzekli sobie absolutną lojalność. Tak przynajmniej wyznał p.o. prezesa. Chyba nie kłamie?

Joanno, wobec tak zwanych afer z udziałem polityków SLD zawsze byłam powściągliwa i nie uczestniczyłam nigdy w żadnej nagonce. Przeciwnie, od lat dopominam się publicznie, w tym systematycznie na łamach “Polityki”, aby te wszystkie nibyafery znalazły swój finał sądowy, choćby orlenowska, która tkwi zawieszona w prokuraturze katowickiej. Tak samo zachowam się i teraz, zwłaszcza że na razie widzę raczej aferę Mariusza Kamińskiego broniącego swojego stanowiska niż hazardową.

Zgadzam się więc z Yevaud, że na razie jest to bubel CBA. Pamiętam, też polityczno - medialny walec, który rozjechał Cimoszewicza i widzę ten sam mechanizm obecnie. Zabawne, że ci, także dziennikarze, którzy brali udział w nagonce na Cimoszewicza, potem biadali, że został skrzywdzony, a teraz biorą udział w kolejnej nagonce.

Wodniku53 - cały numer polega na tym, że ani premier, ani minister sprawiedliwości nie dostali materiałów operacyjnych. Dostała je gazeta, czyli w tej materii mamy wykonaną polską normę. Prokuratora dopiero wystąpiła o uzupełnienie materiałów, gdyż nie miała żadnych podstaw do wszczynania sprawy. Doniesienie było czysto polityczne.

Sławek pyta, co tu jest grane? Dobre pytania. Moim zdaniem sprawa, przynajmniej w świetle dotychczasowej wiedzy, jest dość prosta. Kamiński broniąc się przed zarzutami karnymi, chciał zrobić zawieruchę, co mu się udało, aby zostać męczennikiem politycznym i pokazać, że rząd jest skorumpowany, czyli do władzy musi dojść PiS, a Lech Kaczyński zostać wybrany na drugą kadencję. Innej gry na razie nie widzę. Przy okazji padają ofiary, będące także skutkiem braku wyobraźni tychże ofiar. Mnie osobiście żal jest posła Chlebowskiego, który jest dobrym posłem, wiernie służył premierowi jako szef klubu, bardzo cenili go dziennikarze, ale dlaczego umawiał pod cmentarzem z jakimś biznesmenem od gier hazardowych? Doprawdy,  jestem zwolenniczką kontaktów polityków z biznesmenami, z przedsiębiorcami, bo uważam, że izolacja tych światów przynosi więcej szkody niż pożytku, ale jednak ta rozmowa nie powinna była mieć miejsca. Nawet jeśli Chlebowski tylko przechwalał się swoimi możliwościami.

Ciekawy jest wywód Magrud na temat lobbingu, roli Julii Pitery (całkowicie się z Panią zgadzam w tej kwestii). Rzecz jednak nie tyle w równości wszystkich środowisk, co jest oczywiste, co w przejrzystości. Pod cmentarzem jest mało przejrzyście. Magrud dała nam jednak sporo do przemyślenia.

Przecieku - nie wiem, kto i ile dostał pod stołem za prywatyzację PZU. Raczej sądzę, że nikt nie dostał, że wielką rolę odegrał tu Marian Krzaklewski jako wierny syn Kościoła, bo chciał ściągnąć do Polski taki katolicki nieduży bank (często to w Sejmie w tamtych latach słyszałam). Sprawozdania komisji śledczej nie uważam za poważne, a prokuratura w Gdańsku też najwyraźniej nie może napisać żadnego aktu oskarżenia.

Nie rozumiem oburzenia Andrzeja na red. Solską. Ja też uważam, że ugoda jest wielkim sukcesem rządu. Każde inne rozwiązanie byłoby bardziej kosztowne, a ta ugoda jest lepsza, niż można się było spodziewać. Ciekawe, że nawet Leszek Miller, który teraz krzyczy, że to skandal, gdy był premierem, nie procesował się, a w swojej książce pisze, że nie chciał utrudniać sobie negocjacji przy przystępowaniu do UE. Ja go w tym punkcie rozumiem, bo postąpił słusznie, przystąpienie do UE było najważniejsze, dlaczego awanturuje się teraz, podobnie jak SLD - nie wiem. Chyba dla zasady, że za chwilę zacznie się awanturować PiS, więc Sojusz stara się być kilka minut wcześniej.

Mam problem, Karwoj8 w dalszym ciągu uważa, że nienawidzę Napieralskiego, SLD i lewicy, a Puzon zarzuca mi, że Napieralskiego i SLD rozpieszczam, nie doceniając jednocześnie Unii Pracy. Przepraszam, ale moim zdaniem UP na razie nie istnieje jako realna siła polityczna, nie ma liderów mających na coś wpływ i zapewne dlatego żadne media jej liderów nie zapraszają. Gdyby się to zmieniło, to docenię, bo kiedyś ta inicjatywa wydawała mi się nawet interesująca. Wobec SLD i Napieralskiego nie rządzą mną żadne emocje, staram się w ogóle na politykę patrzeć chłodno. Dziwię się tylko czasem politycznej bezmyślności tego ugrupowania. Mam chyba do tego prawo? Na przykład, dlaczego teraz z takim zacięciem bronią Kamińskiego i CBA, czyli dzieci PiS? Dlaczego nie pytają o prowokację wobec Kwaśniewskiej, którą niedawno chcieli mieć jako kandydatkę do prezydentury? Czy ta sprawa z kupowaniem willi w Kazimierzu to też było przygotowanie na ewentualność startu Kwaśniewskiej w wyborach prezydenckich? Jest o co pytać.

