Zbrodnia potoczna i doskonała

2010/07/26, poniedziałek

Jarosław Kaczyński niestrudzenie głosi, że nie było katastrofy pod Smoleńskiem. Była za to zbrodnia. Nie w sensie kodeksowym, to od razu, dla procesowej jasności zastrzega, ale w sensie potocznym.

Ot, tak sobie mówimy, oczywiście publicznie, na specjalnie zwoływanych konferencjach prasowych, że ktoś popełnił zbrodnię, choć nie wskazujemy nikogo z nazwiska, może sugerujemy, że jest jakieś środowisko w to zamieszane, ale przecież u nas wszyscy, którzy nie należą do PiS, nie są wielbicielami prezesa i jego partii są w coś zamieszani. Jak to u Kaczyńskiego, wszystko pozostawiamy domysłom, ponadto jak ktoś się czuje winny zbrodni niech się przyzna w myśl zasady uderz w stół, a odezwą się nożyce. Nawet niezbyt wiemy, na czym ta zbrodnia miałaby polegać, ale o tym zapewne poinformuje nas w stosownym czasie Antoni Macierewicz, który przecież powołał zespół celem wyjaśnienia właśnie zbrodni. Ale właściwie niczego nie można być pewnym. Macierewicz mówił przecież również, że powołał zespół dla “uczczenia”. No, chyba nie zbrodni?

Zanim więc sprawa ostatecznie się wyjaśni można oczywiście prowadzić rozważania nad intencjami Wielkiego Prawnika IV RP, który wymyślił zbrodnię potoczną, być popełniając przy tym zbrodnie doskonałą. Skoro tak tym określeniem sobie dowolnie szafujemy, byle jakoś tam zapisało się w społecznej świadomości, to może sprowadzenie dyskusji publicznej do zbrodni w znaczeniu potocznym też jest zbrodnią w znaczeniu potocznym, za którą oczywiście nikogo nie można pociągnąć do żadnej odpowiedzialności, nawet odpowiedzialności w znaczeniu potocznym. Tym samym wszystko staje się względne, wszystko staje się jedną wielką nieodpowiedzialnością, która zresztą nie jest żadnym nowym zjawiskiem w naszym życiu publicznym. Można nawet powiedzieć, że zbrodnia potoczna jest twórczym rozwinięciem różnych wcześniej głoszonych haseł. Czyż na przykład taki układ, którego nie odkryto, nie jest zbrodnią w znaczeniu potocznym?

Po prostu w stosunku do haseł IV RP poszliśmy o krok dalej. Kiedyś miała być na przykład Wielka Komisja Prawdy i Sprawiedliwości teraz będzie liczny zespół Macierewicza, który na swoją wielkość będzie musiał dopiero zapracować, bowiem jak wiadomo ze słów prezesa zresztą, w PiS trzeba przejść przez ogień, aby zostać należycie docenionym. Na razie ową ogniową próbę dość marnie przeszli tak zwani pisowcy liberałowie, którzy znaleźli się na bocznym torze, bowiem prezes idzie do boju i mięczaków nie potrzebuje. Wprawdzie nie bardzo jeszcze wiadomo, jakie hufce na niego nacierają, bo wygląda na to, że na razie na placu boju harcuje i to indywidualnie jeden Janusz Palikot, ale prezes już jest gotowy bronić się przed niesłychaną agresją.

A co będzie, jeśli na przykład Platformą do tej wojny nie przystąpi i całe to wielkie zbrojenie się zlekceważy, zajmując się zupełnie czymś innym, a jest się czym w Polsce zajmować? Jeśli w obronie krzyża na Krakowskim Przedmieściu nie staną tysiące, zagradzające drogę nie tylko przeniesieniu krzyża, ale także wprowadzeniu się uzurpatora Komorowskiego do Pałacu? Jeśli prezes tak dobrze uzbrojony, również personalnie, bo gwardia najwyraźniej zwarła szeregi, zostanie bez przeciwnika i w gruncie rzeczy sam ze swoją “zbrodnią w potocznym tego słowa znaczeniu”?

Wielki rozgrywający polskiej polityki poprowadzi wojnę w tej nierzeczywistości, jaką z nadzwyczajną łatwością od lat sobie stwarza? Nic to, sondaże przecież mówią, że na tym nie traci. Prezes otwarcie to przyznaje, chociaż przecież nie jeden raz wyrażał jawną pogardę dla tych, którzy kierują się sondażami, a nie wartościami, ideami, czy po prostu moralnym wzmożeniem. W każdym razie na ciekawą wojnę się zanosi.

***

Bardzo dużo komentarzy poświeciliście Państwo posłowi Palikotowi, ale na razie niech działa. Ciekawe, jak mu pójdzie w zespole Macierewicza. Już mu się udało i spuścił sporo powietrza w tego wielkiego zadęcia. Paweł nie ma powodu do obaw, że grono zwolenników Palikota jest nieliczne. Wydaje się ono całkiem spore, nawet czytając Państwa ostatnie komentarze. Wpisów jest zresztą tyle, że nie jestem w stanie nawet do części się ustosunkować. Bardzo ciekawe są informacje podane na przykład przez Komucha lat 33 i pół na temat sytuacji panującej w tym specjalnym pułku latającym z VIP - ami. Ja też już jakiś czas temu słyszałam, że piloci bardzo nie lubili latać ze świtą z prezydenckiego pałacu, że byli źle traktowani, poniżani. Wszystko się więc jakoś tam potwierdza, ciekawe co potwierdzi śledztwo, bowiem ja ciągle wyznaję zasadę, że choć zapewne z grubsza wiemy, jak to było, to jednak trzeba poczekać, co powiedzą specjaliści.

Państwa poszukiwania przyczyn katastrofy też są interesujące, choć jak tak dalej pójdzie to pewnie kiedyś mnie zlinczują za szarganie świętości. W każdym razie konkurs proponowany przez PIRS - a nie jest pomysłem głupim, a wielopiętrowe i wielopłaszczyznowe wyjaśnienie podane przez dr Hardego można wprost przesłać Antoniemu Macierewiczowi jako sprawozdanie końcowe z prac jego zespołu. Być może zresztą kupią to jakieś redakcje, których inwencja najwyraźniej zaczyna się wyczerpywać.
Innych tematów trochę się pojawiło, ale tylko Jaaackowi (mam nadzieję, że dobrze policzyłam te wszystkie “a”) dziś odpowiem, że nie zmieniam swojego zdania w sprawie posła Sekuły i jego wstępnej wersji tak zwanego raportu komisji, mimo że poseł Arłukowicz wytyka mu błędy. Poseł Arłukowicz też się w wielu sprawach myli, a ponadto nie w tym rzecz. Sekuła przygotował dobry dokument, który rzeczowo referuje sprawy (można go znaleźć na stronie komisji) i to jest dopiero początek pracy.

Teraz każdy poseł może wnosić swoje poprawki, uwagi, także poseł Arłukowicz powinien, ma wręcz obowiązek je zgłosić. Gdyby rzecz się działa bez kamer nie byłoby awantur tylko praca i jakieś sprawozdanie, choć zapewne ze zdaniami odrębnymi, w miarę szybko by powstało. Na razie mamy teatr w wykonaniu posłanki Kempy wspieranej przez Arłukowicza. Oni wyraźnie nie chcą kończenia prac, bo Kempa na partyjne zadanie i chodzi jej o ciągle awantury, a być może Arłukowiczowi przedłużanie pracy też jest na rękę, bo nie jestem pewna czy chce startować na prezydenta Szczecina, do czego podobno się zobowiązał wobec Napieralskiego. Tak w każdym razie mówi się w tak zwanych kuluarach. Nie ma to jednak większego znaczenia, bowiem te wszystkie komisje śledcze powoli umierają siedząc za tymi stołami i teraz przez jakiś czas będzie jazda z zespołem Macierwicza, a potem może pojawi się jakieś nowe widowisko. Na razie żądni medialnej sławy powinni mknąć do Macierewicza, ale nie wiadomo, czy wpuści, bo on też chce mieć swój teatr jednego aktora.

Gosiewski we Włoszczowie? Oczywiście, że tak

2010/07/18, niedziela

Z zaciekawieniem, chociaż coraz mniejszym, bo niestety wszystko jest do bólu przewidywalne, czekam na reakcje po kolejnych wpisach na blogu Janusza Palikota.

Czekam, czy ktoś wreszcie wyrwie się z tej sztampy natychmiastowego potępienia i zanim potępi przez chwilę się zastanowi, co też autor miał na myśli, co w tym samym czasie powiedzieli inni, kto i gdzie, jakie granice przekroczył?

Najbardziej odważni zdobywają się na stwierdzenie ? Palikot mówi czasem rzeczy ważne, ale niepotrzebnie skandalizuje i tym szkodzi Platformie. Tak mówią nawet ci, których o sympatie do PO bardzo trudno podejrzewać. Tych odważnych natychmiast zakrzykują jednak ci, którzy wołają: skandal, to się już w głowie nie mieści, wyrzucić go z partii. Tak wołają także ci, którzy do tej partii nie należą, a więc nie jest to ich sprawa. Nikt nikogo nie zmusza do zapisywania się dziś do partii, a ci, którzy już się zapisali zawsze mogą z niej wystąpić, kiedy im się coś bardzo nie podoba, ponadto nikt nie ma obowiązku głosowania na PO, a więc te argumenty nie mają sensu.

Ostatnio Palikot zasłynął wpisem, że na peronie we Włoszczowie widziano Gosiewskiego, więc pewnie i inni z prezydenckiego samolotu żyją uprowadzeni przez ruskich. I zakończył rzecz stwierdzeniem o powszechnym szaleństwie, co dla naszej obecnej sytuacji wydaje się puentą wyjątkowo trafną.

Nie wszystkie słowne ?figury? Palikota uważam za najwyższej próby, czasem niepotrzebnie zbytnio szarżuje, ale uważam, że akurat moment na taki ?skandalizujący? wpis jest wyjątkowo stosowny i nie uważam go za jakiś wielki skandal. Raczej za groteskowy opis tej nierzeczywistości, jaki po katastrofie stwarzały kręgi radiomaryjne i ich okolice i których nie poniechały do dziś. Co więcej te wersje, choć nie w tak skrajnej postaci, upowszechniają się i trafiają do głównego nurtu. W ostatnich dniach wypowiedziano ponadto zdania o wiele bardziej skandaliczne.

To, co opowiada poseł Joachim Brudziński jest o wiele większym skandalem, zdanie Michała Kamińskiego, że w czasie, gdy Tusk ściskał się z Putinem rosyjscy żołnierze rabowali ofiary katastrofy jest jeszcze większym skandalem, a nie zgrabną figurą retoryczną na użytek propagandowy. Jakoś nie usłyszałam, żeby ktoś żądał usunięcia z PiS Brudzińskiego czy Kamińskiego. Ja zresztą też nie żądam, bo to sprawa PiS. Nie słyszałam nagany w głosie rozlicznych komentatorów, którzy w tych przypadkach mówią co najwyżej o radykalizacji czy brutalizacji języka, co zresztą od dawna było specjalnością posła Brudzińskiego.

Jak zabierał głos to przede wszystkim, aby kogoś osobiście sponiewierać, urazić, dotknąć. We wpisie Palikota jest ostra drwina, ale nie ma w niej tej czystej nienawiści, jaką czuje się w słowach Brudzińskiego, który jak wydaje głęboko wierzy w to, co mówi, czy cynicznej politycznej gry, którą czuje się u Kamińskiego, który wie, że teraz przyszedł czas, aby tak właśnie mówić, bo prezes dał przyzwolenie, a nawet przykład. Sam prezes też ostatnio parę granic zdecydowanie przekroczył. Czy prezesowi więcej wolno, bo jest w żałobie? Czy Brudzińskiemu i Kamińskiemu wolno więcej? Są bardziej poprawni, nie psują debaty publicznej? Czy coś bardziej niszczy debatę publiczną niż nienawiść i cynizm?

I pomyśleć, że jeszcze dwa tygodnie temu było tak pięknie, prawie rodził się nam znów POPiS, bo przecież urocza pani Kluzik - Rostkowska wspólnie z przystojnym panem Poncyliuszem tak wszystko ucywilizowali i przesunęli PiS do centrum. Na horyzoncie już była wielka centrowo prawicowa koalicja. A co mamy? Kolejny zastęp sierot po POPiS ?ie i politykę jawnej nienawiści. Oczywiście pod krzyżem, bo przecież ?tylko pod krzyżem tylko pod tym znakiem??.

A tak na marginesie, ponieważ z duża częstotliwością kursuję między Warszawą a Krakowem właśnie przez Włoszczowę, często widuję posła Gosiewskiego, bo jakoś, gdy widzę napis “Włoszczowa” od razu mam skojarzenie ? Gosiewski. I jest to zupełnie sympatyczne skojarzenie. Dlaczegóż to piękną nocą miałby się nie przechadzać po tym bardzo porządnym peronie?

