Skrót myślowy - Blog Janiny Paradowskiej Skrót myślowy - Blog Janiny Paradowskiej Skrót myślowy - Blog Janiny Paradowskiej

9.04.2014
środa

W sprawie Smoleńska niezbędna rządowa Biała Księga

9 kwietnia 2014, środa,

Wraz z czwartą rocznicą katastrofy smoleńskiej temat jej przyczyn znów stał się gorący – co było do przewidzenia. Nie ma takiej siły, by PiS swoje „zamachowe” insynuacje odpuścił. Przeciwnie, mataczy coraz bardziej.

Im rzeczowych argumentów mniej, a te ostatnio padały jeden za drugim w zderzeniu z faktami, tym mataczenia więcej potrzeba. Do boju ruszył więc nie tylko Antoni Macierewicz, wspierany przez kilka rodzin smoleńskich (przedstawianych nieprawdziwie jako „rodziny smoleńskie”, czyli pewna całość, choć akurat większość z nich od tej walki politycznej chce trzymać się z daleka). Za nim oczywiście ruszył też cały zastęp dziennikarzy, określających się dumnie „niepokornymi”, choć powiedziałabym, że są głównie niepokorni wobec rozumu, a wyjątkowo pokorni wobec politycznego dysponenta lub poglądów, które czarne każą nazywać białymi. To jest stan chorobowy, nieuleczalny, i tak już zostanie. Front jest, to na froncie się walczy, a że fakty mówią co innego, tym gorzej dla faktów.

Fot. Mateusz Baj / Newspix.pl

Jeśli podsumować przygotowania do rocznicy, warto zauważyć, że „niepokornym” chyba po raz pierwszy nie uległa, czy raczej nie poległa w starciu z nimi, prokuratura. Zwykle wojskowi prokuratorzy, zasypywani dziesiątkami szczegółowych pytań, w końcu gubili się i można było zawołać – proszę, znów kręcą, są niewiarygodni. Tym razem byli precyzyjni. Także prokurator generalny powiedział (m.in. w wywiadzie dla „Polityki”) wreszcie to, czego od dawna należało się spodziewać: że śledztwo może zostać umorzone. Tak się najpewniej stanie, jeśli znajdą się odważni do podjęcia decyzji, która oczywiście wywoła gigantyczną awanturę.

Seremet przyznał również, że być może nikomu nie zostaną postawione zarzuty. Tego też badający katastrofy lotnicze spodziewali się od dawna, wszak załoga nie żyje, a jeśli są winy ze strony kontrolerów ze Smoleńska, to i tak są oni poza naszym zasięgiem. Być może więc ten wątek pozostanie jakoś tam otwarty.

W tym podsumowaniu warto także zwrócić uwagę, że i zespół Macierewicza mocno się posypał, bo nawet nie wspominając o kompromitacji prof. Rońdy, to przecież superspecjalista od czytania zdjęć satelitarnych pan Cieszewski został skrytykowany przez tych, którym do Macierewicza blisko. To oni powiedzieli, że profesor pomylił brzozę ze stertą desek. Z rewelacjami prof. Biniendy specjaliści od lotnictwa już dawno się rozprawili, co oczywiście nie zmienia faktu, że prof. Binienda może ruszyć w kolejny objazd po kraju (kampanii wyborczych przed nami moc) i będzie gromadził publiczność słuchającą z wypiekami na twarzach jego rewolucyjnych teorii o skrzydle i brzozie. Taka to już natura tej sprawy.

Nie było trotylu, nie było wybuchu, ale przecież na zdjęciach Macierewicza jest dowód, że był, np. w postaci osmalonej jakoby salonki prezydenckiej pary! Swoją drogą zastanawiam się, jak daleko posuną się zwolennicy teorii zamachowych poza ową salonkę. Już przecież znaleźli się na granicy śmieszności i sądzę, że jednak lider PiS powinien powściągnąć nieco twórczą inwencję swoich „ekspertów”. Nie wiem, w czyim interesie jest ośmieszanie tej wielkiej katastrofy, a w tym kierunku zespół Macierewicza od dawna zmierza. Czy dla wyborczego efektu warto? Czy wyborcze zwycięstwo ma każdą cenę?