Rządzie, rządź w telewizji!

2009/09/23, środa

Kto opowiada za bałagan w mediach publicznych? Oczywiście minister skarbu państwa, bo przecież mógł coś zrobić, a on tymczasem utrzymuje Farfała.

Tak orzekli już nie tylko nadzwyczajnie liczni publicyści, komentatorzy polskiego życia publicznego, nierzadko z profesorskimi tytułami, ale także zastępy polityków. Poseł Andrzej Celiński chciał nawet, aby sejmowa komisja kultury i środków przekazu przyjęła uchwałę wzywającą rząd do działania. Tak orzekł sam wicepremier Pawlak, który uznał, że “wycofanie” przedstawicieli skarbu państwa z rad nadzorczych jest jawnym dowodem współdziałania PO, w osobie ministra skarbu oczywiście, z p.o. Farfałem.

W tych wszystkich relacjach i ocenach szczególnie uderza mnie słowo “wycofanie”. Zakłada ono, że nie ma już ludzi przyzwoitych, którzy potrafią się zachować samodzielnie, ale są wyłącznie tacy, którzy wykonują rozkazy. Szczególnie niesamodzielna jest prof. Ewa Nowińska “wycofana” z rady nadzorczej, gdyż ona podobno skomplikowała sytuację tak, że dziś jest dwóch p.o. prezesów. Mało kto zwraca uwagę, że tego samego dnia rezygnację złożył także prof. Ryszard Markiewicz z rady nadzorczej Polskiego Radia, gdzie nowe władze, pełniące obowiązki, czasowo wybrano. Podobnie zresztą jak w telewizji. Nieobecność prof. Nowińskiej niczego przecież nie zmieniała i pan Szwedo został wybrany, a że Farfał będzie się bronił wszelkimi sposobami - wiadomo było od dawna. Kto zliczy sprawy sądowe, które kolejne władze telewizji publicznej sobie wytaczają? Decyzja prof. Markiewicza trochę owo wycofanie na rozkaz ministra komplikuje, dlatego najczęściej się jej po prostu nie zauważa.

W tym myśleniu, gdzie wszystko jest grą i rzucaniem się wszystkich partii na media, nie ma oczywiście żadnego miejsca na zauważenie, że czasem ktoś chce się zachować zgodnie z własnym sumieniem i przyzwoicie nawet, jeżeli wcześniej nie dostrzegł niebezpieczeństwa związanego z wejściem na pole minowe lub w swej - nie ma co ukrywać - naiwności sądził, że może wpływu mieć nie będzie, ale przynajmniej zostanie wysłuchany. - Co to za profesor, który nie wie, gdzie wchodzi. To pozbawia go elementarnych kwalifikacji. Nie widzi co się dzieje? - powiedział mi jeden z kolegów, gdy próbowałam go przekonać, że może jednak nic nie jest tak proste, że nie wszyscy działają na rozkaz. Próbowałam to zrobić, gdyż prof. Nowińską znam, w tych trudnych dla niej dniach rozmawiałam z nią i wiem, jak długo ona i prof. Markiewicz zastanawiali się na tą decyzją, przewidując zresztą obecne reakcje. Wiem też, że nie zostali “wycofani”, raczej ministra swoją decyzją zaskoczyli. Oczywiście kolegi nie przekonałam.

Tak więc doszliśmy już do stanu, gdzie posiadanie własnego zdania jest dyskwalifikujące zawodowo. Wszystko jest tak przeżarte polityką i politycznymi grami, że nie ma miejsca na zachowania przyzwoite, a w moim przekonaniu jest zachowaniem przyzwoitym rezygnacja w sytuacji, gdy na własne oczy zobaczy się, z kim ma się do czynienia, zwłaszcza gdy zobaczy się ów polityczny żar, aby czym prędzej telewizję zawłaszczyć.

Przyznam jednak, że najbardziej bawi mnie wzywanie rządu, aby coś zrobił. Ale co? Wystarczy poczytać ustawy, aby zobaczyć, że minister skarbu ruchu nie ma, nawet żadnego “komisarza” wprowadzić nie może, ustanowić ewentualnie kuratora może sąd. Tym bardziej bawi mnie, że jeszcze niedawno z tych samych ust i spod tych samych piór płynęły pełne oburzenia stwierdzenia, że skandalem są wszystkie propozycje zmierzające do tego, aby rząd miał jakikolwiek wpływ na media publiczne. W pierwszej nowelizacji ustawy proponowano, aby minister skarbu jako 100 proc. właściciel spółki miał ograniczone możliwości wpływu na to, co się w niej dzieje. Cała gigantyczna fala krytyki dotyczyła tego właśnie uprawnienia. - To czysty skandal - wołano, rząd niech się trzyma z daleka. Teraz co rusz czytam lub słyszę, że przecież minister skarbu jest 100 proc. właścicielem, więc niech coś zrobi. W drugiej nowelizacji zaproponowano przejście na finansowanie z budżetu, ustalane corocznie przez Sejm. - To niedopuszczalne, rząd i rządząca koalicja zawłaszczą media publiczne - odezwał się zgodny chór i ustawa padła.