*****

Dzięki za ponad 200 komentarzy, mimo upałów nie tracą Państwo wigoru, ale też trzeba przyznać, że polityka w obecnym wydaniu środków wzmacniających dostarcza sporo.

Przeciek coś jednak nam przepowiedział, wprawdzie nie przeniesiemy krzyża spod pałacu do Brukseli, ale zawieziemy tam białe księgi o katastrofie pod Smoleńskiem. To już zostało publicznie zapowiedziane przez samego prezesa PiS, może nawet wyślemy je jeszcze dalej, aby cały świat się dowiedział, jak rozumiem głównie tego, że to Tusk winien jest zbrodni. Nie widzę innej wersji, która może się znaleźć w pisowskich białych księgach.

Podobnie jak kropkozjad uważam, że rząd powinien z nieskończoność powtarzać, jakie są podstawy prawne wszystkich śledztw w sprawie katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, mimo że wiem, iż skuteczność będzie ograniczona. Kto miał w co uwierzyć, to już uwierzył, ale może ktoś jednak zmieni zdanie, albo lepiej coś zrozumie, gdy usłyszy po raz setny. Ostatnio rozmawiałam z prokuraturą wojskową i usłyszałam, że gdyby chcieli prostować wszystkie bzdury, które na ten temat ukazują się mediach nie mieliby czasu na nic innego. Ale może powinni mieć nie jednego, ale dziesięciu rzeczników, którzy będą o tym mówić. Bardzo trudno tu o dobre rozwiązanie, bo śledztwa muszą trwać długo, a tu wybory za wyborami, media żądne sensacji, przecieków.

A propos przecieków wydają mi się one dość wiarygodne, bowiem zdanie, aby załoga JAK - a patrzyła jak lądują ?debeściaki? usłyszałam pierwszy raz w kilka dni po katastrofie, podczas żałobnego zgromadzenia posłów i senatorów od jednego z posłów lewicy. Zapewniał mnie, że zna kogoś z załogi JAK -a, czy rodzinę kogoś z tej załogi (dokładnie nie pamiętam) i właśnie takie zdanie padło. Zacytował je dokładnie tak, jak teraz cytują gazety. Chciał mi nawet dać telefon do osoby, która mu je powtórzyła, ale to był bardzo nerwowy dzień, wszyscy byli maksymalnie roztrzęsieni, nawet mężczyźni płakali i nie ukrywam, że ta opowieść wydawała mi się mało wiarygodna, nie chciałam niczego sprawdzać, bo wówczas krążyło sporo różnych informacji, na przykład, że niektóre redakcje mają już jakieś nagrania z samolotu, ale boją się je emitować. Potem były odczyty z czarnej skrzynki i zdania nie było, nawet mówiłam posłowi, że najwyraźniej ktoś go w tym wielkim podnieceniu wprowadził w błąd, on też był zdziwiony, a teraz czytam w gazetach dokładnie to, co słyszałam już wtedy, czyli że przecieki nie są zmyślone.

Katarzyno ja oczywiście też uważam, że jest potrzebna dyskusja o tych dwóch uroczystościach, dlaczego były dwie, jak były zorganizowane, skąd to spóźnienie wylotu, dlaczego nie posłuchano lotników, którzy chcieli wylecieć godzinę wcześniej, dlaczego nie poleciano dzień wcześniej i piszę o tym od dawna. Uważam bowiem, że druga podróż była niepotrzebna i niepotrzebnie zginęło tyle ludzi. Prokuratura zapewnia, że wszystkie te wątki bada, ale zobaczymy, co ustali. Na razie, niestety, nie mam zbyt dobrego zdania o pracy prokuratury. Może dlatego, że mało wiemy, a oni jakby nie mogli zrozumieć, że wprawdzie są całkowicie niezależni, ale sprawa jest takiej wagi, że nie można działać rutynowo. Zamiast przecieków powinny być na przykład podawane do publicznej wiadomości fragmenty, które w pierwotnym zapisie rozmów uznane zostały za niezrozumiałe, a teraz zostały rozszyfrowane nawet, jeśli nie wszystko dało się już odczytać. Na mnie bardzo złe wrażenie robią zawsze przecieki, gdy rodzi to podejrzenia, że ktoś chce coś ukryć albo prowadzi polityczne gry.

Bitwa o pałac

2010/07/11, niedziela

W sobotę, w trzy miesiące po katastrofie samolotu pod Smoleńskiem na Pl. Piłsudskiego zorganizowano happening. Taśmą wykreślono zarysy Tupolewa i do środka weszło 96 osób, które miały symbolizować ofiary katastrofy i zostały ponumerowane od 1 do 96. Nie wiem, czy rodziny wszystkich ofiar tego by sobie życzyły, ale zapewne nikt ich o to nie pytał.

Wszak autorzy rekrutujący się z Ruchu 10 Kwietnia uważają, że działają w wyjątkowo słusznej sprawie, a gdzie sprawa słuszna indywidualne odczucia i uczucia rodzin nie mają znaczenia. Ten happening był moim zdaniem wyjątkowo niesmaczny, ale od czasu, gdy zobaczyłam, jak młodzież z wielkim zapałem odtwarza “ścieżki zdrowia” w Radomiu i Ursusie z 1976 roku nic mnie już właściwie nie dziwi. Taka najwyraźniej moda. Na tym happeningu szczególnie przyjemny był transparent “10.04. POlityczny mord”. Jak rozumiem organizatorzy nie biorą za niego odpowiedzialności, bo przecież w wolnym kraju każdy może sobie przyjść na demonstrację i na kawałku płachty dowolne hasło wypisać. Młodzi autorzy happeningu chcą wyłącznie  sprowadzenia szczątków samolotu do Polski, należytej opieki nad rodzinami i międzynarodowej obiektywnej komisji badającej katastrofę.

Mają więc postulaty rzec można minimalistyczne, zwłaszcza gdy słychać o innych, takich jak ekshumacja ofiar. Celu nie podano, ale słowo “ekshumacja” brzmi dobrze i sugeruje, że pewnie coś tam kręcono, choć nie bardzo wiadomo przy czym. Na przykład wdowa po panu ministrze Mercie w wywiadzie dzieli się wątpliwościami dotyczącymi aktów zgonu - wszystkie wystawione z jedną datą i jedną przyczyną śmierci. Może dlatego potrzebna jest ekshumacja, choć chyba autorzy tego postulatu albo niewiele wiedzą o katastrofach lotniczych, albo udają, że nie wiedzą? Może trzeba wyjaśnić, czy aby rannych nie dobijano o różnych godzinach, jak to sugerowano na jakimś krążącym po Internecie filmiku? Nie sądzę, aby wdowa coś takiego miała na myśli, ale znakomicie wpisuje się w ten właśnie sposób myślenia.

Szkoda, że autorzy happeningu nie zadali sobie trudu, by sprawdzić jak wygląda opieka nad rodzinami od pierwszych godzin po katastrofie, nie zauważyli, w jaki sposób sprowadzano do kraju trumny ze zwłokami, jaką pracę wykonali polscy lekarze i prokuratorzy. Oni po prostu beztrosko dezawuują to, co robi państwo polskie, najwyraźniej mając zaufanie tylko do zagranicy, a może po prostu odpowiadając wyłącznie na polityczne zapotrzebowanie?

10 kwietnia zobaczyłam w telewizji eurodeputowanego Adama Bielana, który sugerował, że ktoś chce katastrofę “zamieść pod dywan”, ale PiS nigdy na to nie pozwoli. Jeżeli nie pozwoli to niech odpowie na pytania, jakie stawiają w swoim liście poparcia dla Janusza Palikota Kora Jackowska i Kamil Sipowicz (wcześniej list popierający Palikota napisał Eustachy Rylski przerywając coraz bardziej histeryczną nagonkę na posła PO, potem odezwali się artyści Teatru Dnia Ósmego) o przyczynę opóźnienia lotu, o jakieś przyjęcie, które skończyło się prawie nad ranem. Pytań jest mnóstwo i nie są to pytania o “mord PO”. Stłumiona kampanią wyborczą dyskusja o przyczynach smoleńskiej katastrofy najwyraźniej dopiero się zaczyna. Tak jak zaczyna się bitwa o prezydencki pałac.

W dniu, w którym młodzież organizowała happening Jarosław Kaczyński w towarzystwie parlamentarzystów PiS po mszy, dokładnie o godzinie 8.41 złożył wieniec pod Pałacem Prezydenckim, a raczej pod krzyżem stojącym przed pałacem. Tym samym potwierdził, że ten krzyż ma tam stać, chociaż od dawna stać nie powinien, a pałac jest właściwie nadal siedzibą Lecha Kaczyńskiego. Zapowiedziano zresztą, że członkowie PiS codziennie o tej godzinie będą się w tym miejscu modlić. Oznacza to, że im bliżej zaprzysiężenia nowego prezydenta tym bardziej siedziba prezydenta ma być pisowska. Wybory przegraliśmy, ale moralnie zwyciężyliśmy ? to mówią dziś liderzy PiS.

Nie kwestionuję potrzeby składania kwiatów w miesięczne ?rocznice?, a nawet codziennie. Kwiaty dla zmarłych składa się jednak zwykle na ich grobach. Czy Kaczyńskiemu za daleko na Wawel? Sam tego przecież chciał. Jeśli za daleko, to na Powązkach jest tyle grobów ofiar tej katastrofy, że doprawdy jest gdzie znicz zapalić i modlitwę zmówić. Pod warunkiem, że rzecz jest z potrzeby serca, a nie z politycznego zapotrzebowania. Na razie w kwestii katastrofy weszliśmy z okres coraz bardziej nasilonych demonstracji politycznych. Wydaje się, ze przed zaprzysiężeniem Komorowskiego będą one częstsze, a spór bardziej gorący.

***

Odniosę się do kilku Państwa komentarzy, zwłaszcza do tych dotyczących wydarzeń bieżących. Rozczaruję wera i nie pochwalę nominacji do KRRiT dokonanych przez Bronisława Komorowskiego. Oceniam je nawet ostrzej niż większość komentatorów i polityków wypowiadających się na ten temat. To są nominacje kolesiowskie, mimo że merytorycznie osobom powołanym nie można wiele zarzucić, w przeciwieństwie do tych wyznaczanych przez PiS, Samoobronę i LPR. Bardzo trafił mi do przekonania Andrzej Celiński, który w radiowym komentarzu powiedział, że gdyby Komorowski powołał Dworaka i Roberta Kwiatkowskiego (znakomity fachowiec) rzecz miałaby sens. Do KRRiT trafiliby bowiem dwaj byli prezesi TVP i byłoby to odważne.

Moim zdaniem ani Dworak, ani Luft nie są dobrymi kandydatami nawet, jeśli trudno zarzucić im brak przygotowania. Dworak dziś chodzi w chwale niezależnego prezesa TVP. Nie mam do niego pretensji, że sprowadził Pospieszalskiego, nie mam pretensji, że był kiedyś w PO, ale pamiętam jak wypychano z zarządu telewizji lewicowego Ryszarda Pacławskiego, jak niszczono to “nowe otwarcie” zapoczątkowane przez Danutę Waniek, żeby prawica wzięła całą pulę. Dworak brał w tym udział, a przynajmniej nie protestował i nawet, jeśli jego telewizja była spokojniejsza i bardziej pluralistyczna wiele wtedy w moich oczach stracił. Krzysztof Luft w ogóle nie powinien był przyjmować tej propozycji, nawet jeśli Komorowski chciał mu się zrewanżować za pracę w kampanii wyborczej czy w Sejmie. Nie powinien się godzić, właśnie w powodu tej wcześniejszej pracy i oczywistego rewanżu. Mógł zostać szefem biura prasowego w kancelarii prezydenta, aby dalej współpracować z Komorowskim. Czasem ważne są nie tylko składane propozycje, ale także to, czy ktoś je przyjmuje, czy nie.