Skrzydło, brzoza, wybuch i tym podobne teorie (zespół dr. Laska zbadał ich już sto) będą żyły własnym, pisowskim życiem. I nawet jeśli większość partii Jarosława Kaczyńskiego w te teorie nie wierzy, to przecież przed wyborami i walką o miejsca na listach nikt się nie wychyli. Każdy woli mataczyć, pokrętnie się tłumaczyć i coraz bardziej radykalizować w poglądach. Taki pan Sasin, wiceszef Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na przykład, który w pierwszych dniach po katastrofie współpracował z rządem (tę współpracę chwalili bardzo ministrowie Michałowski i Boni) do dziś przeszedł taką metamorfozę, że może stanąć w pierwszej linii zwolenników zamachu.

Podobno pan Sasin przymierzany jest na kandydata do prezydentury Warszawy, co wiele wyjaśnia, ale przecież nie wszystko. Te teorie będą jednym z elementów spajających elektorat PiS – to też wiadomo. Tym bardziej potrzebna jest odpowiedź rządu. I to niezależnie od działań prokuratury, która przecież Kaczyńskiego czy Macierewicza nie zadowoli. Zadowoliłaby, gdyby postawiła zarzuty prezydentowi Komorowskiemu i premierowi Tuskowi, ale żadną miarą dowieść się nie da, że to oni pilotowali tupolewa.

Zespół dr. Macieja Laska powstał rok temu i pracowicie prostował najbardziej bzdurne teorie, efektem jest nieznaczny spadek liczby wierzących w zamach i zapewne wyjaśnienie wielu wątpliwości tym, którzy skutkiem nieustannego mataczenia i medialnych sensacji zaczynali widzieć czarne tam, gdzie początkowo widzieli białe. Skala i rozmiar katastrofy budzeniu wątpliwości niewątpliwie sprzyjały, ale rzeczowe argumenty jednak do części opinii publicznej trafiają. Teraz pora, aby swoją lekcję odrobił rząd na innym polu.

Ponieważ w tak zwanym wyjaśnianiu przyczyn katastrofy chodzi głównie o upolowanie rządu (słynne, powtarzane z maniackim uporem hasło: „państwo się nie sprawdziło”) pora, aby nie poprzestawać na zespole Macieja Laska i jego ekspertach, ale wydać prawdziwą Białą Księgę o tym, co robiły władze państwowe natychmiast po katastrofie. Także w następnych dniach, tygodniach, miesiącach.

Niedawno rozmawiałam z ministrem Michałem Bonim, który odpowiadał za całą logistykę sprowadzania ciał, pochówki, świadczenia. Boni, który niedawno przejrzał notatki z tamtych wydarzeń z dokładnością co do minuty, mówił mi o decyzjach, jakie zapadały, o rozmowach, jakie się odbywały. Kto na przykład wie, że prawie natychmiast po katastrofie prokurator generalny rozmawiał ze swym rosyjskim odpowiednikiem, zapowiadając, że Polska będzie prowadzić własne śledztwo? Kto powiedział, że nie wolno otwierać trumien? Były otwierane. Kto domagał się dodatkowych polskich sekcji w kraju? Czy były takie rodziny?

Dziś, kiedy władze oskarża się o wszystko, warto dokładnie, bez emocji, tylko w oparciu o fakty, odpowiedzieć na zarzuty. Warto, aby opinia publiczna dowiedziała się, dlaczego podejmowano takie, a nie inne decyzje, jaki to był wysiłek organizacyjny, jaką pomocą otoczono rodziny.