Tak więc obecnej kuriozalnej sytuacji winny jest minister skarbu, rząd, PO i prof. Ewa Nowińska. Ustalenie winnych poszło jak z płatka. Można powiedzieć, że nareszcie udało się coś szybko ustalić przy sporej politycznej i medialnej zgodzie. Czy więc można się dziwić, że dziś przedstawiciele PiS, ale także ci, którzy w PiS kiedyś byli i nocny zamach stanu na media publiczne przeprowadzili, stali się nauczycielami i strażnikami moralności?

Niedawno usłyszałam młodego posła PiS, robiącego obecnie wielką medialną karierę, który mówił z dumą: my przynajmniej uchwaliliśmy jakąś ustawę, a wy nawet tego nie potrafiliście! Racja, przeprowadzili, pogonili KRRiT, przerwali jej kadencję, czego nikt wcześniej nie ośmielił się zrobić, wybrali swoich koalicyjnych kolegów z Samoobrony i LPR, gdzie Farfał był jak najbardziej w porządku. Taki sukces. I niby dlaczego Grad miałby teraz efekty tego “sukcesu” obalać, łamiąc prawo, czego wszyscy od niego żądają?

Wbrew powszechnej obecnie opinii jestem za tym, by rząd trzymał się od mediów publicznych z daleka, chociaż jeszcze niedawno wydawało mi się logiczne, że jeżeli mamy spółki Skarbu Państwa, to minister powinien mieć coś do powiedzenia.

***

PS.:

Większość Państwa wpisów dotyczyła uchwały odnoszącej się do 17 września i właściwie nie mam już czego komentować. Uważam ostatecznie uzgodnioną treść za dobrą i dobrze napisaną, bez takiego nieznośnego polonocentryzmu, za odwołanie się także do solidarności z Rosjanami, ofiarami stalinowskich zbrodni. Jeżeli rzeczywiście wokół tego tekstu osiągnięto kompromis, uważam, że chociaż cała sprawa była kompromitująca, może jednak jakoś się opłaciła i marszałek Komorowski, który niepotrzebnie zlecił wypracowanie wspólnego stanowiska wicemarszałkowi Niesiołowskiemu (bowiem wiadomo było, że będzie konflikt, także skutkiem charakteru i zbytniej nerwowości wicemarszałka, delikatnie rzecz ujmując) sprawę naprawił.

Jeżeli chodzi o pomysł zakazu handlu w niedzielę, to poczekajmy, w jaki projekt ustawy to się rozwinie. Haseł mamy w nadmiarze, a głupota pomysłu oczywista.

Jak zwykle nie zawiedli mnie Karwoj8 oraz przeciek, wspierani tym razem przez Andrzeja. Uważam zresztą, że te krytyczne głosy o mnie są bardzo ciekawe i ożywiają blog. A więc proszę tak dalej, tylko może nieco bardziej prawdziwie. Być może wtedy będą miały na mnie większy wpływ. Na razie trzymam się własnego zdania i własnej oceny sytuacji. Z pewnością Karwoj8 nie będzie zadowolony z tego, co napisałam dzisiaj, ale nic na to nie poradzę. Jakoś jestem szczęśliwie odporna na instynkt stadny.

Audycji “Teraz my”, która kilkoro spośród Państwa poruszyła, nie oglądałam, nie wiem nawet, kto był gościem, który powinien był wyjść zniesmaczony, jak rozumiem, ze studia. Najwyraźniej politycy lubią być poniżani, jeżeli nie wyszedł.

Zwycięstwo (?) bez defilady

2009/09/16, środa

Zgodnym wysiłkiem parlamentarzystów udało się nam nieco zmienić bieg historii. Termin radzieckiej agresji na Polskę przeniesiono z 17 na 23 września, kiedy to ma się odbyć przyjęcie, tym razem przez aklamację, stosownej sejmowej uchwały. Wypada mieć nadzieję, że nie będziemy teraz przekonywać świata, że tego dnia ruszyła Armia Czerwona na froncie wschodnim, co zmusiłoby do rewizji wszystkich książek historycznych i rozważań, na ile zmieniłoby to bieg wojny.

Przy okazji udało się zanotować jeszcze jedno osiągnięcie, a mianowicie politycznie podzielono Rodziny Katyńskie, których bardziej patriotyczną część prezydent RP przyjął pod swoje skrzydła, mniej patriotyczna z prezesem została nie bardzo wiadomo czyja, może międzypartyjna. W każdym razie okazała się zdecydowanie mniej patriotyczna, skoro nie zależało jej tym “ludobójstwie”, mimo że prezes Kurtyka całą mocą swego autorytetu zaświadczał za ludobójstwem. Raczej zależało jej, aby z katyńskiej zbrodni nie robić politycznych igrzysk, co w Polsce nie jest możliwe. W Polsce wszystko musi być igrzyskiem.