Rozumiem, że prezydent elekt musiał powołać członków KRRiT, bo jest określony lipcowy termin i nie mógł czekać do zaprzysiężenia (mało zwraca się uwagę, że są ustawowe terminy), ale nic by się nie stało gdyby skonsultował to z Tuskiem i Schetyną. Myślę, że wspólnie znaleźliby lepszych kandydatów. Ja uważam, że KRRiT powinna się składać z ludzi nowych, nie tych, którzy już tkwią z różnych układach telewizyjnych i producenckich. Niestety słyszę, że SLD wysuwa swojego pana Grabosia, czyli znów kogoś, kto był i zapewne jest fachowcem, ale po co wchodzić dwa razy do tej samej rzeki? PiS stawia na kompletnie skompromitowanego pana Kołodziejskiego. Niech więc posłowie SLD nie krytykują Komorowskiego, bo sami idą tą samą drogą promowania swoich, a PiS rzeczywiście powinien w tej sprawie milczeć. Tu zgadzam się ze Stefanem Niesiołowskim, gdyż to ta partia pogrążyła ostatecznie media publiczne.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby to byli kandydaci nawet partyjni, w końcu to są stanowiska polityczne, przecież członków KRRiT wybierają politycy i tak było od początku. Przez KRRiT przewinęło się wielu polityków i działała ona zupełnie dobrze, a więc ze słowa partyjność nie ma co robić fetysza. Ważne, czy rozpisane konkursy przyniosą nową jakość w radach nadzorczych i zarządach spółek, ale jednak wolałabym, żeby jednak w KRRiT znaleźli się ludzie z innego rozdania. Jeżeli na szefa kancelarii prezydent elekt powołał Jacka Michałowskiego, urzędnika właściwie wzorowego, to mógł właśnie sięgać po takich ludzi, bo oni są. A tak mam poczucie głębokiego niesmaku, które zamazuje to, to, co było dobre, na przykład Marek Belka na prezesa NBP. Ale w końcu znów się potwierdziło, że kto ma telewizję ten przegrywa wybory, a więc jest i akcent optymistyczny.

Miałam odpowiedzieć na więcej Państwa komentarzy, ale jakoś rozpisałam się o tej KRRiT i już nie chcę nadmiernie wydłużać blogu. Ponadto nie mam nic do dodania w kwestii, czy Napieralski jest wspaniały. Ja nie zmieniam zdania, że jest dopiero początkującym, nazbyt pragmatycznym politykiem, wyraźnie zauroczonym przez Kaczyńskiego. Jest zręczny w rozgrywkach i niewiele więcej mogę się dowiedzieć. W kwestii LiD (to częściowa odpowiedź dla mohawka) nie zmieniam zdania. To był początek i pewna szansa na zbudowanie nowego bloku, ale LiD - u nie ma, sam Olejniczak przyznaje, że rozwiązanie tej koalicji było błędem. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Faktem jest, że żadna inicjatywa zjednoczeniowa po lewej stronie się nie udała. Niech więc Napieralski rozwija SLD pozbywając się bardziej doświadczonych. Ciekawym sygnałem dla mnie jest pozbawienie funkcji sekretarza klubu Wacława Martyniuka, posła bardzo dobrego, lojalnego, doświadczonego, wcale nie politycznego gracza, ale rzetelnego i pracowitego polityka. Dla mnie SLD i klub parlamentarny tej partii bez Martyniuka są gorsze, ale to moja prywatna ocena.

Canucku sprawa naszych mocarstwowych aspiracji do G 20 upadła wraz z przegraną Kaczyńskiego i pozostaje świadectwem myślenia “godnościowego”. Nie sądzę zresztą, by argument o G 20 przemawiał akurat do elektoratu prezesa PiS.

Różo, dzięki za głos z sensem o wyniku wyborów, zmęczył mnie już ten puchar przechodni dla kolejnych przegranych, którzy okazywali się zwycięzcami. Wręczanie go było tak absorbujące, że mało kto zauważył, że wybory wygrał jednak Komorowski i to bardzo dużą przewagą miliona głosów.

Piterowi odpowiem, że do Poranków w TOK FM zapraszam różne osoby, poglądów wielu z nich nie podzielam, ale nie widzę powodów, aby zapraszać tylko po to, aby była awantura, jedni mówili przez drugich, lub trzy osoby jednocześnie. Takiego sposobu dyskutowania o polityce jakoś nie preferuję. Chcę, aby w miarę spokojnie objaśniać, co się dzieje, bez ideowego zapału.

Przepraszam nie pamiętam kto z Państwa pytał mnie o ocenę Tomasza Lisa. Ja uważam go za bardzo dobrego dziennikarza, a różnię się od niego stopniem wyrażanych emocji. Red. Lis jawi mi się, także w swoim pisaniu, jako niesłychanie emocjonalny, czasem wręcz żywiołowy, ja wolę więcej dystansu. I tyle.

Jak tu żyć bez komucha?

2010/06/26, sobota

Czy pamiętają Państwo wyborczy wieczór w sztabie Prawa i Sprawiedliwości? Prezes Jarosław Kaczyński dziękując za dobry wynik - który potem okazał się jeszcze lepszy - powiedział, że teraz zacznie się prawdziwa, merytoryczna kampania. Polityka po Smoleńsku musi być bowiem poważna, państwo trzeba traktować poważnie. Prezes przemówił słowami Ludwika Dorna, który od dawna o braku owej powagi mówi, przypisując go jednej - zgodnej ze swymi przekonaniami - stronie, czyli Platformie Obywatelskiej. Ale jako czynny polityk do własnych, nawet mocno stronniczych poglądów, ma prawo. Ważne, że mówi o zjawisku, które istnieje. Mówi zresztą również o deficycie szacunku w polskiej polityce, gdzie konkurenta i partnera traktuje się wyłącznie jako wroga. Dorna wprawdzie w PiS już nie ma, ale jeśli jego przesłanie prezes Kaczyński wziął sobie do serca, to można go tylko go za to chwalić. Można powiedzieć, że dawny “trzeci bliźniak” wreszcie na jakimś polu zwyciężył.

Powaga miała się zacząć już następnego dnia po wyborach i zaczęła się, podobnie jak merytoryczna dyskusja. Jarosław Kaczyński udał się do Szczecina, gdzie oznajmił, że skończył się w Polsce postkomunizm i teraz jest już tylko lewica, która oczywiście jest bardzo potrzebna. Ta wypowiedź nie miała wprawdzie aż takiej siły rażenia, jak niegdyś słowa Joanny Szczepkowskiej, która w telewizji ogłosiła, że 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm, ale jednak oznaczała początek jakiegoś nowego rozdziału, skoro wśród kamieni węgielnych PiS właśnie postkomunizm zajmował poczesne miejsce. Dotychczas było to obalenie rządu Jana Olszewskiego przez agentów.

W następnych dniach prezes twórczo rozwijał swą myśl, poprzez uznanie Oleksego za polityka lewicowego średnio - starszego pokolenia. Aż po wyznanie, że PiS też może być lewicą. A niech tam, dlaczego nie? Wszyscy od razu zakrzyknęli, że prezes robi to koniunkturalnie, bo chce zyskać głosy wyborców Napieralskiego w drugiej turze. To też normalne, że się o głosy zabiega, chociaż nie wszystkie metody muszą być skuteczne, a niektóre bywają śmieszne. Początkowo myślałam zresztą, że prezes Kaczyński sobie żartuje, bowiem przekonywano nas, że ma znakomite poczucie humoru i sądziłam nawet, że sztabowcy postanowili właśnie zrobić próbę generalną, jak się owo poczucie humoru w praktyce, na szerszej społecznej - a zwłaszcza wiecowej - próbie sprawdza.

Okazało się jednak, że prezes mówił jakby serio. Bowiem przyspieszony kurs odzwyczajania się od postkomunizmu i komuchów jako takich zaczęła przechodzić cała partia, która z trudem odnajdywała się w nowej dla siebie sytuacji. Z takim trudem, że eurodeputowany Adam Bielan w jednym z wywiadów tłumaczył, iż Kaczyński jest tak wielkim mężem stanu, że po prostu partia czasem nie nadąża, czyli nie można od razu podciągnąć taborów. Trzeba jednak przyznać, że tabory nadzwyczajnie się starają i zapowiadają, że starać się będą przynajmniej do 4 lipca. Może się więc zdarzyć, że postkomunizm i komuch zostaną jako określenia po tym terminie zrehabilitowane i PiS znów stanie wiarygodne. W ramach uprawiania poważnej polityki oczywiście. Zresztą czyż nie jest powagą zapowiadanie, że przemiana nastąpiła na czas dokładnie określony?

Zresztą kwestia przywracania wiarygodności staje się także kwestią poważną. Oto ogłoszeniami prasowymi i radiowymi wiarygodność przywróciła sobie TVP (za nasze abonamentowe pieniądze zresztą). Rozwinęła ona wielką kampanię, że jako jedyna podała sondażowe wyniki wyborów najbardziej zbliżone do wersji ostatecznej, co czyni ją medium najbardziej wiarygodnym. Sondaż przeprowadził OBOP, o czym jakoś w tych ogłoszeniach nie wspomniano, ale kampanię reklamowania własnej wyjątkowej wiarogodności przeprowadzono z wielkim rozmachem. I niech ktoś teraz powie, że TVP jest jak ze stanu wojennego. Jest z zupełnie innego stanu wojennego, takiego, który właśnie jej przemianę w sztab wyborczy jednego kandydata czyni absolutnie wiarygodną (dla zwolenników PiS oczywiście, choć w porywach zwłaszcza przed pierwszą turą, także dla SLD i Napieralskiego). Czy można się owej wiarygodności dziwić, skoro promuje się jedynie słusznego kandydata? Wystarczy obejrzeć TVP, aby zobaczyć, że naprzeciwko słusznego kandydata staje jakiś zupełnie niepoważny człowieczek.

A jeśli chcieli Państwo debaty merytorycznej to też jest. W sądzie. W sprawie swojego kłamstwa w kwestii prywatyzacji szpitali PiS odwoływało się do upadłego (ja zresztą w przeciwieństwie do PiS, PO i Komorowskiego, byłabym za prywatyzacją). I jak rozumiem to sądowe pieniactwo było ważnym problem merytorycznym. Tyle, że niechęć przedstawicieli tej formacji, także nieżyjącego prezydenta, do stawiania się w sądzie - a już zwłaszcza do wykonywania prawomocnych wyroków - jest od dawna znana. I tu akurat niczego nie trzeba było udowadniać. Chyba, że Kaczyńskim stawiając się osobiście bez potrzeby, chciał dać kolejny dowód przemiany. Ale najwyraźniej mu się szybko znudziło, bo potem bywał już tylko pełnomocnik.

W każdym razie, gdyby Państwo przypadkiem zapomnieli, że polityka ma być poważna, państwo jest poważne, w związku z tymi nie należy chodzić do drogich restauracji, pić wina (niestety, nieżyjący prezydent przyznawał, że wino lubi, a więc nie całkiem może służyć za wzór) i nie należy grać w piłkę. Przed drugą turą koniecznie trzeba sobie o tym przypomnieć. Taki jest bowiem mniej więcej poważny merytoryczny dorobek pierwszego tygodnia drugiej części kampanii. Rzeczywiście za mężem stanu nadążyć trudno.

 

*** 

Dzięki za korespondencję. Nie ukrywam, że w tym kampanijnym okresie chętniej czytam Państwa komentarze niż piszę. Bowiem mam wrażenie, że i tak za dużo pisze się o tym samym, ponadto co tydzień pisałam w “Polityce”. Jeśli zajmuję Państwa dziś tematem też już mocno wyeksploatowanym, to dlatego, że mnie samej sprawia on przyjemność. Zawsze dręczyło mnie pytanie o granice tak zwanego pragmatyzmu w polityce. Zwłaszcza, gdy kierowali się nim wyjątkowi ideowcy, wręcz Mesjasze. I okazuje się, że granic właściwie nie ma.

YYC odpowiem, że redaktorzy “Polityki” wierzą w to, co piszą, podobnie pewnie wierzą w to, co piszą dziennikarze prawicowi, choć jest jeszcze kategoria propagandzistów. Ale jak rozumiem mówimy o dziennikarstwie, a nie o propagandzie. Na tym wszystko polega, że się różnimy, podobnie jak ja z YYC, któremu nie odmawiam prawa do jego poglądów i chcę jedynie, aby szanował moje. Jeżeli potrafi. I tyle. Jeśli zaś idzie o to, kto jest z PRL, to propaganda rodem z PRL jakoś dzielnie trzyma się akurat na prawicy, w tym w tak zwanych mediach publicznych. Mogę nawet powiedzieć: wielkie brawa dla TVP za kultywowanie PRL-owskiej tradycji.

Yevaud - debatę oceniłam (jak to było dawno, przed nami następne) tak jak je zobaczyłam. To, że Napieralski wypadł dobrze, chyba odnotowałam, ale bez przesady. Złożenie mnóstwa obietnic chyba nie jest tym, o co nam chodzi. A sam entuzjazm i radość nie czynią jeszcze z nikogo dojrzałego polityka. Pustych politycznych obietnic mamy chyba wszyscy dość. Chyba, że się mylę? W ogóle w Państwa komentarzach Napieralski wyrasta na bohatera narodowego, który te wybory wygrał. Dla porządku przypominam, że pierwszą turę wygrał jednak Komorowski. Jak będzie w drugiej, zobaczymy. Napieralski osiągnął taki wynik jak SLD w wyborach parlamentarnych. To po części jego osobisty sukces, po części kampanii, ale w bardzo dużej części właśnie medialnej promocji. Polecam ocenę sporządzoną przez Fundację Batorego, kto jak był pokazywany w mediach. Napieralski najlepiej. To oczywiście była świadoma gra części mediów na osłabienie Komorowskiego i jakoś tam się powiodła. Chociaż ja sądziłam, że po takiej kanonadzie propagandowej zdobędzie z 18 proc. W tym sensie zawiodłam się. I nie uważam, tak jak Intel- e - gent, że jest to gigantyczny sukces. Przykładajmy do rzeczy właściwą miarę. Waldemar twierdzi, że ja “sekuję” Napieralskiego. Otóż nieprawda, na przykład przez ponad trzy miesiące próbowałam zaprosić go do radia lub do Superstacji. I zawsze się wykręcał, przyszedł dopiero po pierwszej turze. Nie wiem, dlaczego wcześniej nie przychodził, chyba się mnie nie bał, a może mnie nie lubi? Jego prawo. Kaczyński też nie przychodzi mimo zaproszeń.