O wielu kwestiach już dawno zapomniano, a szkoda. Rozmawiałam np. z członkami części rodzin. Pytałam, czy mają dziś kłopoty z uzyskaniem odpowiedzi na pytania od prokuratury, czy są informowani o postępach śledztwa. Nie usłyszałam żadnego zarzutu, dostęp do informacji jest pełny, jeśli ktoś chce wiedzy, a nie materii do politycznych gier. A przecież ciągle słyszę, że prokuratura kręci, nie informuje. Warto to wszystko zebrać wreszcie i pokazać opinii publicznej, jak było i jak jest. Także to, jakie zalecenia komisji Millera wprowadzono w życie.

Wiem, że rządowa Biała Księga wszystkich nie przekona, ale przecież nie o to chodzi. Nie powinno być tak, że jedynymi materiałami, jakie pozostaną, są kolejne sensacyjne raporty Macierewicza mieszające ludziom w głowach. Obok raportu komisji Millera i uzasadnienia prokuratury o zakończeniu śledztwa (kiedy ten dokument powstanie, nie wiadomo, ale pewnie za kilkanaście miesięcy, już po kolejnej rocznicy) powinien być rzetelny, poparty dokumentami opis wysiłku państwa, którego instytucjami tak przez lata poniewierano i nadal się poniewiera.

Niech Macierewicz z Kaczyńskim grają swoje gry, ale niech rząd odpowie, co zrobił, bo zrobił niemało, a dał się zepchnąć do narożnika, w którym jest nieustannie biczowany. W tej kwestii nie ma już miejsca na powściągliwość. I nie chodzi o to, by na krzyk odpowiadać krzykiem, ale właśnie chłodnymi argumentami. Tylko tak można walczyć z kłamstwem i ciągłym mataczeniem.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 217

Dodaj komentarz »
  1. Ja jestem też opinia publiczna… ale mam wrażenie, że właśnie mnie, nikt nie zauważa.
    Ja jestem ta część opinii, która ani na jedną sekundę, nawet ułamek sekundy, nie wzięła pod uwagę bzdurnych teorii o zamachu.

    Nie miałam przez te lata ani jednej chwili zwątpienia, ani jednej myśli typu „a może ci nawiedzeni do K. mają rację?”.

    Należę do klasy wymierającej, której wielu publicystów odmawia nawet tego, że kiedykolwiek istniała.
    Nazywało się to „inteligencja pracująca” i nikt nigdy do końca nie zdefiniował, co to jest.
    W związku z tym brakiem definicji, do tej klasy należał ten, kto chciał. 😉
    Dla moich rodziców i dla mnie podstawą roszczeń do tej przynależności była trochę praca „umysłowa” (żadne tam artystyczne zapędy, zwykła praca) ale głównie co innego – KSIĄŻKI.
    Otóż w naszym domu jak był wybór, czy w ramach „kontaktu z kulturą” kupić książkę, czy iść do kina – zawsze wybierało się książkę. Wszak książki są wielokrotnego użytku… 😉
    Nazbierało się tego… przeliczając półki na metry ponad 20 metrów książek. I wszystkie przeczytane, żeby nie było!
    Niektóre wiele, wiele razy. 😉

    Z tego czytania i czytania i czytania tak nam się w głowach porobiło, że nie ma sposobu, aby nam ktokolwiek, cokolwiek wcisnął.
    Jak człowiek poznał tyle innych losów, tyle różnych historii, z morałem i bez morału, jak z tyloma bohaterami literackimi zastanawiał się nad sensem życia, naturą ludzką i innymi zawiłościami, to w końcu musiał, chcąc nie chcąc, ułożyć sobie w głowie jakiś własny ogląd świata, żeby od tego nawału cudzych myśli nie zwariować… :p

    Taki człowiek żadnych głupich teorii nie „kupi”. Nie – bo nie!
    Jak człowiek myśl samodzielnie, to mu się tak jakoś robi, że nie może uwierzyć w nic, czego sam sobie nie przemyśli… :p

    Przydało by się bardzo nam, wszystkim Polkom i Polakom, więcej czytania (książek – nie kolorowej „prasy”) i więcej samodzielnego myślenia.
    Czyli więcej dobrych szkół, więcej dobrej literatury promowanej głośno i wyraźnie, więcej zaangażowania rządu we wspieranie KULTURY, w tym czytania książek…
    Premiera filmowanego z książką a nie na boisku!