Doceniam wolę marszałka Sejmu wypracowania jakiegoś kompromisu. Może nawet dobrze się stało, że ten kompromis wreszcie wypracował. Kompromis oczywiście polityczny, bo Sejm jest gremium politycznym. Ale też myślę sobie, że lepiej takiej uchwały nie podejmować, niż podejmować po takiej awanturze. Jeden z doradców marszałka po zakończeniu jego heroicznych zmagań z PiS, powiedział- mamy zwycięstwo, ale bez defilady. Rzeczywiście, coś w tym jest. Jeżeli nawet uchwała przyjmowana będzie przez aklamację, będzie to widok mocno sztuczny, nieprawdziwy i w mojej przynajmniej pamięci pozostanie wielodniowa awantura, a nie sama uchwała, której treść zgodna jest mniej więcej z tym, co od dawna postulował na przykład prof. Norman Davies. Czasem warto o coś zapytać historyków, bowiem pytanie polityków w rodzaju niezwykle biegłego w obracaniu frazesami posła Błaszczaka, który rozkwita jako rzecznik partii, przynosi głównie kłopoty.

Czy dzieje uchwały z dnia 23 września czegoś nauczą? Powinny nauczyć, żeby nie podejmować uchwał przy każdej okazji, zwłaszcza gdy wiadomo, że taki dokument ma służyć konfrontacji. Inflacja sejmowych uchwał jest tak wielka, że nikogo one nie obchodzą. Można byłoby nawet uznać, że PiS miało szatański pomysł przedstawienia projektu radykalnego wyłącznie po to, aby zwrócić uwagę na ten dokument, gdyż w przeciwnym przypadku nikt by go nie zauważył, a więc chciało dobrze przysłużyć się sprawie. PiS miało jednak pomysł raczej standardowy - radykalna uchwała ma wykopać polityczny podział, a raczej utrwalić podział na prawdziwych patriotów i sprzedawczyków lub przynajmniej patriotów mniejszych. Jak się nie ma programu, tkwi się w opozycji, co jest rzeczywiście zajęciem frustrującym, to trzeba szukać okazji, aby zaistnieć. 17 września dawał znakomitą okazję, a przy okazji można rządowi zrobić na złość i podłożyć nogę w poprawianiu stosunków z Rosją. Ot, cała głęboka filozofia działania największej partii opozycyjnej. A że przy okazji tak się stało, że 17 września wypadnie w tym roku 23 września, to już nie ma większego znaczenia. Robota i tak została wykonana. Wygląda na to, że rocznicą naprawdę niewielu się przejęło. Partyjną propagandą bardzo wielu.

***

PIRS pyta mnie o definicję określenia “przekręt”. Otóż myślę, że definicja jest umowna, podobnie jak granica materialna, od której przekręt się zaczyna, o czym świadczy dobry przykład z kioskarką ukaraną za 6 groszy i niekaranie posłów, którzy wzięli diety, choć byli nieobecni. Myślę jednak również, że definicja zależna jest stopnia głupoty tych, którzy podejmują decyzję w sprawie 6 groszy. I to jest niezależne od ustroju. W PRL ścigano człowieka, który dostarczał w okolicy świeże bułki, wówczas zresztą reklamowane nawet przez ministra do handlu, gdyż piekarni się nie chciało. Po prostu na głupotę nie ma rady, a paragraf - jak się okazuje - jest na wszystko.

Sebastianie, do dziś są fachowcy, którzy uważają, że polskie stocznie można znakomicie uratować i na dodatek zrobić na nich znakomity interes. Niedawno przeczytałam na ten temat bardzo duży tekst w “GW.” Ja takim fachowcom nie wierzę, bo podejrzewam, że skończy się na dosypywaniu publicznych pieniędzy. Całą sprawę katarską uważam za pożyteczną, bowiem zmusiła wreszcie do powiedzenia prawdy - nie ma co ludzi mamić obietnicami. Sytuacja jaka jest, każdy widzi i jeżeli nawet polscy armatorzy kupują statki w Chinach, to dlaczego zachowują się tak mało patriotycznie? Ze złości na polskie znakomite stocznie? Wolne żarty. Ale oczywiście jest grono lobbystów, związanych, ubolewam nad tym, z byłym bardzo zasłużonym prezesem Stoczni Szczecińskiej, panem Piotrowskim, który ma prawo czuć się rozżalony, ale to nie znaczy, że ma dziś realistyczny ogląd sprawy.

Nemerze - zmartwię Pan, ale na politycznym horyzoncie niewiele dziś widać. W poniedziałek mają się objawić panowie Piskorski z Olechowskim, do gry zamierza wejść Ludwik Dorn, ale niezbyt wiadomo jak. Jeżeli wiąże Pan nadzieje z tymi inicjatywami, to niech Pan obserwuje. Ja też popatrzę. Wydaje mi się zresztą, że ludzie narzekają na brak alternatywy, ale tak naprawdę chcą jednoznacznego rozstrzygnięcia - Tusk czy Kaczyński, PO czy PiS?