Mohawku: LiD nie był żadnym “niebiańskim tworem” jak Pan pisze, który rozbił Napieralski, za co jest - jak rozumiem - nielubiany, czy wręcz zwalczany. LiD rozbił Olejniczak, przypomina to zresztą Andrzej, podobno pod wpływem Sierakowskiego. Tak naprawdę jako pierwszy zaczął walczyć z LiD-em dawny eurodeputowany Andrzej Szejna (dziś już chyba wyrzucony z SLD, ponieważ nie chciał w następnych wyborach konkurencji Janusza Onyszkiewicza w tym samym okręgu). W PE nie ma dziś ani Szejny, ani Onyszkiewicza, a jeden przynajmniej mógłby być, gdyby LiD się ostał. To była próba poszerzenia centrolewicy i teraz poszukiwanie takich samych możliwości czeka Napieralskiego. Jeśli zaś idzie o polityków lewicowych to odpowiadając Eddowi powiem, że oczywiście poważam Kalisza i Olejniczaka, ale widzę też znakomitego Janusza Zemke, Wacława Martyniuka, Katarzynę Piekarską, Bartosza Arłukowicza, który się bardzo ciekawie zapowiada. Bardzo poważam też Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera, których uważam za polityków z krwi i kości, takich pełnoformatowych. Tak więc Edd będzie miał kłopoty z moją klasyfikacją, nie jest to takie proste, jakby z Pana ocen wynikało.

Pamiętliwemu odpiszę, że ja też jestem pamiętliwa, ale o kolejnych przemianach Kaczyńskiego można będzie wkrótce całe księgi spisywać i na razie ja sama temat mocno wyeksploatowałam. Może ponad miarę, ale to wszystko mnie niesłychanie śmieszy, chociaż sprawa jest poważna, tak jak poważna jest druga tura wyborów. W związku z tą drugą turą mam złą wiadomość dla Monteskiusza: prof. Środa już poparła Komorowskiego. I co Pan teraz zrobi?

Jazda bez trzymanki

2010/06/15, wtorek

Spotkanie czterech kandydatów do prezydentury w telewizji publicznej było o wiele mniej ciekawe niż reakcje na nie.

To, coś, co nazwano debatą, oczywiście żadną debatą nie było, było bardzo przyjemnie ustawioną prezentacją, która miała pokazać, że Jarosław Kaczyński jest liderem z prawdziwego zdarzenia. W przekonaniu, że Bronisław Komorowski jednak się nie zjawi, ustawiono fotel z jego nazwiskiem, jako wdzięczny obiekt do filmowania. Kolejność tak zwanego “ostatniego słowa” ustalono tak, aby należało ono do Kaczyńskiego. Grzegorz Napieralski i Waldemar Pawlak mieli stanowić tło, bo przecież nie traktowano ich jako kandydatów poważnych. “Debatę” zaplanowano więc zgodnie z obowiązującą w PiS zasadą, że prezes, ale coraz częściej także jego sztabowcy rozmawiają tylko z dziennikarzami politycznie zaprzyjaźnionymi - takimi, o których wiadomo, że kłopotów nie przysporzą, i hołd należny złożą. To jest zapewne jakiś trudny jeszcze do rozszyfrowania dowód “nowego otwarcia” PiS i kandydata tej partii, który na obecnym etapie swej politycznej aktywności jest za współpracą ze wszystkimi, za zgodą, kompromisem, zakończeniem wojny polsko - polskiej itp. itd.

Katalog tych określeń można dowolnie rozszerzać. W praktyce nie ma on i tak większego znaczenia, o czym o mało co nie przekonał się red. Lis, z którego programem działy się w poniedziałek rzeczy dziwne, acz ciekawe. To był zdejmowany, to wracał. Oczywiście zdejmowany był z powodu obecności Komorowskiego, wracał być może dlatego, że Komorowski zażądał zakazu pojawiania się w telewizji na piśmie. Być może w gronie ogólnie rzecz biorąc odważnego politycznie kierownictwa aż tak odważnego, by takie pismo podpisać, nie było, a może red. Lis miał inny pomysł na skompromitowanie publicznej. W każdym razie wiemy już, że red. Lis najwyraźniej nie należy do tych, którym sztabowcy PiS mogą zaufać na tyle, by mu kandydata powierzyć. Mógłby przecież zrobić prawdziwą debatę.

Komorowski to przedstawienie z “debatą” zepsuł, a na dodatek bojowym liderem okazał się Grzegorz Napieralski, bo rzeczywiście nieźle się zaprezentował, co nie znaczy, że miał cokolwiek istotnego do powiedzenia. Aby choć trochę zatrzeć przykre wrażenie, że prezes PiS, który zapewne ma sporo do powiedzenia, ale co ciekawsze myśli w trakcie kampanii skrywa, wypadł blado, zaprzyjaźnione z tą partią media postawiły na Napieralskiego. “Napieralski wygrał, Kaczyński drugi, Komorowski trzeci” - ogłosił na przykład “Fakt”. Ciekawe, skąd oni tę kolejność wzięli? Czyżby od Adama Bielana, który nagle powiększył fan klub Napieralskiego i upierał się, że od tej chwili prezes Kaczyński może już tylko debatować w towarzystwie szefa SLD i na żadną inną debatę bez niego nie pójdzie? Napieralski w sondażach wypada słabo, choć nagle uznano, że odnosi niesłychane sukcesy (jak niewiele trzeba, by odnieść sukces!), Kaczyńskiemu niczym nie grozi, Komorowskiemu w pierwszej turze parę głosów może jeszcze zabrać, więc lepiej ogłosić zwycięzcą Napieralskiego niż przyznać, że Komorowski był po prostu tego dnia, w tym konkretnym miejscu zdecydowanie lepszy?

Zresztą, czy w ogóle można mówić, że ktoś wygrał, skoro żadnego pojedynku, żadnej walki nie było? Można co najwyżej mówić o tym, jakie kto zrobił wrażenie. Jeżeli na takiej podstawie Polacy mieliby wybierać prezydenta, to rzeczywiście “szkoda Polski”, by przypomnieć słowa Komorowskiego po wygranych przez PiS wyborach. Nie zamierzam dezawuować Napieralskiego, który prowadzi kampanię pracowitą i dobrze zaplanowaną, pokazuje się, staje się politykiem coraz bardziej rozpoznawalnym, co było mu niezbędne, aby w ogóle w polityce dalej istnieć, ale nauka przed nim długa i trudna, a co ostatecznie w tych wyborach zwojuje - zobaczymy. Na razie poza banał i gładki frazes nie wychodzi, choć trzeba przyznać, że jest nadzwyczajnie elastyczny, co pokazał, kiedy w ciągu trzech dni z przeciwnika wyboru Marka Belki na prezesa NBP stał się prawie ojcem chrzestnym tego przedsięwzięcia. Przypomniał sobie nawet o tym, że SLD walczył kiedyś z ideą IV RP, chociaż w ostatnich miesiącach i w trakcie tej kampanii raczej o tym nie wspominał, skupiając się na krytyce Platformy. Najwyraźniej w SLD przyszły alians z PiS, podobnie jak obecny w mediach, nie wszystkim się jeszcze podoba i jednak Napieralski musiał uznać, że partia to nie tylko on, że parę osób poza nim jeszcze w Sojuszu jest.

Na razie cechą charakterystyczną tych wyborów jest niezwykłe partyjne uwikłanie dziennikarstwa, zwłaszcza zaś mediów zwanych publicznymi. To już jest jazda bez trzymanki. Pamiętam wybory z 1995 roku, kiedy to Aleksander Kwaśniewski startował przeciwko Lechowi Wałęsie i publiczna telewizja manipulowała jak tylko mogła, aby pomóc Wałęsie. Jednak z perspektywy czasu tamta stronniczość może zasługiwać nawet na miano obiektywizmu i dziennikarskiej rzetelności. Teraz nikt nie zachowuje nawet pozorów, a dziennikarze, na dodatek kierujący dużymi redakcjami, przemawiają na wiecach, pouczają jak głosować. Zupełnie jak księża w homiliach.

Instruktażowo pooglądałam trochę program o nazwie “Wiadomości”, który maluje zupełnie inną Polskę niż wszystkie programy innych stacji. Maluje głównie Polskę zakochaną w Kaczyńskim, w której swój kącik może mieć jeszcze Napieralski. Inne stacje też sympatie polityczne mają, często ich nawet nie ukrywają, ale jednak starają się przynajmniej szanować fakty. W publicznej są tylko “fakty” produkcji własnej, zwłaszcza gdy trzeba przyłożyć Komorowskiemu. Bardzo ciekawe były na przykład “Wiadomości” przed ową “debatą”, kiedy to włożono wiele wysiłku i zaangażowania, aby pokazać, że cała Polska w niedzielę nie zajmuje się niczym innym, tylko kolejną wpadką marszałka, który podobno chce nas wyprowadzić z NATO i na dodatek, że marszałek to tchórz i nie szanuje wyborców.

Jeżeli przyszłe debatowanie, o którym tyle debatowano, ma wyglądać tak jak dotychczasowe, to po prostu lepiej nie debatować. Chyba, że komuś przyświeca taki oto cel - skompromitować ideę debat do końca. Na tej drodze spory krok został niewątpliwie zrobiony.

***

PS. Korespondencja przy okazji następnego wpisu blogowego, samą zaś “debatę” oceniłam już w niedzielę w komentarzu dla naszego wydania internetowego, a więc nie będę do tego wracać.

Kandydaci specjalnej troski

2010/06/7, poniedziałek

Jest, a jakby jej nie było. Mowa oczywiście o kampanii prezydenckiej, w trakcie której kandydaci coś tam robią, gdzieś się spotykają, jakieś wiece czy choćby zebrania zwołują, ale w tym życiu realnym liczą się bardziej pogoda, z tym wszystkim, co nam, przyzwyczajonym raczej do spokoju, wydaje się monstrualne, powodzie, plany urlopowe, pyły znad Islandii.

Nawet katastrofa Smoleńska, co miała zrobić, to - jak się wydaje - już zrobiła, spowodowała gwałtowny przypływ uczuć pozytywnych do Jarosława Kaczyńskiego, ale być może w stopniu jednak ograniczonym, gdyż poparcie dla niego na razie się ustabilizowało w okolicach 30 proc. Gdyby więc wskazać temat budzący największe emocje, to oczywiście jest nim przemiana Jarosława Kaczyńskiego. Zwolennicy zmiany potykają się z tymi, którzy w zmianę nie wierzą na różnych polach, do oceny zaprzęga się socjologów, psychologów, do boju staje grono komentatorów i jednoznacznego werdyktu nie ma. Rzeczywiście, Kaczyński stał się “kandydatem specjalnej troski” i zupełnie nie rozumiem, dlaczego kiedy taką opinię wygłosił poseł Nowak z PO, szef sztabu wyborczego Komorowskiego, naskoczono na niego ze sporą furią, a jego wypowiedź uznano za wyjątkowo ostry atak na prezesa PiS. To już pewnie z rozpędu, bowiem - jak powszechnie wiadomo - PiS zawsze było partią najbardziej ostro atakowaną przez “liberalne media”.

Tymczasem Nowak powiedział po prostu prawdę i tylko prawdę. Czyż jakiekolwiek zdanie o Jarosławie Kaczyńskim wypada zacząć inaczej, niż pochylając się nad tragedią, która go dotknęła, czyż wypada nie wspomnieć o chorej matce, czyli możliwym dalszym ciągu tragedii? Dzieje choroby, zawiadamianie jej o śmierci syna rozgrywają ze sporym zacięciem tabloidy, mam nadzieję, że bez udziału sztabowców kandydata PiS, choć pewności w tej kwestii nie mam, co też zapewne jest opinią niepoprawną i może zostać odczytane jako wrogi atak, ale trudno. Coś mi w tej sprawie nieprzyjemnie zgrzyta. Osobiście z pewną ulgą zobaczyłam więc Jarosława Kaczyńskiego w Jaśle wśród powodzian, kiedy mówił coś o “chłopcach z zapałkami”, którzy już jedną katastrofę spowodowali, a teraz - jak rozumiem - bawią się państwem, tymczasem państwo jest sprawą poważną.