    To wystarczy, żeby było mniej głupich teorii, a więcej rozumu w narodzie…

  2. Znów Smoleńsk.
    Muszę przyznać, że żyje Pani tym Smoleńskiem i wszystkim, co wokół niego się dzieje. Rok czekania na możliwość kolejnej wypowiedzi, to spory kawałek czasu i wreszcie ten dzień nastąpił! Może się Pani znów wykazać, wyszumieć, wyładować i ponarzekać, że zaś zajęto się tą katastrofą. A o czym Pani by pisała, gdyby nie 10 kwietnia? Od bloga do bloga 1-2 miesiące o premierze albo prezesie?

  3. Biala Ksiega to dobry pomysl, ale juz widze prezesa Kaczynskiego, ktory na forum sejmowym domagal sie bedzie, aby w zespole autorskim tej ksiegi zasiadal Maciarewicz. W innym przypadku Ksiega nie moze byc przeciez biala, a co najwyzej szara.

    Obawiam sie, ze wielu Polakow, ktorzy ”swoje wiedza”, podejdzie podejrzliwie do tego pomyslu, jak do ”proby wybielenia” rzadu. Moze latwiej byloby napisac czarna ksiege polskich psychoz?

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. „Prokuratura w oparciu o analizę biegłych nie może wykluczyć, że może stwierdzić. Dosłowne traktowanie tego, co zostało na konferencji NPW powiedziane nie ma najmniejszego sensu, ponieważ mieliśmy do czynienia z biurokratycznym bełkotem, który starał się nakryć tak skandaliczne zaniedbania w ?śledztwie?, że graniczące z sabotażem. Pojawiły się w nowomowie wojskowych prokuratorów nowe kompromitacje, jak powyrównywanie samolotu z autobusem, co i tak należy uznać za postęp, bo jak pamiętamy wcześniej samochód w zdarzeniu z przydrożną topolą robił za analogię. Niczego więcej z taniego spektaklu w sferze dosłowności wydobyć się nie da, ale mnie bardzo zaintrygowało to, co zostało powiedziane między wierszami. Patrząc i słuchając prokuratorów trudno oprzeć się wrażeniu, że im chodzi o wszystko tylko nie o prawdę materialną. Na twarzach mają wypisane jedno; ?Jezus Maria, żebyśmy tylko za to wszystko w przyszłości nie beknęli?. Szeląg w kłamaniu ma sporą wprawę, najprawdopodobniej urodził się z tym talentem, ale pozostali zwłaszcza ten po prawicy Szeląga momentami wyglądał na przerażonego.”

  6. Widzę że LATACIE??..
    To do interpretacji dodajcie słowo ?siadaj??..
    Odcyfrowane przez fachowców od Sehna.
    Co miało oznaczać, wypowiedziane w momencie wejścia do kokpitu generałów?
    Czy ONI mieli siąść, choć miejsc siedzących nie było- były zajęte przez załogę.
    Czy pilot miał SIĄŚĆ- w znaczeniu lądować?
    Była to propozycja, sugestia, czy ROZKAZ?
    A ciąg dalszy nastąpił??..
    K???a!!!!!!!!
    ==============

    Się powtórzę- z poprzedniego wątku, bo na czasie……

  7. Biała księga, Czarna księga, Święta księga, Ojciec święty, Pismo święte, Smoleńsk, Smoleńsk, Smoleńsk i wszystko to do dupy.