Kartko z podróży, dzięki za interesujące wpisy (także te biorące mnie w obronę przed wielbicielami, niestety zbyt często bezkrytycznymi, pana Napieralskiego). Pomysł budowy na wzór Hiszpanii centro interpretation za unijne pieniądze jest absolutnie godny upowszechnienia. Byłyby to znakomite martwe pomniki wydawania unijnych funduszy, chociaż myślę, że w Polsce mogłyby nawet ożyć, i gdyby na przykład spór o ludobójstwo odbywał się w takich centrach rozsianych po kraju, to byłoby to niezwykle ciekawe. A przy okazji, ile mielibyśmy jeszcze interpretacji? Zapewne stosowna uchwała pojawiłaby się w okolicy innej ofensywy Armii Czerwonej, na przykład tej z 12 stycznia 1945 roku. Też przecież nas zniewolili…

Andrzeju, napisał pan święte słowa o rządzie Tadeusza Mazowieckiego, ekipa mała, ale wiedziała, czego chce i to robiła. Nawet Lech Wałęsa odwołał ostatnio “przyspieszenie”, co mnie bardzo poruszyło.

Katarzyno - ma pani rację (wiem, ze znów podpadam wielbicielom pana Napieralskiego, którzy uznają, że gloryfikuję Tuska), ale pan poseł Polaczek jako krytyk polityki obecnego rządu jest mocno ucieszny, gdyż nie udało mi się ustalić, czego sam dokonał. I nawet nie wiem, czy pan Polaczek jest w opozycji, bo jak się jest w opozycji, to się krytykuje, nawet jeżeli samemu się zawaliło. Poseł Poncyliusz też mądry po szkodzie, ale miał słabą pozycję polityczną, nie mógł zadzierać ze związkami, tą bazą PiS i prezydenta, a więc nieco go usprawiedliwiam, choć czasem śmiesznie idzie na całość, jakby mu ktoś kawałek pamięci wyciął. Ma to jednak swój urok. Ma też pani rację, SLD nie poległo na rządzeniu, ale na aferach, w tym wielu domniemanych, a AWS skutkiem rozpadu, z tym, że ów rozpad był spowodowany także reformami rządu i stosunkiem do prywatyzacji, a więc kwestiami jednak merytorycznymi.

Karwoj8 tradycyjnie znęca się nade mną za brak bezkrytycznego uwielbienia Napieralskiego. Otóż nie wylewam na nikogo kubłów pomyj, to nie moja dziennikarska metoda, a już na Napieralskiego z pewnością nie. SLD jest różny, są w nim różni ludzie, bardzo wielu szanuję, znam ich od lat. Nie wszyscy są zwolennikami Napieralskiego, wielu chciałoby Szmajdzińskiego, co - moim zdaniem - nie byłoby zmianą zasadniczą. Ta partia ma jednak kłopot z przywództwem i to jest oczywiste. Mnie rzeczywiście bardziej odpowiadała selektywnie umiarkowana polityka Olejniczaka, ale też bez przesady. Wydaje mi się, że obecnie Olejniczak rozsądniej planuje swoją karierę. W sprawie ustawy medialnej argumenty (po raz kolejny), że ustawa zła, nie przekonują mnie. Obie odrzucone wersje były lepsze niż dotychczas obowiązująca. Uważam tak wbrew stanowisku producentów i twórców, i rozlicznych lobbystów, a także pana Napieralskiego. Głosowali za wetem, bo dostali posady. Taka jest prawda o idei ratowania mediów publicznych. Na razie wydaje mi się, że ratują komercyjne. A co będzie, zobaczymy. Uważam też, że z tego aliansu może się narodzić trwalsza koalicja PiS - SLD, gdyż żadna partia nie może bez szkody dla siebie i bez coraz większej frustracji we własnych szeregach tkwić latami w opozycji. Każda chce przynajmniej kawałka władzy. Wszystko jest więc kwestią dobrego ułożenia się na posadach.

Premier przeprasza

2009/09/9, środa

Premier przeprasza i zostawia ministra skarbu na stanowisku. Stało się więc to, co stać się miało. Od dawna oczywiste było, że dymisji nie będzie i nie bardzo wiadomo, po co premier wyznaczał te “ostateczne” terminy.

Podobnie rzecz się miała już w przypadku ministra infrastruktury przy okazji podpisywania umów na budowę autostrad (zresztą obecnie oprotestowanych przez część uczestników przetargi, co proces budowy przedłuży). Nie ukrywam, pytałam o to dziwne ultimatum współpracowników premiera i w odpowiedzi słyszałam niejasne tłumaczenia, które znaczyły coś takiego - no cóż, tak się robi obecnie politykę. Twardy, wymagający premier, ustawiający swoich ministrów. Cenię to, że premier przeprosił, do błędu się przyznał, ale takiej polityki nie cenię. Po prostu jej nie rozumiem. Chyba, że chce się dawać opozycji i opinii publicznej argumenty przeciwko sobie. Od dawna wiadomo było, że stocznie w Szczecinie i Gdyni nie odrodzą się, że katarski fundusz jest co najmniej dziwnym inwestorem i nawet gdyby te pieniądze wpłacił, statków by nie budował.