Nie wiem, czy “chłopcy z zapałkami” to dawni “chłopcy w z podwórka”, ale niewątpliwie prezes jakoś tam nawiązywał do premiera Tuska, choć akurat zapałki wśród rozlewisk nie wydają mi się szczególnie groźne. Nawet się przydają, gdy elektryczności wokół nie ma. Niemniej przez moment zobaczyłam Jarosława Kaczyńskiego może jeszcze nie w najwyższej formie, ale jednak wracającego do formy, co by mogło oznaczać, że przestanie być kandydatem specjalnej troski i będzie znów normalny, czyli pojawi jakiś wybór, gdyż dotychczas różnica między wszystkim głównymi kandydatami, a także większością pozostałych została prawie zupełnie zatarta.

Gdyby na serio te deklarowane różnice analizować, do właściwie ich nie ma, poza tym, że Komorowski został specjalistą do gaf, też zresztą nie wiedzieć czemu. Jeśli kampania toczyć się będzie tak, jak się toczy, to zdanie Komorowskiego o tej wodzie, co napływa, potem spływa do morza, a problemy po niej pozostają, może okazać najbardziej trafnym zdaniem wypowiedzianym w tej kampanii. Gdy to powiedział, kpin było co niemiara, a przecież powiedział po prostu prawdę. Może nieco przesadził, gdy oznajmił, że “ma przyjemność” przebywania wśród powodzian, ale w końcu nie robiłabym mu z tego powodu jakichś szczególnych wyrzutów. Do takich grzecznościowych formuł przywykł. Jeżeli bowiem istotą kampanii Kaczyńskiego jest przekonanie nas, że się zmienił, to w przypadku Komorowskiego chodzi raczej o utrwalenie przekonania, że się nie zmienił, że jest sobą.

I tu zaczynam mieć problem. Komorowskiego w polskiej polityce obserwuję od lat i uważam, że pod łagodną powierzchownością krył się zawsze niezły wojownik. To on zwalczał Rokitę z jego idiotycznym hasłem “Nicea albo śmierć” w czasie, gdy Tusk się nim zachwycał, to on najostrzej ścierał się z PiS, w roku 2005 (kto jeszcze pamięta jego słynne “szkoda Polski!” wygranych przez PiS wyborach?), jako jedyny w PO miał odwagę głosować przeciwko rozwiązaniu WSI. Czyli po prostu miał charakter, a nie jakąś tam miękką charyzmę czy wręcz - poczciwość. Czy to sztabowcy go tak przerobili, czy też ugina się pod ciężarem sytuacji, kiedy to spadły na niego nowe nieoczekiwane obowiązki, czyli też w jakimś sensie jest kandydatem specjalnej troski? Skutek jest jednak taki, że główni kandydaci są w tych swoich kampanijnych wizerunkach wyjątkowo nieautentyczni. I chyba to lubimy, lubimy być nabierani. Najbardziej autentyczny Andrzej Olechowski ze swoim hasłem: wybierz swój dobrobyt i prawie nikt go nie chce.

***

Przeczytałam wszystkie Państwa komentarze i mam kłopot z odpowiedziami, bo właściwie nie bardzo wiem, na czym się skupić. Przepraszam wszystkich, ze nie odniosę się do ciekawej dyskusji zapoczątkowanej tak zwanym podatkiem Belki, dzisiejszy wpis poświęciłam w jakiejś części pytaniom i dyskusji, czy Kaczyński się zmienił. Może więc na początek kilka zdań o sprawie lokalnej, czyli wyborach na prezydenta Krakowa, bo było sporo komentarzy i ciekawych informacji na ten temat.

Bardzo ciekawie sytuację opisał Michał. Nie ukrywam, że chociaż w Krakowie nie głosuję, to mam dylemat, czy pomysł z trzecią kadencją Majchrowskiego, którego byłam dotychczas zwolenniczką (podobną opinię ma Tuszpak) jest najlepszy, bywam bowiem w tym mieście często i widzę, jak bardzo się ono zmienia, ile jest inwestycji, chociaż to unieruchomienie Długiej i Basztowej bardzo mi komplikuje życie. Wprawdzie uważam, że nie ma on poważnego kontrkandydata, pomysł, aby Kracika zrobić wojewodą przed wyborami samorządowymi nie był najlepszy, chociaż jego niepołomickiego dorobku będę bronić, nawet jeśli krem do golenia z Niepołomic jest marnej jakości, o czym pisze Andrzej.

Bardzo mi się nie podobał rozhisteryzowany Kracik w czasie powodzi, która w Krakowie wcale nie była aż tak groźna, lepiej już wypadł spokojny Majchrowski. Problem Krakowa polega jednak - powtarzam to ciągle - na bardzo marnej reklamie. Tu Wrocław jest mistrzem, ale też ma narzędzia, na przykład grupę posłów, którzy potrafią walczyć o interesy miasta w Sejmie. Reprezentacja Krakowa jest wyjątkowo słaba, może tylko Jerzy Fedorowicz bardzo się stara. Nie pamiętam, aby poseł Gowin kiedyś o coś powalczył w kwestiach lokalnych, zresztą - jak rozumiem - sam fakt, że prezydentem miasta jest “komuch” go brzydzi, w ogóle nie istnieje w Sejmie poseł Raś, który został nawet szefem małopolskiej PO, pewnie dlatego, że ma świetne układy w kurii.

To jest w ogóle nieporozumienie, żeby takie miasto miało tak słabą reprezentację polityczną. Nie wiem, czy to Rokita pozostawił po sobie spaloną ziemię, czy też zaszły tam inne procesy selekcji negatywnej, ale całe to krakowskie życie polityczne jest wyjątkowo słabe. Dla Majchrowskiego z jednej strony to dobrze, bo może manewrować między słabymi partyjkami, ale z drugiej źle, bo jednak te partie muszą decydować o podatkach, wydawaniu pieniędzy, pełnić funkcje kontrolne. Tymczasem ostatnia interesująca wiadomość z posiedzenie Rady Miasta była taka, że przyjęła ona uchwałę w sprawie katastrofy smoleńskiej, aby zrobić międzynarodowe śledztwo. To, co przepadło w Sejmie, przeszło w Krakowie. To czyste kuriozum. Ma wiec sporo racji Urbański pisząc o krakowskim marazmie, ale marazm, czy też raczej pewne wolniejsze tempo życia w tym mieście zawsze stanowiły część uroku Krakowa, byle nie było go za dużo, moim zdaniem obecnie jest go jednak zbyt wiele. Nie powiem jednak, ze to tylko wina Majchrowskiego.

Sławku - nikt nie wykorzystał “Polityki” do pokazania związków pana Edmunda Klicha z rodziną pani Marii Kaczyńskiej. Nie kwestionujemy jego kwalifikacji, sama zbierałam bardzo pozytywne opinie o nim od ludzi, którzy na badaniach wypadków lotniczych dobrze się znają i nie bredzą jak zastępy amatorów zaludniających media, ale jednak jego zachowanie było dziwne i nie widzę niczego nagannego w tym, że szuka się przyczyn, dlaczego ten chłodny fachowiec zaczyna się zachowywać tak emocjonalnie, zwłaszcza szukając winnych, a to obciążał polityków, najpierw nie widział nacisków, potem je zobaczył itp.

Sporo piszecie Państwo czarnych skrzynkach i katastrofie pod Smoleńskiem. Bezprzedmiotowy wydaje mi się spór, kto wcześniej chciał do Katynia - prezydent, jak chce Solon, powołując się na strony prezydenckiej kancelarii, czy też premier, jak sugeruje przeciek. Afera uruchomiła się po zaproszeniu premiera przez Putina i nic nie zmieni mojego przekonania, że dwie wizyty w ciągu trzech dni w tym samym miejscu były najzupełniej zbędne. Dlaczego prezydent nie pojechał do Miednoje, gdzie są pomordowani polscy oficerowie? Z tych samych przecież obozów. Czy oni są gorsi? Nie pojechał, bo Katyń wyraziście się kojarzy, a Miednoje już nie. Była szansa, aby i tamtym grobom przydać więcej chwały i utrwalić je w społecznej świadomości.

Co do samej katastrofy - nie będę rozważać, gdyż nie znam się na lotnictwie, nie umiem czytać czarnych skrzynek, nie wiem, czy gen. Błasik powinien umieć ocenić sytuację i nie dopuścić do lądowania, bo że powinno do tej próby dojść, to już jest oczywiste. Uważam, że warto poczekać na ustalenia komisji, choć oczywiście wiem, że spekulacje będą trwały.

Lew_ myszkin pyta o ten bałagan na pokładzie samolotu. Nie latam z oficjalnymi delegacjami, ale z tego, co słyszę, to tam zawsze jest taka luźna atmosfera, trochę piknikowa, bo przecież wszyscy się znają i zapewne od dawna procedury nie są przestrzegane, teraz dowiadujemy się, że wszyscy mieli włączone telefony komórkowe, co w cywilnym lotnictwie jest zakazane. Dopóki nie było katastrofy, nie mówiło się o tym. Teraz mają być specjalne procedury, chociaż w wielu kwestiach powinien wystarczać zdrowy rozsądek.

Stypendysto ZUS - Rada Bezpieczeństwa Narodowego jest organem doradczym, daje opinie, których nie trzeba uwzględniać i oczywiście obecność na jej posiedzeniach nie jest obowiązkowa, ale jednak o tym, aby przysyłać w zastępstwie swojego adwokata to jeszcze nie słyszałam. To jest pomysł wyłącznie polityczny, obliczony na jakąś grę. Członkowie RBN muszą mieć ponadto certyfikaty dostępu do tajemnic.

Część z Państwa nie chce Solona na tym blogu, a ja chcę, nawet jeśli pisze na mój temat ewidentne kłamstwa, nie on pierwszy zresztą. Solon ma ciekawe poglądy i nie widzę nic złego w tym, że walczy o obecność Szaniawskiego i Macierewicza w mediach. Myślałam, że już są, bo ich poglądy znakomicie pasują do obecnie lasowanych przez media, zwane publicznymi. Pewności jednak nie mam, mało oglądam i nie bywam w TVP. Czasem próbuję spojrzeć “Wiadomości”, bo to rzeczywiście kawał innej Polski, zapewne bliskiej Solonowi i warto ją poznać. Zresztą, lubię czasem przypominać sobie sposoby manipulacji tak dobrze ukształtowane w PRL. Jak się okazuje, tamte wzorce, nawet wśród ludzi młodych, znakomicie się przyjmują i mają wyjątkową trwałość.

W TVP już wiedzą, czego się trzymać

2010/05/30, niedziela

Senat po ciężkim boju odrzucił sprawozdanie KRRiT, co wróży rychły koniec tego zabawnego w gruncie rzeczy gremium. Zamiast o mediach senatorowie PiS chcieli debatować o katastrofie pod Smoleńskiem. I ja to rozumiem - nie ma pewnych informacji, jest ledwie wstępny raport, a więc można dyskutować w sposób nieskrępowany. Dlaczego jednak dyskusja o katastrofie miała ratować honor Senatu - jak to mówiono - tego już nie rozumiem. Honor Senatu ratuje się raczej nie zrywając obrad i odrzucając sprawozdanie KRRiT. Jakie bowiem są media zwane publicznymi raczej każdy widzi.

Najwyraźniej jednak senatorowie uznali, że jeżeli ktoś ośmiela się podejrzewać, a niestety ośmiela się wielu, że TVP jest tubą propagandową jednej partii i w tej propagandzie nie ma udziału nawet medialny lewicowy koalicjant, ten zapewne wkrótce odkryje, że głębokie przemiany dokonują się nie tylko wśród polityków. Także telewizja publiczna wkroczyła na drogę przemiany i na początek zarząd przygotował solidny fundament - etyczny kodeks wyborczy. Kodeks ten zakłada takie standardy, że być może na początek sprawia jeszcze trudności w przyswojeniu ich sobie przez dziennikarzy, wskutek czego na ekranie nadal jest głównie owa tuba propagandowa, mimo że dokument ten obowiązuje już kilka tygodni. Kodeks ustanawia zasady główne, którymi oczywiście są: uczciwość, rzetelność i bezstronność.