  8. Po głębokim namyśle „doszłem” do wniosku, że muszę poprzeć Macierewicza, bo on ma rację z tymi wybuchami i zamachem. Szczególnie paskudna musiała być ta bomba paliwowa. Nie było jej w Mirosławcu, ale podejrzewam jej działanie w katastrofie innego radzieckiego samolotu w Lesie Kabackim.
    Dochodzę do wniosku, że to też był zamach bombowy, organizowany przez ówczesnego „Putina” (zapomniałem kto wtedy prowadził ZSRR do komunizmu). Przyczyna była ważna – kulturowo-polityczna. Wracała tym samolotem m. in. Anna Jantar, groźna konkurentka Ałly Pugaczowej, ulubienicy władców Kremla. Trzeba było coś zrobić, aby usunąć konkurencję, to i zrobiono. Terrorysta popsuł ruski bombowiec i chciał doprowadzić do wewnętrznego wybuchu bomby paliwowej. Jednakże sprytny pilot, szanujący procedury, wypuścił nadmiar paliwa i zewnętrzny wybuch bomby paliwowej był słaby, bo samolot uciekał przed paliwem. Zniżył lot, schował się w lesie, przy okazji pociął jak zapałki drzewka (jak to ruski bombowiec!) i wylądował łagodnie w całości bez obrotu na plecy. Wtedy terrorysta odpalił drugą bombę i samolot rozleciał się na tysiące kawałków, które jeszcze dziś podobno można znaleźć w lesie.
    Szkoda, że Macierewicz był wtedy zajęty obalaniem komuny, bo wyjaśniłby przyczyny katastrofy i policzył wszystkie kawałki, obwąchałby je, szukając zapachu materiałów wybuchowych i rodziny ofiar byłyby bogate dzięki odszkodowaniom, bo polegli przecież w walce kulturowej z odwiecznym wrogiem, który umie tylko śpiewać „bradjaga” czy „Wołga, Wołga, jakaś tam mać…”!

  9. To media żyją Smoleńskiem i media żyją ze Smoleńska.
    Ka-Ma , czyli duet akrobatyczno-smoleński / Kaczyński-Macierewicz/ używają media jako wiatru w ich pióra.
    Normalni ludzie wiedzą , że to totalna bzdura, bo gdyby był nawet cień uzasadnionego podejrzenia, to słuzby specjalne już by to wykorzystały
    do oficjalnej propagandy.
    Nikt normalny w to nie wierzy, ale kapłani duetu akrobatyczno-smoleńskiego mają to w akrobatycznym poważaniu.
    Oni nie znają się na niczym, ani na ekonomii , ani na zarządzaniu, oni znają się na robieniu z gęby cholewy.
    Temat smoleński to jest medialne grilowie tragedii osobistej osób których rodziny zginęły w waypadku spowodowanym chciejstwem lądowania w gęstej mgle.

  10. Wiesiek!
    Sprawa ?siadaj? została wyczerpująco przedyskutowana http://paradowska.blog.polityka.pl/2014/03/14/bac-sie-czy-nie-bac-2/#comment-162388
    Ja podtrzymuję to, co napisałem – w tym konkretnym momencie słowa ”siadajcie” i po nim ”siadaj” były raczej przesłuchem z pomieszczenia obok gdzie pojawiło się kilka generałów a nie żadnym rozkazem do załogi. Nie ma też żadnego potwierdzenia ze strony załogi.
    Jako ciekawostkę mogę dodać jeszcze, że chwilę po słowach ”siadajcie” piloci postanowią podejść do lądowania prędkością jaką — nie można wylądować (ale za to można bezpiecznie latać i manewrować w pionie nawet w bezpośredniej bliskości ziemi)

  11. Tyle zamętu wokół katastrofy, od początku wierzyłam w to, że była katastrofa i tak jest do dziś. Jednak muszę powiedzieć, że gdyby wyszły jakimś cudem dowody zaprzeczające tej tezie, to nie byłabym zaskoczona, a to już nie jest normalne.