Czy decyzja premiera oznacza, że Aleksander Grad jest dobrym ministrem skarbu? W sprawie stoczni wiele nie mógł i niepotrzebnie szukał medialnego rozgłosu, jaki to jest dzielny i poradzi sobie z problemem, z którym potężniejsze kraje się nie uporały - patrz Niemcy, gdzie stocznie też padły. Nie wiem zresztą, po co urządzał te konferencje prasowe, całą operację prowadziła przecież Agencja Rozwoju Przemysłu i raportowanie powinno być jej zadaniem. Na razie dorobek Grada jednoznacznie ocenić trudno. Plan prywatyzacji, który zbudował, jest interesujący, rzecz jednak nie w planach ministra, ale w woli politycznej, jak się to mówi. Czy premier rzeczywiście (miejmy nadzieję, że tym razem już bez publicznych zapowiedzi) zdoła wymusić na ministrze jego wykonanie, pokazując, że rząd rzeczywiście chce wreszcie na poważnie prywatyzować, nawet przy wtórze opozycyjnych okrzyków, że wyprzedaje rodowe srebra? (Ach, jak dobrze od lat znam ten argument, tyle że srebra z roku na rok śniedzieją i nie ma ich kto wyczyścić…)

Grad ma sporo na swoje usprawiedliwienie. Stan, w jakim zastał resort, wołał o pomstę do nieba. Jego poprzednik wymiótł fachowców, nie uznając żadnych rękawiczek, plany prywatyzacji były w zastoju, na dodatek przyszedł kryzys. Jest jednak sporo decyzji kadrowych co najmniej wątpliwych, bywały konkursy, których zwycięzców znaliśmy z góry, bywało, że ten kto wygrał konkurs musiał odchodzić (patrz - Orlen). Może więc polityka kadrowa była nieco lepsza, ale nie rzucała na kolana, nie powodowała wielkiej zmiany jakościowej w spółkach skarbu państwa. Jeżeli rzeczywiście plany prywatyzacji są przygotowane i coś się wreszcie zacznie dziać, a minister nie będzie się bał, że w przypadku zmiany układu rządzącego stanie przez Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej lub będzie jeździł po wszystkich prokuraturach w kraju, to może odniesie w końcu jakiś znaczący sukces. Zresztą pierwszy sprawdzian ma nastąpić pod koniec września, kiedy okaże się, czy dojdzie do umowy z Eureco w sprawie PZU, czy jednak nie.

Wydaje mi się jednak, że brak dymisji ministra skarbu nie wynika jedynie z faktu, że ma do przeprowadzenia ważne projekty. Także z tego, że po prostu nie ma go kto zastąpić, a premier nauczony doświadczeniem z ministrem sprawiedliwości, którą to tekę powierzył Andrzejowi Czumie, pochodzącemu z łapanki i najwyraźniej z protekcji Stefana Niesiołowskiego, ma z tym oczywisty problem, choć jeszcze nie stał się on aż tak głośny i jakoś udaje się chronić ministra, stał się ostrożniejszy. Bardzo trudno dziś o dobrego kandydata na ministra skarbu. Fachowcy zatrudnili się już na tak zwanym rynku za bardzo duże pieniądze, pensja ministra, dla przeciętnego Polaka może i wysoka w rzeczywistości jest niewielka, zwłaszcza biorąc pod uwagę skalę odpowiedzialności, praca w rządzie nie jest dla fachowców atrakcyjna. Być może zresztą problem ministra Grada polega na słabym zespole wiceministrów, bowiem znalezienie kogoś rzeczywiście fachowego na tę w gruncie rzeczy urzędniczą funkcję graniczy z cudem.

Czas polityki z misją już dawno się skończył. Jeszcze funkcja ministra bywa atrakcyjna, bowiem można ją sobie potem wpisać do CV i podnieść swoją wartość rynkową, ale wiceministra? Jest ich zresztą tylu, że nikt już nie jest w stanie zliczyć. Właśnie obchodzimy 20 lecie powołania rządu Tadeusza Mazowieckiego i może warto przypomnieć, jak nieduża była to w gruncie rzeczy ekipa. W bardzo ważnych resortach było po dwóch wiceministrów i dawali radę, choć wyzwania były daleko większe. To był początek przebudowy. Dziś we wszystkim jest już sporo rutyny, wiele spraw idzie własnym torem, a wiceministrowie mnożą się i mnożą, mnożą się asystenci, gabinety polityczne, a zapowiada się jedynie ograniczenia w administracji, którą i tak mamy niewielką. Po prostu ta konstrukcja stoi na głowie. I jakoś nikt jej nie chce na nogi postawić, bo przecież jakąś kuriozalną idee fixe premiera i rządu są kolejne cięcia w biurokracji. Proszę zwrócić uwagę, nie mówi się już o urzędnikach, o służbie cywilnej, wszędzie jest biurokrata, co stało się określeniem wyraźnie pejoratywnym. I jak tu się dziwić, że jest coraz mniej kandydatów do tego poniewieranego stanu?

***

PS.