Mają one być realizowane przez zachowanie obiektywizmu oraz należytego dystansu wobec wszystkich kandydatów, zakaz służalczej postawy wobec ubiegających się o urząd prezydenta, a także ukrytej propagandy (jawna może być?). Są nawet takie zalecenia, aby wszystkich kandydatów kadrować jednakowo, co na przykład oznacza, że Olechowski nie może stać się nagle niższy od Kaczyńskiego. Tak daleko przemiana prezesa PiS jednak jeszcze nie zaszła. W sondach ulicznych trzeba dawać głos wszystkim stronom. Brak jest informacji, czy jako materiał poglądowy trzymania najwyższych dziennikarskich standardów w tej akurat kwestii załączono film “Solidarni 2010″, ale może nie przypadkiem jedna z gazet właśnie wydała go na płycie? Dziennikarz telewizyjny powinien wszak czasem zainwestować w doskonalenie swego warsztatu, a kupno gazety aż tak wielkim wydatkiem nie jest. Nie tylko zarząd się zaniepokoił i postanowił coś zrobić.

Także Rada Nadzorcza poczuła się zaniepokojona (!) doniesieniami o braku rzetelności programów TVP (najwyraźniej są tak zajęci, że nie mają czasu, by cokolwiek obejrzeć w medium, które nadzorują) i zamówiła specjalną analizę wszystkich pozycji publicystycznych i informacyjnych. W sumie więc w TVP niewątpliwie idzie nowe, czego nie chce najwyraźniej dostrzec parlament i wykonujący obowiązki prezydenta Bronisław Komorowski. W kodeksie przewidziano oczywiście cały system kar dla tych, którzy standardów nie trzymają, na przykład dziennikarz może zostać odsunięty od prowadzenia programu, może nawet zostać zdjęty z anteny, zaś scenariusze programów publicystycznych i listy zapraszanych gości mają być akceptowane przez kierownictwo.

Taki kodeks w połączeniu z analizą tego, co pokazywano dotychczas zapewne zaowocuje zupełnie jakością, czyli tuba stanie się jeszcze większa, a jej głos donioślejszy. Nakaz akceptacji przez kierownictwo scenariuszy i zapraszanych gości jest tego gwarancją. Wiadomo przynajmniej, czego się trzymać. Tylko wyborczego kodeksu etyki. Przymiotnik “wyborczy” ma tu oczywiście znaczenie niwelujące, tak jak ongiś na przykład demokracja “socjalistyczna”. W każdym razie czasy mamy takie, że każdej głębokiej przeminie należy się przyglądać z zainteresowaniem. Czasy są bowiem rzeczywiście niezwyczajne, a ingerencji nadzwyczajnych, by nie powiedzieć sił wyższych tyle, że trudno je już zliczyć.

Bardzo się cieszę, że na tym blogu jako pierwsi przedyskutowaliśmy kandydaturę Marka Belki na prezesa banku centralnego. Nie wiem, czy marszałek Komorowski czytał, ale tym, którzy zauważyli, że byliśmy pierwsi (PAK, Nemer, Waldemar, PIRS Kecaj, Stasieku, visogiste, ale także wielu innych) dziękuję. Może mamy swój wkład, a przynajmniej przyjemność, że marszałek wybrał kandydata najlepszego. Nawet, jeśli nie zgadzają się z tym Jean Paul, który miał pewne zastrzeżenia do Belki, czy przeciek, który chce zwrotu podatku Belki (też bym chciała), to ja uważam, podobnie jak Krakowiaczek Mały czy ossa, że to najlepszy kandydat. Trzymam kciuki, żeby Sejm go wybrał i nie rozumiem, podobnie jak toja,  Waldemara Pawlaka, o którym miałam ostatnio dobre zdanie. Nie mam mu nawet za złe, że protestuje przeciwko Belce, widocznie prowadzi jakąś grę, coś chce wytargować, ale że opowiada takie rzeczy, że Belka to jakiś monetarysta i nie trzeba się spieszyć z wyborem prezesa banku centralnego. Dla mnie kandydat na prezydenta, który uważa,  że w obecnych czasach niepewności finansowej i gospodarczej bank centralny może czekać na szefa wiele miesięcy dyskwalifikuje się właśnie jako kandydat do prezydentury. Zgadzam się z Monteskiuszem, to jest sprawa najpilniejsza. Zresztą prezesa banku wybiera nie wykonujący obowiązki prezydenta, ale Sejm większością głosów, o czym chyba wielu zapomniało. Komorowski niczego nie narzuca, jest po prostu politykiem odpowiedzialnym. To kolejny ważny ruch po powołaniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego (cieszę się, że ten pomysł też znalazł uznanie w kilku Państwa komentarzach). W każdym razie Owalu40 marszałek Komorowski działa w sferze realnej, choć radziłabym nieco zmienić lub pogonić do pracy sztabowców, bo wpadek trochę było, chociaż nie aż tak wiele, by mówić o jakichś niesłychanych gafach marszałka.

Toja pyta, czy pamiętam jak przeciwko Hausnerowi (też był podobno kandydatem na prezesa NBP, ale się nie zgodził) gardłowała Zyta Gilowska. Pamiętam także jak ostro Tusk ją wspierał, żądając przeprosin od Hausnera. Obecnie mogę tylko powiedzieć, szczęśliwie premier się szybko uczy i wyciąga wnioski z niemądrej opozycyjności, a Gilowska nie.

Wiele miejsca poświęciliście Państwo różnym aspektom katastrofy pod Smoleńskiem. Brawo stasieku za apel, by dziennikarze przestali bredzić o wysokości decyzyjnej, czyli owych 100 metrach, kiedy załoga podejmuje ostateczną decyzję o lądowaniu, a zajęli się źródłem ceremonii, która miała odbyć się 10 kwietnia. Ja też uważam, że początek tej katastrofy to nie samo lądowanie, ale to wszystko, co działo się od momentu, gdy prezydent chcąc być lepszy od Tuska powiedział, że on też będzie w Katyniu. Przecież nikt nie ukrywał, że to ma być początek jego kampanii prezydenckiej, dlatego pojechała taka delegacja w takim składzie. Z Tuskiem był na przykład tylko dowódca garnizonu warszawskiego (niestety wybrał się drugi raz i zginął), a z prezydentem całe kierownictwo wojska, wszyscy kapelani i szefowie instytucji centralnych.  To jest odpowiedź na pytanie Ryszarda, dlaczego oni wszyscy tam byli. Byli także dlatego, że od prezydenta zależały ich generalskie gwiazdki, przedłużenie wieku służby itp. to kolejny dowód, że jednak coś w konstytucji trzeba zmienić, aby wojskowi dowódcy nie byli sługami dwóch panów. Wiem od kolegów zajmujących się wojskiem, że nie wszyscy mieli ochotę na tę wyprawę, ale uznali, że muszą.

Nie mam więc Czesławie żadnych kłopotów z czarnymi skrzynkami, cokolwiek one zarejestrowały, nigdy nie sądziłam, że tam są jakieś rozkazy wydane załodze. Widzę tę sprawę znacznie szerzej i rozumiem, dlaczego nawet bez rozkazu młoda załoga próbowała desperacko wylądować. Nie ona jest całej tej sprawie winna, a przynajmniej nie tylko ona. Wydaje mi się, że prokuratura będzie miała sporo roboty, by wyjaśnić ten polski aspekt sprawy i to jest temat jeszcze nie opisany.

Mam za to podobny jak Jean Paul problem z medialną karierą pana Waszczykowskiego, który dla mnie jest wzorem złego, nielojalnego urzędnika państwowego. Najwyraźniej jednak w mediach jest na niego zapotrzebowanie, bo wiadomo, że zawsze dołoży PO, rządowi i Sikorskiemu. Czyli, zrobi widowisko. Może kiedyś zatańczy na lodzie?

Sławku święte słowa dla tych wszystkich, którzy wołają, że śledztwo w sprawie Smoleńska trwa zbyt długo, a jakoś nie przeszkadzały im śledztwa ciągnące się latami zwłaszcza, jeśli miały kontekst polityczny. Można policzyć jak długo śledzono fundację Kwaśniewskiej, wykształcenie Kwaśniewskiego, Wąsacza ( akt oskarżenia, który znam to kompromitacja prokuratury) i wiele innych. Ciekawa jest rzeczywiście rola Edmunda Klicha. Państwo piszecie, że to pisowiec. Nie wiem, ale w “Polityce” opisano jego serdeczne przyjacielskie więzi z bratem Marii Kaczyńskiej, może on po prostu całą sprawę bierze zbyt emocjonalnie? Ale w takim razie nie powinien się w nią angażować. W ogóle jego postać jest ciekawa, bowiem ma opinię znakomitego i wybitnie dokładnego fachowca, a tu jakoś się pogubił.

Karwoju8, jeśli chodzi o moją opinię, że państwo zdało egzamin w trakcie powodzi, to nie zmieniam zdania, chociaż wojewoda Kracik mi się nie podoba. Taki to efekt, gdy kandydata na prezydenta miasta robi się wojewodą, aby mieszkańcy Krakowa lepiej go poznali. Ja uważam, że prezydentem Krakowa powinien zostać ponownie Jacek Majchrowski, szkoda, że PO nie ma tyle klasy, aby go poprzeć, ale tam jakieś układy robi poseł Gowin, którego siostrzeniec chyba został wiceszefem małopolskiej Platformy, bo tak się wcześniej ułożył z posłem Rasiem, wiernym sługą kurii krakowskiej. Ma temat wojewody Kracika sporo pisze w swoim komentarzu spokojny, ciekawie.

Mash pyta, co sądzę o wyborach uzupełniających do Senatu. Sądzę źle, zwłaszcza o tym, że partie sobie ustępują miejsca w związku z katastrofą. To nie jest poważne traktowanie demokracji, to taka pozorna demonstracja żałoby. Ta żałoba jest w ogóle tak nieszczera, że już trudno ją znieść. Podobno ma się skończyć 18 czerwca tuż przed wyborami mocnym akcentem, w Krakowie, zapewne pod Wawelem, a może na Wawelu mają być obchodzone urodziny obu braci Kaczyńskich. To w ramach zakończenia kampanii wyborczej tuż przed wyborczą ciszą. To oczywiście pomysł, aby broń Boże nie było wojny polsko -polskiej.  I tak Kraków staje się znów stolicą. Niestety.

Wodniku53, nie rozumiem, dlaczego nie chce Pan iść na wybory? Trzeba iść koniecznie. W końcu, nie przesadzajmy, ale wybór jest i nie musi być wcale między dwoma głównymi konkurentami, chociaż pomysł, aby to wszystko skończyć w pierwszej turze coraz bardziej mi się podoba. Chyba, że prezes PiS odzyska formę i znów zrobi się ciekawie. Tak to już jest, że nie tylko Pierre Doua przeciera oczy ze zdumienia, co też to się z prezesem dzieje i sam wpływ bardzo sympatycznej skądinąd pani Kluzik - Rostkowskiej wszystkiego nie tłumaczy. Każdy z nas w swoim życiu przeżył stratę osób bardzo bliskich i jednak aż takie zmiany chyba jednak nie zachodzą w człowieku. Dla mnie najbardziej zadziwiająca jest ta amnezja i ta chęć zastosowania grubej kreski, na to wszystko co PC, potem PiS robiło w ciągu ostatnich 20 lat. Bardzo ciekawe są pod tym względem wywiady ze sztabowcami, którzy muszą się solidnie nakręcić, aby ową przemianę wytłumaczyć.

Marek Belka na prezesa NBP? A dlaczego nie?

2010/05/16, niedziela

Marszałek Bronisław Komorowski zapowiedział, że powoła Radę Bezpieczeństwa Narodowego i od razu zaczęły się narzekania.

Dlaczego właściwie tak spieszy? Ta sprawa może poczekać na nowego prezydenta. Skoro rady nie było tak dawno, to dlaczego ma być teraz? Jedynie PO poparła marszałka, co żadnym zaskoczeniem nie jest.

Opozycja, jak to opozycja, powiedziała swoje nie, uznała to za chwyt w kampanii wyborczej ? a cóż dzisiaj nie jest kampanią? Nawet koalicjant Waldemar Pawlak marudził, że oczywiście takiego gremium tworzyć teraz nie trzeba. Tymczasem nieoczekiwanie nawet dla PiS, który nie zostawił na Komorowskim suchej nitki, sam prezes Kaczyński zapowiedział, że do rady być może wejdzie. I co? W szeregach PiS znów na czas nie podciągnięto taborów i wszyscy działali w myśl starych instrukcji?

Można dyskutować, czy RBN jest akurat obecnie potrzeba. Szkoda jednak, że ci, którzy dziś są przeciw, tolerowali, a raczej ignorowali chorą przez lata sytuację, kiedy to RBN prezydenta Lecha Kaczyńskiego była cudacznym tworem, który - jak się wydawało - istniał wyłącznie po to, aby prezydencki brat miał dostęp do najważniejszych tajemnic w państwie. Dziś, gdy Bronisław Komorowski wykonuje obowiązki głowy państwa (a nie zastępuje zmarłego Lecha Kaczyńskiego, co upoważniałoby go jedynie do wykonywania jakiegoś testamentu, jak uważają nie tylko pisowcy, ale wcale liczne grono komentatorów i obserwatorów), taka rada jest może bardziej potrzebna, niż kiedyś. Właśnie po to, aby konsultować różne decyzje. Dlaczego rada ma się zająć katastrofą pod Smoleńskiem? - kpiono. Czy w myśl zasady, że jak nie wiesz, co zrobić powołaj komisję?