  12. Rety!!!
    Znowu Smoleńsk.
    Mnie temat już wyszedł jednym i drugim bokiem, a także czubkiem głowy.
    Bardzo mi się podoba pierwszy wpis : @Anna – 9 kwietnia o godz. 19:59
    Kiedy się wydarzyło to co się wydarzyło, głośno powiedziałam sobie, że to się po prostu musiało zdarzyć. Bo bałagan, królujący na dworze cesarza był wszechobecny a lekceważenie wszelkich obowiązków tak powszechne, że katastrofa była nieunikniona. I tylko jej rozmiar przerósł moje wyobrażenie.
    Nie potrzebowałam do tego fachowej wiedzy z zakresu pilotażu, aerodynamiki, jak też szczegółowych instrukcji, obowiązujących (abo i nie!)
    organizatorów takich przedsięwzięć, jak przelot prezydenta kraju na uroczystości rozpoczęcia kampanii wyborczej.
    Przez kolejne lata przeczytałam setki przeróżnych wpisów różnych fachowców i znajców, a jeden mądrzejszy od drugiego, wysłuchałam niezliczonej ilości różnych komentatorów….
    I moje zdanie pozostało takie, jakie wygłosiłam sama do siebie w dniu katastrofy.
    Kolejnych sensacji już nie wytrzymuję.
    Mam dosyć i poczekam na jakiś inny felieton.

  13. Danka
    9 kwietnia o godz. 21:08 pisze: „Oni nie znają się na niczym, ani na ekonomii , ani na zarządzaniu, oni znają się na robieniu z gęby cholewy.”

    A o kim to, o kim?

  14. Jestem pewna, ze znakomitym uzupelnieniem do Bialej Ksiegi, bylaby rzetelnie opracowana biografia rodziny Kaczynskich.

  15. Anna
    Też się do tej „umarłej klasy” poczuwam i chyba dlatego również nie miałam ani przez chwilę wątpliwości smoleńskich, nie mówiąc o dawaniu wiary ewidentnym bredniom.
    W końcu też wyrosłam na etosie romantycznym, ale i na pracy u podstaw, szanującej zdrowy rozsądek i chłodną głowę.
    Jakoś to się wszystko kupy trzymało nawet za komuny, aż się rozchwiało, zaburzyło, bo zaczęła dręczyć wielu rodaków straszliwa niepewność, jak to się mogło stać i że to podejrzane wybić się na niepodległość bez rozlewu krwi. Dopadły nas demony przeszłości?
    Oj, uwierał strasznie ten Okrągły Stół, no bo jak kompromis, to rzecz jasna zgniły, a jak zgniły, to jakiś zatruty, niemoralny itd.
    No i objawił się nowy mit męczeński, smoleński, bo bez martyrologii ani rusz, a zwykła katastrofa lotnicza nie pasuje do mitu. Nowy wieszcz IV RP – J. M. Rymkiewicz mit ten wzniośle opisał i jest jego strażnikiem, depozytariuszem PRAWDY (razem z szalonym Antonim M., ekspertem od wybuchów).
    A jeszcze, na nasze nieszczęście, wziął nas za twarz największy beneficjent transformacji – kościół katolicki, nasz czarny (po „czerwonym”) okupant. Boy-Żeleński w grobie się przewraca.
    Brr… Okropne to wszystko. Do głowy by mi nie przyszło, dokąd zajdziemy w drugiej dekadzie XXI wieku.

  16. ”efektem jest nieznaczny spadek liczby wierzących w zamach”
    Z 17% w ciągu roku spadło do 25% (Millward Brown SA 8 kwietnia 2014)
    Rzeczywiście spadek gwałtowny. Należy się medal dr. Laskowi.