Mój poprzedni wpis na temat możliwej koalicji PiS - SLD wywołał żywą Państwa reakcję. Bardzo ciekawe są argumenty za i przeciw. Sprawę mocno podgrzały słowa Aleksandra Kwaśniewskiego, który takiego aliansu w przyszłości nie wykluczył, odpowiadając na moje pytanie w poniedziałkowym Poranku Tok FM. Prawie wyrosły na temat dnia. Możemy być zadowoleni, że dyskutując na blogu byliśmy pierwsi. Do poszczególnych wpisów dziś się nie odniosę, trochę z braku czasu (wyjeżdżam na krynickie forum, gdzie w czwartek prowadzę spotkanie w prof. Normanem Daviesem - zapraszam tych, który akurat w Krynicy będą), a trochę dlatego, że liczba komentarzy na ten temat w mediach rośnie i spróbuję jakoś podsumować tę dyskusję.

Przy okazji, choć rzecz z innej sfery, polecam Państwu esej Tomasza Łubieńskiego “1939, zaczęło się we wrześniu”, jest w księgarniach. Rzecz wspaniała, być może najlepsza, jaką napisano ostatnio o Wrześniu 1939 . Trzeba koniecznie przeczytać, także po to, aby oderwać się od prymitywnych politycznych dyskusji, których jesteśmy świadkami.

Polecam też przypomnienie sobie “Polskiej jesieni” Jana Józefa Szczepańskiego, (”Polityka” wydała to w swojej serii literatury współczesnej). Wróciłam po latach. Czyta się znakomicie. Jeżeli tak walczymy o prawdę, jest to właśnie kawał prawdy o Wrześniu, dobra odtrutka na hurrapatriotyczne nastroje. Ciekawe, kiedy okaże się, że tak jak wygraliśmy Powstanie Warszawskie, wygraliśmy też we Wrześniu?

Prawdziwy kompromis historyczny?

2009/09/6, niedziela

Zarząd SLD jednogłośnie uchwalił, że poprze prezydenckie weto do ustawy medialnej. Niby nic zaskakującego. Od czasu, gdy za przyzwoleniem Grzegorza Napieralskiego zawarto porozumienie z PiS w sprawie podziału medialnego łupu, tego należało się spodziewać. A jednak w tej jednomyślności są nowe elementy.

Oto Napieralski po wyjeździe Wojciecha Olejniczaka do Brukseli ma wreszcie sytuację, jakiej chciał - partia mówi jednym głosem. Jeszcze trzeba się będzie pozbyć Kalisza i kilka osób z Sejmu (wyczyści się ich przy najbliższych wyborach) i będzie po sprawie. SLD jest więc wreszcie zjednoczone. Po drugie - ucichł Jerzy Szmajdziński, który jeszcze niedawno przeciwko medialnej koalicji z PiS protestował, a teraz już jest za. Uwiodła go wizja, że będzie kandydatem na prezydenta, który to pomysł forsuje Aleksander Kwaśniewski? Nie po raz pierwszy zresztą. Nie bardzo rozumiem, dlaczego b. prezydent jest do jego kandydatury tak przywiązany. Wprawdzie cenię Szmajdzińskiego jako polityka doświadczonego, umiarkowanego, ale żeby na prezydenta? To już lepiej chyba spróbować z Szymanek - Deresz, choć też dobrego wyniku nie wróży.

Niestety, prawda jest tak, że SLD nie ma ani kandydata, ani kandydatki. Mamienie, że może wystartuje Jolanta Kwaśniewska, jest niepoważne. A przecież słyszę nawet, że wokół niej można byłoby zbudować nową lewicową formację! Jakieś księżycowe myślenie zapanowało. Kwaśniewska ma wiele zalet, ale nie jest politykiem. I to dobrze wie ona sama, wie jej mąż, wie każdy, kto przyglądał się jej działalności. Sfrustrowani działacze SLD przypominają, jak dobrze, być może jako jedyna, poraziła sobie z orlenowską komisją śledczą. Prawda, rozłożyła dzielnych panów na łopatki, ale to jeszcze nie oznacza, że zdobyła polityczne szlify. Ci, którzy mówią - Kwaśniewska, w rzeczywistości myślą, że przecież za jej plecami będzie stał mąż, polityk doświadczony. To jest właśnie typowy sposób traktowania kobiet z polityce, o czym w czasie dyskusji o parytetach warto przypomnieć.

Ponieważ koalicja medialna już się dokonała, tak naprawdę interesujące jest to, co dalej. Otóż coraz bardziej prawdopodobny jest koalicyjny układ PiS - SLD po następnych wyborach. Kwaśniewski mówi nawet, że byłby to wreszcie prawdziwy historyczny kompromis, o który on sam tak zabiegał i który zrealizował się w postaci Lewicy i Demokratów, koalicji, której chciało tylko kilka osób i która szybko się rozpadła. Jak to u sfrustrowanych inteligentów, którzy sami nie wiedzą, czego chcą. Panowie Napieralski z SLD i Brudziński z PiS wiedzą i mówią dokładnie to samo, nawet intonację wypowiedzi mają podobną. Po prostu jedna szkoła, szczeciński uniwersytet, te same roczniki, to samo stowarzyszenie absolwentów. Prezes Kaczyński też wie, czego chce, chce władzy i żaden SLD nie będzie go brzydził, bo przecież cokolwiek by nie powiedzieć, to Napieralski ze Szmajdzińskim są lepszym towarzystwem niż Lepper z Łyżwińskim. Podciągnie ich więc pan prezes na tę swoją wyższą półkę, da trochę stanowisk, by partia bez udziału we władzy nie więdła.