Dlatego, że wokół tej katastrofy rośnie mit za mitem, pokłady fałszu są już tak wielkie, że pewnie się spod nich nie wygrzebiemy, postulaty powoływania jakichś międzynarodowych komisji mnożą się. Nawet, jeżeli te wszystkie ruchy opowiadające się za jakimś niezależnym gremium (przypominam ? niezależna ma być prokuratura, dajmy jej szansę) są inspirowane politycznie, a niewątpliwie są, to RBN bardzo się przyda i łatwo może nawiedzonym politycznie twórcom teorii mniej lub bardziej spiskowych wyjąć trochę amunicji. Niech członkowie rady przeczytają stenogramy z tych czarnych skrzynek, niech dowiedzą się od prokuratorów więcej niż normalny obywatel czy nawet poseł. Jeżeli będzie to gremium z udziałem opozycji, jego opinię trudniej będzie podważyć.

Wiadomo już dziś, że trzeba jednak wybrać prezesa banku centralnego, przed czym Komorowski niedawno się bronił forsując niepotrzebną akurat w tej chwili nowelizację ustawy dającą większe uprawnienia wiceprezesowi na wypadek śmierci prezesa. Taką nowelizację można zawsze przeprowadzić, ale najważniejszy, zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy chwieje się cała strefa euro, jest wybór prezesa. Tym bardziej, że obecny zarząd banku ignoruje uchwały Rady Polityki Pieniężnej.

Ignorowanie to zresztą dość charakterystyczny sposób działania ludzi związanych z PiS. Kolegium IPN ignoruje na przykład fakt wejścia w życie nowelizacji ustawy o tej instytucji i dalej prowadzi rozpisany przez siebie konkurs na prezesa. Takie życie po życiu. Ciekawe, kto się zgłosi wiedząc, że prezesem nie zostanie? Ale to dla zasad - głosi pani Fedyszak - Radziejowska ? która zajęła fotel przewodniczącej kolegium. Dotychczas zasadą było respektowanie obowiązującego prawa, u ludzi związanych z PiS najwyraźniej jest inaczej.

Prezesa NPB trzeba więc wybrać szybko byle kandydat był dobry, nie partyjny, ale fachowy, mający uznanie w świecie. Taki na przykład Marek Belka byłby kandydatem idealnym, ale on akurat ma dobrą pracę. Jest jednym z najważniejszych urzędników w świecie międzynarodowych finansów. Jednak porozmawiać z nim nie zaszkodziłoby. Być może względy partyjne, opór partii opozycyjnych, czy PSL, które sprawę opóźnia, bo pewnie coś za kulisami targuje, nie pozwoliłby na tak odważny krok. Szkoda. Po determinacji marszałka w tej sprawie też będzie można oceniać jego kandydaturę na prezydenta. Z podpisaniem ustawy o IPN zwlekał zbyt długo i nawet rozumiejąc, że stąpa po polu minowym trzeba było go zachęcać do decyzji. Podpisał ustawę o IPN, przez dwa dni był krzyk i ucichło. Kandydat na prezydenta nie może się bać i wiecznie kalkulować. Na razie Bronisław Komorowski w mojej ocenie błędów nie popełniał (wyjąwszy może nieszczęsne zdanie z Białegostoku, że ?wykład powinien być krótki, a kiełbasa długa?, to coś jak słynne ?zdrowie wasze w gardła nasze? Lecha Wałęsy), ale jeśli będzie zwlekać z ważnymi decyzjami, błędy się bez wątpienia posypią.

Rada miałaby więc o czym debatować. Mogłaby też zbadać i zaopiniować słynne już procedury do przewozu VIP ? ów, projekt w tej sprawie przygotował gen. Koziej kierujący BBN. Może przy okazji dowiedzielibyśmy się, dlaczego wcześniej takich procedur nie było. Czy badanie stanu finansowego szpitali, aby pognębić rząd tak zajęło setkę urzędników tej instytucji, że na nic innego nie mieli już czasu? A może trzeba tak zmienić konstytucję, by generalskie nominacje nie zależałyby od prezydenta, bo w czasie kohabitacji to niesłychanie upolitycznia wojsko, tworzy syndrom ?sługi dwóch panów? i częściowo być może wyjaśnia, dlaczego całe wojskowe kierownictwo straciło życie pod Smoleńskiem. Zajęć dla RBN jest więc sporo, przed wyborami i po nich.

PS. Korespondencja przy okazji następnego blogu. Ponieważ prawie co tydzień piszę o kampanii prezydenckiej w ?Polityce?, nie chcę się powtarzać już na blogu. Dodam tyle, że cieszę się z powrotu posła Palikota, którego może nie za wszystko, ale zawsze ceniłam i jego apel, aby nie płacić abonamentu telewizyjnego bardzo mi się podoba, chociaż sama z przyzwyczajenia płacę. Może jednak trzeba tego apelu wreszcie posłuchać. W końcu PiS jest zamożną partią i może sobie ten pierwszy program utrzymywać z partyjnych pieniędzy. Sytuacja jest już na tyle przejrzysta, że taki krok nie wywołałby mojego zdziwienia.
Ciekawe, że jakoś nie słyszę obecnie głosu twórców, nie ma żadnego zbiorowego protestu. Oczywiście niczego by on nie zmienił, ale przecież takie apele dają świadectwo przejęcia się sprawami publicznymi. Czyżby twórcy, którzy tak bali się skoku PO na media, akceptowali tę fazę skoku w wykonaniu PiS?

Nie solidarni w żałobie

2010/05/2, niedziela

Bardzo byłam ciekawa pierwszego posiedzenia Sejmu po katastrofie smoleńskiej. Wcześniejsze zgromadzenie posłów i senatorów miało charakter uroczysty, żałobny, teraz było już roboczo.

Dekoracje praktycznie się nie zmieniły, nadal przed pokojami poszczególnych klubów księgi kondolencyjne, nadal kwiaty na pustych fotelach, fotografie na pulpitach, ale ton i owszem, zmienił się. Nie był może agresywny, ale jadu już nie brakowało. Oczywiście przede wszystkim w punkcie odnoszącym się do informacji rządu na temat jego działań po katastrofie. Taki punkt nie był zresztą w ogóle potrzebny, gdyż dzień wcześniej odbyła się konferencja premiera, na której wszystko zostało powiedziane i nie było wiele do dodania. Ciekawość na temat przyczyn długo jeszcze nie zostanie zaspokojona i urządzanie debat na temat hipotez zawsze rodzi podejrzenia o intencje wyłącznie polityczne. Mogła to być natomiast jedyna okazja, aby poszczególne partie podziękowały rządowi, samorządom, Rosjanom, za niezwykle sprawnie przeprowadzoną akcję, czy raczej operację logistyczną związaną z identyfikacją i sprowadzeniem ciał, pogrzebami, systemem pomocy dla rodzin, poważnym potraktowaniem śledztw.

Potem będzie już kampania i na podziękowania czasu nie będzie. Trzeba zresztą przyznać, że nieliczni nawet dziękowali, pochwały zebrała na przykład minister zdrowia Ewa Kopacz, ale generalnie pytań było za dużo, powtarzały się te same, na które już po wielekroć udzielano odpowiedzi, co dowodzi, że chodziło głównie o popisy przed kamerami i podokuczanie rządowi. Posłowie popisywali się przy tym indolencją, na przykład nie wiedzieli, że prokuratura jest już niezależna i rządowi nie podlega. Może zresztą wiedzieli, ale zawsze dobrze pokazać, że ma się coś rządowi za złe nawet, gdy nie ma się do czego przyczepić.

Solidnie obrywał za to marszałek Sejmu Bronisław Komorowski (wiadomo, startuje w wyborach) za to, że trumny ze zwłokami parlamentarzystów nie zostały wystawione w Sejmie, ale przewieziono je na Torwar, co było podobno miejscem “niegodnym”. Tego niegodnego miejsca uniknęli tylko urzędnicy prezydenta Kaczyńskiego, których trumny zabrano od razu do Pałacu. Porozumienie w sprawie Torwaru było ponad podziałami, bo zarówno lewica jak PiS uznawali, że ich Koleżanki i Koledzy nie zostali należycie uhonorowani. Otóż rzeczywiście nie zostali, ale chyba nie z winy marszałka Komorowskiego. Tak się złożyło, że byłam na Torwarze i widziałam to miejsce z rzędami trumien. Robiło ono wielkie i przejmujące wrażenie znakomitą oprawą, dyskrecją, w jakiej rodziny i bliscy mogli przebywać przy swoich zmarłych mając po ręką możliwość załatwienia wszystkich formalności. Bez mediów, bez kamer i mikrofonów. Organizacja była po prostu nadzwyczajna. Jeżeli na coś narzekano, czy raczej ze smutkiem stwierdzano, że podzielono ofiary katastrofy na lepsze i gorsze, czyli, że prezydenckich od razu wywieziono do Pałacu. To nie był ładny gest wobec pozostałych.

Na Torwarze można było natychmiast zobaczyć różnicę w tym, jak przedstawiciele różnych środowisk potraktowali swoich zmarłych i to było pouczające. Zaimponowali mi adwokaci, którzy przez 24 godziny na dobę stali na warcie przy trumnach adwokatów. W togach stanęli młodzi i ci bardzo młodzi, starsi i ci najstarsi. To była rzeczywiście solidarność pokoleń i solidarność ze swoimi zmarłymi. Spore grupy zbierały się trzy trumnach BOR - owców, przy trumnie Janusza Kurtyki wartę trzymali pracownicy ochrony IPN,(jakoś nikt nie widział tych, którzy od razu ogłaszali konkurs na prezesa, najwyraźniej byli mocno zajęci) najgorzej było właśnie z parlamentarzystami. Przy trumnach posłów PiS godzinami nie było nikogo, nie było takich naręczy kwiatów, jakie układano w sejmowych ławach. A przecież nikt nie przeszkadzał, aby Koleżanki i Koledzy klubowi stanęli i oddali hołd, rodziny, to za ich zgodą można było wejść na Torwar, z pewnością nie miałyby nic przeciwko temu, nawet byłyby zapewne wdzięczne za takie wsparcie.

Nie śmiem podejrzewać, że pustki na Towarze spowodowane były właśnie brakiem kamer i że demonstrowanie żałoby musi być publiczne, gdyż w przeciwnym wypadku staje się nieważne. I pewnie bym o tym nie pisała, gdyby nie bezrozumna dyskusja, że trumny parlamentarzystów trzeba było wystawić w Sejmie, najlepiej w Sali Kolumnowej. Wzięli w niej udział najwyraźniej ci, którzy na Torwar się po prostu nie pofatygowali, w przeciwnym wypadku nie mówiliby o miejscu “niegodnym”, obrażając tych, przy trumnach których, właśnie na Towarze rodziny mogły opłakać swoich zmarłych.

***

Czytam Państwa korespondencję z wielką ciekawością (dzięki, ze czasem można się nawet uśmiechnąć), sporo się z niej dowiaduję, gdyż jak widzę śledzicie Państwo wiele spraw pilniej ode mnie. Przetoczyła się na przykład wielka dyskusja na temat wypowiedzi pana Edmunda Klicha, który jest naszym przedstawicielem w Rosji przy badaniu przyczyn katastrofy. Jego wypowiedzi po przyjeździe do Polski “rozjechali” Państwo bez litości. Rzeczywiście mnie też one zdumiały, ale zaraz potem usłyszałam sprostowania, że wszystko bardzo chwali, z Rosjanami współpracuje mu się znakomicie, że śledztwo ma być tak prowadzone jak jest. Nie wiem, jaką partię chciał pan Klich rozegrać, może rzeczywiście działa pod presją oczekiwań (kto zresztą nie działa pod presją w tej sprawie), ale na poważnego człowieka nie wyszedł. Wydaje mi się, że jest takim typowym polskim urzędnikiem, który musi od czasu do czasu “zabłysnąć” i uważa, że najlepiej mu to wyjdzie, jak dołoży rządowi, bo taka teraz moda. Cóż sam sobie wystawia świadectwo mając tak zmienne zdanie.