  17. Pani Redaktor Paradowska, przypomnę Pani, że powiedziała Pani w czasie audycji w TOK, że śledztwo w sprawie smoleńskiej prowadzone jest „wzorowo”. Proponuje przeczytać książkę „Czerwona Strona Księżyca” jest w Internecie.

  18. Wiesiek59

    Zanim zaczniesz pisać cokolwiek poczytaj. Nie mówię dużo ? cokolwiek. Nie bierz przykładu z pani Paradowskiej, która nic nie czyta, wiec niewiele rozumie. Trudno od niej wymagać refleksji dlaczego samolot rozpadł się na 60 tys. części i jaka energia mogła to spowodować jeśli nie było wybuchu paliwa? A nie było. Panią Paradowską należałoby traktować jak dziecko i to specjalnej troski.

    Mikrofony w kabinie pilotów zbierały głosy z 5 metrów (KBWLP przeprowadziła doświadczenie podczas testowego lotu Tu-154M-102), stąd wniosek, że dźwięki dochodziły z salonki. Inny dowód: głos stewardesy, która zgodnie z procedurą WESZŁA do kabiny zameldować kapitanowi, że „pokład jest gotowy” nagrał się bardzo dobrze. Że słowo „siadajcie” miało oznaczać „lądujcie” to prymitywna propaganda w stylu dawnego „Życia Warszawy” lub „Kuriera Polskiego” (oraz współczesnej Gazety Wyborczej).

  19. pytanie do mauro rossi;

    Czy do wypadku lotniczego pod Smolenskiem doszloby, gdyby lot ten byl organizowany przez linie lotnicze LOT, kapitanem samolotu byl doswiadczony pilot scisle przestrzegajacy procedur od zamknietych drzwi do kabiny pilotow poczawszy, do scislego podporzadkowania sie warunkom pogodowym, z wyznaczonymi lotniskami zapasowymi, wysokosci podjecia decyzji etc. etc. ?

  20. J. Paradowska: „Z rewelacjami prof. Biniendy specjaliści od lotnictwa już dawno się rozprawili … „.

    A czy mogłaby Pani jaśniej? Którzy specjaliści od lotnictwa „rozprawili się” z wynikami pracy prof. Biniendy (chodzi o nazwiska) i gdzie tę „rozprawę” opublikowali? Którzy specjaliści od lotnictwa znają się na badaniach materiałowych aluminium i potrafią obliczyć skutki zderzenia skrzydła z brzozą metodą elementów skończonych z wykorzystaniem programu LS Dyna? Znów chodzi mi o nazwiska. Co przytoczeni przez Panią anonimowi specjaliści od lotnictwa opublikowali wcześniej na ten lub podobny temat i jaki mają międzynarodowy indeks cytowań? Czy specjaliści ci obliczyli i zrobili symulację (ale uwaga: DYNAMICZNĄ) zderzenia skrzydła z brzozą, jeśli tak to gdzie jest ona opublikowana i jakie są jej wyniki? Prof. W. Binienda z zespołem zrobił takie obliczenia i są one opublikowane w ?Mathematical and Computational Forestry& Natural-Resource Sciences?. Czy przytoczeni przez Panią specjaliści lotniczy próbowali opublikować polemiczne wobec prof. W. Biniendy wyniki swych badań w „Mathematical and Computational Forestry” (lub innym piśmie o podobnym poziomie), bo przecież jest tylko taka droga, jeśli mamy pozostać na gruncie fizyki i matematyki, a nie szalbierstwa i propagandy?

  21. Mauro Rossi
    9 kwietnia o godz. 23:26
    Oj daleko ci z wiedzą do Gospodyni , daleko. Twój wpis o niej świadczy tylko o tobie. (bardzo źle świadczy)

  22. annaATEISTKA
    „Czy do wypadku lotniczego pod Smoleńskiem doszłoby, gdyby lot ten był organizowany przez linie lotnicze LOT, kapitanem samolotu był doświadczony pilot …”.