Ten sposób myślenia coraz śmielej przebija się w SLD i okolicach tej partii. Sojusz powtarza jeszcze rytualne zaklęcia o groźbie recydywy państwa PiS, ale jakby w tej recydywie miało się swój udział to, czemu nie? Skrajności mają przecież to do siebie, że lubią się przyciągać.

***

Paniusiuzkrakowa - nie wiem, czy pan Guzikiewicz jest śmieszny, czy udekorowany orderem przez prezydenta już tylko groteskowy. Mam zresztą coraz większy kłopot z rozróżnieniem, co tu jest już wyłącznie groteską, a co jeszcze nie. Sprawa tego odznaczenia, jak czytam, wzbudziła dość spore poruszenie wśród Państwa. Wpisów było sporo Kecaja, Jerzego, Poraja. To było wydarzenie rzeczywiście mocno bulwersujące, ale najwyraźniej dla reelekcji można zrobić wszystko. Rzecz w tym, że nie jestem pewna, czy takie osoby cieszą się wystarczającym szacunkiem nawet we własnym zakładzie. Słyszałam, że nie. Może to więc tylko na złość Tuskowi? Ciekawy sposób uprawiania polityki, ale - też to słyszę coraz częściej - pan prezydent jest mocno podenerwowany, podminowany, co zresztą widać po minach i gestykulacji, gdyż pod tym względem Lech Kaczyński jest dość przejrzysty. Ostatni rok prezydentury się zbliża, szanse na reelekcję mizerne, więc nie ma się co dziwić.

Kecaju - pana pomysł wydzielenia części historycznej ze Stoczni Gdańskiej i zagospodarowania reszty z głową, aby były efekty ekonomiczne, jest oczywiste znakomity. W dobie polityki historycznej i symbolicznej jest on jednak nie do zrealizowania. Kolebka ma istnieć, nawet do końca świata za pieniądze podatników oczywiście, bo niby jest ukraiński inwestor, ale żądania są kierowane do państwa.

Podobnie jak cargo uważam, że stoczniowi związkowcy już dawno przekroczyli granice żenady, ale co z tego? Są nadal potrzebni, co właśnie oglądaliśmy. Przykład Lizbony, ale nie tylko, bowiem to samo będzie w wielu innych częściach świata (podobnie jest w Buenos Aires), że zmieniono dawno przeznaczenie tych obiektów na biurowce, tereny rekreacyjne, zostawiając nawet krajobraz z dźwigami, bo to też atrakcja, u nas nie znajdzie naśladowców. My dalej będziemy walczyć o kolebki. Od dawna przyznaję rację Lechowi Wałęsie, że już kilka lat temu był czas, aby zwinąć sztandary Solidarności i przyjąć własne, ale teraz to już chyba nie ma znaczenia. Nawet nieco tym działaczom współczuję, bo przecież muszą wiedzieć, że dla ludzi Solidarność ta prawdziwa coraz mniej kojarzy się ze związkiem zawodowym (sporo racji ma heimdall pisząc o “świętych krowach”), zwłaszcza że głośniejsza jest Solidarność 80. Wieszają się jednak na tych sztandarach, trzymają się ich kurczowo z uporem godnym lepszej sprawy. Kwestia stoczni to od początku sprawa polityczna i taką jest do dziś. Każdej stoczni, nawet tych już nie istniejących w Szczecinie i Gdyni. W mediach ciągle słyszę o stoczniach w tych miastach, a tam już ich po prostu nie ma, są tereny postoczniowe na sprzedaż.

Warto poczytać Waldemara. Jego kolejny wpis na ten temat jest bardzo ważny.

Blaise ma rację, upominając się o równe traktowanie pracowników, ale RPO nie będzie interweniował. Jak nie reformuje służby zdrowia, to pisze konstytucje. Ostatnio napisał aż trzy i pokazał, że to to po prostu fraszka. Ciekawe, dlaczego zmiana przynajmniej jednego przepisu bywa tak trudna, skoro ustawy zasadnicze można właściwie na taśmie produkować?

Gruby, dzięki za opis tej antyrosyjskiej manifestacji, bardzo celny opis zachowania dziennikarzy. Tak już teraz wiele manifestacji wygląda, że więcej na nich dziennikarzy niż demonstrantów, ale wszystkie ekipy medialne muszą być, bo program trzeba czymś wypełnić.

Nie zdawałam sobie sprawy, że odpowiadając na jeden wpis rozpętam taką dyskusję, czy należy mówić ’sowiecki’ czy ‘radziecki’, dla mnie ’sowiecki’ to rusycyzm, oczywiście negatywnie zabarwiony, dlatego przywykłam do określenia ‘radziecki’. Ale dziś wszyscy tak powszechnie mówią - ’sowiecki’, że chyba owo wyłącznie pejoratywne brzmienie też zanika.

Kryst sumituje się, że może swoje opinie przejaskrawia. Nie mam nic przeciwko temu, sama coraz częściej mam ochotę na przejaskrawienia.