Nie znam się na katastrofach lotniczych, nie wiem, jakie komisje mają co zbadać, nie wiem, czy potrzebni nam są eksperci z NATO, albo jakieś zdjęcia satelitarne. Podzielam pogląd wielu z Państwa, w tym na przykład Parkera, że na szczęście to śledztwo prowadzą również, a może nawet przede wszystkim Rosjanie, a więc sprawa zostanie wyjaśniona, na ile to jest możliwe. Wydaje mi się natomiast bardzo istotna opinia Waldemara, który katastrofę smoleńską uważa za temat roku, a zwłaszcza przygotowania do niej, które trwały od dawna. Rzeczywiście, im dalej od samego wydarzenia, im więcej o tym myślę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że wiele do niej wiodło, choć oczywiście nie musiało się to skończyć tak tragicznie. Jakoś tak się złożyło, że samolot stał się w pewnym momencie znakiem tej prezydentury, incydent gruziński (cóż za delikatne określenie na całkiem sporą awanturę, przy okazji dziękuję Januszowi za pracowicie zebraną dokumentację w tej sprawie), sposób doboru reprezentacji na 70-lecie obchodów katyńskich, w tym wszystkim przebija się właśnie myśl polityczna (czy to dobre określenie?) prezydenta.

Ta prezydentura prawie od początku była naznaczona jakimś dramatem, bo po prostu Lech Kaczyński został obsadzony w roli, która do niego nie pasowała i w której wyraźnie się męczył, wyjąwszy właśnie manifestacje patriotyczne. Myślę, że dopiero teraz uświadamiamy sobie stan wielu polskich spraw, w tym ostrość konfliktu w rządem, prawdziwą pozycję ministra obrony narodowej, którym w BBN pod wodzą panów Szczygły i Waszczykowskiego (Piotr słusznie zwraca uwagę nadzwyczajną aktywność medialną tego ostatniego, najwyraźniej roboty swojej broni na całego, trzeba to zrozumieć, a skłonność do mijania się z prawdą ma od zawsze) po prostu gardzono (podobnie jak ministrem Sikorskim), a kulturalny i spokojny Klich próbował nie popadać w konflikty i szedł na różne ustępstwa. Zastanawiam się na przykład, czy to prezydent powinien nadawać stopnie generalskie, bo skutkiem tego robi się cały system podwójnego klientelizmu w wojsku, który tak dokładnie widać właśnie po katastrofie. Anna oczywiście ma rację, uroczystości 10 kwietnia urządzano z takim rozmachem i taką reprezentacją, aby przykryć, to, co było naprawdę ważne, czyli dzień 7 kwietnia, kiedy to w Katyniu spotkali się premierzy Putin i Tusk

Nie jest dla mnie jednoznaczna kwestia odpowiedzialności ministra obrony narodowej. Rozumiem, że nie chce być jedynym winnym i formalnie zapewne wszystko było w porządku, ale jednak fakt, że zginęło całe wojskowe dowództwo rzutuje na jego pozycję. Mało zwraca się uwagę, że zginęli kapelani wojskowi wszystkich wyznań, co z kolei świadczy o tym, jak układano skład delegacji w Pałacu Prezydenckim - tam miała być po prostu cała Polska. Bardzo ostrożnie się na ten temat mówi (a analiza listy obecności na pokładzie jest niesłychanie wymowna), podobnie jak niewiele mówi się o atmosferze panującej w tym 36. pułku lotnictwa, dopiero teraz już po pogrzebach przypomina się o wielu sprawach, o tym, że ten, który odmówił lotu do Tbilisi w pałacu, wśród urzędników, miał podobno przydomek “Tchórz”.

Tomasz ma rację, gdy pisze, że katastrofa i żałoba pełnią dziś cenzorskie funkcje. Większość z nas hamuje się w snuciu hipotez, choć wydaje się, że ten splot wypadków (macie Państwo rację pisząc o splocie wydarzeń) daje się jednak dość prosto uporządkować. Tak na marginesie Sebastianie, nie kpię sobie z przyczyn katastrofy, kpię z tych teorii spiskowych, które się rozmnożyły i zmierzają w jednym kierunku. Tak jak w poprzedniej kampanii poważną rolę odegrał “dziadek z Wehrmachtu”, tak teraz rolę tę mogą przejąć Rosjanie, którzy rozpuścili mgłę, albo zrobili coś jeszcze gorszego. To już jest ta szeptana propaganda, bardzo mocno obecna i skuteczna.

Nie odnoszę się już do licznych wpisów na temat kolejnych wynurzeń prof. Staniszkis, zresztą już jej nie słucham, myślę jednak, że sprawa pochówku na Wawelu jeszcze wróci, bo chyba będzie musiała wrócić. Nie podoba mi się pomysł, aby prezydenta Kaczorowskiego chować na Wawelu, o czym pisze chyba merlin. Wawel miał być zamknięty po Sikorskim (też nie byłam zwolenniczką tego pochówku) i tak powinno pozostać, ale chyba już powoli się o tej sprawie zapomina. W miejscowej prasie czytałam, że zainteresowanie zwiedzaniem niewielkie, ale sezon wycieczkowy dopiero się zaczyna. I kampania wyborcza też. Stary Polak z PRL ma rację, że długością żałoby mamy szansę na rekord w księdze Guinnessa i ten czas się jeszcze nie kończy, bo cała kampania może być w cieniu żałoby. Rzeczywiście jest ona dobrym sposobem kneblowania przeciwników politycznych. Uważam, że skoro Jarosław Kaczyński wystartował w wyborach to okres jego żałoby już się skończył i jest normalnym uczestnikiem życia politycznego, ale grupa akolitów, zwłaszcza w mediach jest wielka i te zbolałe miny długo nam jeszcze będą towarzyszyć. Dziś prawie każda dziennikarska rozmowa z kimś ze sztabu Kaczyńskiego zaczyna się od troskliwego pytania - w jakiej formie jest Jarosław Kaczyński? Odpowiedź rozpoczyna się od długiego westchnienia i standardowego, no, cóż, w jakiej może być po takiej stracie, ale jest twardym człowiekiem.

Rekordy będzie tu biła oczywiście telewizja publiczna, która na razie unosi się na takich falach patriotyzmu i tak się modli, że aż mdli. 1 maja próbowałam obejrzeć “Wiadomości”, ale załamałam się przy pielgrzymce księży na Jasną Górę. Kandydat Napieralski, aby zostać zauważonym przez “swoją” w części telewizję będzie musiał jakieś sanktuaria odwiedzać. Gratulacje za sojusz medialny!

Bardzo mi się podoba genialne w swej prostocie rada Vanelle dla Alicji, która pyta, jak uwolnić się od pana Kaczyńskiego? Spróbować iść na wybory. I tyle, choć Jacek2 dodaje - i namówić do głosowania następnych. Andrzej52 prorokuje, że kampania będzie brutalna ze strony akolitów PiS. Też tak sądzę, bo tak już jest, wystarczyło popatrzeć na słynnych “Solidarnych 2010″. Nie jestem jednak pewna, czy ludzi to jakoś specjalnie obchodzi, roztrząsanie przyczyn katastrofy tak, ale reszta raczej nie. Dlatego myślę, że właśnie katastrofa będzie ważnym elementem kampanii. I oczywiście patriotyzm, analiza oświadczenia Jarosława Kaczyńskiego, że startuje dokonana przez Leszka jest tu bardzo pomocna.

Grozą wieje

2010/04/24, sobota

W cztery godziny po katastrofie pod Smoleńskiem do domu Aleksandra Szczygły włamano się i zginął laptop. W tym samym czasie włamano się do domu Zbigniewa Wassermanna, a Januszowi Kurtyce przeszukano szuflady. Nie bardzo wiadomo, czy w tym samym czasie, czy w domu czy w pracy, ale to nie ma właściwie większego znaczenia, bowiem Kurtyka w miał tyle zajęć, że w pracy prawie mieszkał. Taka zbieżność tajemniczych zdarzeń nie może być przypadkowa, to już musi być świadoma akcja.

Te informacje nie pochodzą zresztą z kroniki kryminalnej w jakims niepoważnym tabloidzie. Ogłosiła je w swoim komentarzu dla Wirtualnej Polski osoba niezwykle poważna, pani prof. Jadwiga Staniszkis, przezornie zastrzegając, że wie to wszystko z drugiej ręki. Oczywiście nic nie przeszkadzało Pani Profesor zadzwonić na policję i sprawdzić. Ale jak rozumiem policja jest dla niej niewiarygodna i zapewne skłamie. A gdyby nawet Pani Profesor jej uwierzyła, to nie miałaby o czym napisać swojego komentarza, a przecież cel był wyjątkowo szlachetny?

Namówienie Jarosława Kaczyńskiego - im bliżej decyzji tym więcej apeli profesorskich gron związanych z PiS, aby jednak wystartował - i nie byłoby tej wspaniałej pointy, tłumaczącej, dlaczego prezes PiS ma jednak startować. Otóż chodzi o to, aby luzackie rządy Platformy nie przerodziły się w rządy platformerskiej politycznej mafii.

Zastrzeżenie, że rządy są na razie “luzackie” i mafia może dopiero powstać jest już zbytnią asekuracją. Przecież zestawienie tych wszystkich, znanych w wprawdzie z drugiej ręki i nie sprawdzonych, ale dramatycznych zdarzeń wskazuje, że polityczna mafia już działa i to na pełnych obrotach. Analityczny umysł Pani Profesor z pewnością już to dawno przeniknął. Skąd więc nagle taka powściągliwość? Czy stąd, że jeszcze niedawno ostro krytykowała Jarosława Kaczyńskiego i nawet wyliczała, na czymże to się on nie zna?

Kobieta ma jednak prawo być zmienna i Pani Profesor niewątpliwie często zmienia poglądy, ale jednak sporo wie, wprawdzie przeważnie z drugiej ręki, ale jakie ma to znaczenie? Nawet coś z drugiej ręki, okraszone profesorskim tytułem, już brzmi jak z ręki pierwszej, a może nawet jakby sama wszystko widziała i zbadała. Dodatkowo mogła się utwierdzić w przekonaniu, że druga ręka ma rację, jeśli na przykład przeczytała w “Naszym Dzienniku” o tym, że mgłę można wywołać sztucznie i kto wie czy Rosjanie tego nie zrobili. Jeżeli potrafią rozgonić chmurę nad tak wielkim miastem jak Moskwa, to cóż za problem puścić trochę mgły pod Smoleńsk?

Mogła też wysłuchać w telewizji zwanej publiczną, że dwie delegacje pojechały do Katynia, absolutnie nie z winy prezydenta. Mogła też przeczytać wynurzenia prof. Andrzeja Nowaka (też apeluje, aby Jarosław Kaczyński wystartował), który przecież tylko pyta, czy samolot z premierem trzy dni wcześniej miał takie same warunki na lotnisku jak samolot prezydencki? Oczywiście prof. Nowak mógłby bez trudu sam sobie odpowiedzieć - gdyby tylko czytał gazety, lub oglądał telewizję, bo transmisja jednak była - że nie takie same, gdyż 7 kwietnia była bardzo dobra pogoda (dla Putina i Tuska rozgoniono mgły?), a 10 kwietnia warunki były złe. 

Właściwie można uruchomić licytację, kto jeszcze, o co publicznie zapyta? Gdyby pani prof. Staniszkis brakowało kolejnych wiadomości w drugiej ręki, a może z trzeciej, to podpowiem: widziano, jak Tusk w Putinem powodują wybuch wulkanu, aby na pogrzeb prezydenckiej nie przyleciał prezydent Stanów Zjednoczonych, a w ślad za nim kilkadziesiąt innych delegacji. W aureoli profesorskiego tytułu każda bzdura się przyjmie, a ponadto wiadomo: mafia może wszystko. I dlatego Jarosław Kaczyński musi wystartować. Oczywiście wyjaśnienie policji, że nikt włamań nie zgłaszał nie ma znaczenia. Na przykład jeden z pracowników IPN coś wie, ale jest to jeszcze objęte tajemnicą. Ujawni po uzyskaniu tytułu profesorskiego?

 

PS.

Bardzo Państwu dziękuję, za bardzo obfitą korespondencję i komentarze popierające moje stanowisko w sprawie Wawelu i ocenę prezydentury Lecha Kaczyńskiego.  Nie jestem w stanie nawet na część z nich odpowiedzieć. Trzeba przyznać, że kardynał Dziwisz ma wyjątkowo dobrą passę, bo prezesowi IPN odmówiono miejsca przy ks. Skardze w Panteonie Narodowym, który oczywiście jeszcze nie istnieje, ale w planach jest od lat. Na razie są dość zrujnowane krypty w kościele Św. Piotra i Pawła, naprzeciwko pomnika Piotra Skargi (wyjątkowo nieudanego zresztą, podobnie jak większość wznoszonych z inicjatywy kurii pomników). W sprawie Panteonu zawinił jak się okazuje prof. Ziejka (wiadomo, w IPN są na niego papiery, a więc działał z niskich pobudek, mimo, że jakaś tam uniwersytecka komisja dawno go oczyściła z podejrzeń). Zby jakoś to nieporozumienie załagodzić kardynał osobiście odprawił nabożeństwo żałobne. Nasze życie publiczne staje się coraz ciekawsze, obserwujmy je i opisujmy.