    Np. kapitan Wrona z LOT mający mnóstwo wylatanych godzin?
    To właśnie ten bardzo doświadczony pilot, który nie zauważył nie wciśniętego bezpiecznika odpowiedzialnego za uruchomienie wysunięcia podwozie i dlatego zniszczył Boeinga 737 lądując bez podwozia?

    Statystyka pokazują, że zaskakująco często tragiczne w skutkach błędy popełniają piloci doświadczeni, z ogromną liczbą wylatanych godzin, więc siłą rzeczy starsi wiekiem.

    ” … ścisłe przestrzegający procedur od zamkniętych drzwi do kabiny pilotów począwszy, do ścisłego podporzadkowania się warunkom pogodowym, z wyznaczonymi lotniskami zapasowymi, wysokości podjęcia decyzji”.

    Te argumenty to propaganda dla ludzi poczciwych. Nie mają one najmniejszego znaczenia, bo nawet KBWL LP w swym Raporcie, wcale nie twierdzi, że ktoś miał wpływ na decyzje pilotów. Z tego Raportu wynika również, że załoga wcale nie chciała lądować tylko odejść na holding, aby czekać na poprawę pogody, ewentualnie po 30 minutach odlecieć na lotnisko zapasowe. Paliwa mieli odpowiedni zapas.

    Co do LOT, nie wiem, czy nieznani sprawcy przestraszyliby się tych trzech literek wymalowanych na kadłubie samolotu. Przypuszczam, że nie.

    W jednym możesz mieć rację, samolot w barwach LOT z pewnością nie byłby remontowany w Rosji, co bardzo by skomplikowało poczynania nieznanych sprawców.

  23. Indorze, nie trolluj.

    Załoga nie kwitowała komunikacji z kontrolerami, dlaczego maiłaby odpowiedzieć na siadajcie? Dlaczego w sąsiednim pomieszczeniu a nie na swoich miejscach mieliby znaleźć się generałowie? Prędkość poziomą mieli dokładnie jak do lądowania plus minus 20 km/h (autopilot), natomiast pionową typową dla niekontrolowanego zderzenia z terenem.

    Tyle że to są nieistotne sprawy. Pytania kluczowe brzmią:

    (a) dlaczego piloci lotu VIP w ogóle wystartowali, wiedząc, że nie mają ważnych uprawnień, bez prognozy pogody i bez uzgodnionych lotnisk zapasowych?
    (b) dlaczego piloci lotu SUPER VIP, z elitą państwa na pokładzie, zaryzykowali próbę lądowania (a co najmniej zawiesili procedury bezpieczeństwa) we mgle na kartoflisku???
    Mając takich pasażerów, bez widoczności ziemi, za bezpieczną wysokość powinni uznać nie 100, ale 200 metrów! Wtedy na 2. krąg odeszli by na przepisowych 100 metrach nad płytą lotniska.

  24. maciek. g

    „Twój wpis o niej świadczy tylko o tobie. (bardzo źle świadczy)”.

    A mógłbyś nieco mniej ezopowym językiem?
    Jakiś argument, jakikolwiek konkret?

  25. ?SMOLENSKI JIHAD JAROSLAWA KACZYNSKIEGO?
    http://www.tokfm.pl/blogi/loza-szydercy

    ‚(…)
    Zamiast Zespolu dr M.Laska czola ekipie Kaczynski-Macierewicz-Sakiewicz moglby ewentualnie stawiac Zespol w skladzie prof. J.Czapinski (psycholog spoleczny) + prof. A.Smolar (politolog) + prof. R.Markowski (socjolog) z ekpertami specjalizujacymi sie w objasnianiu przyczyn powstawania patologii spolecznych i politycznych, itd. Bowiem pytaniem, na ktore musza odpowiedziec sobie Polacy nie jest pytanie o przyczyny katastrofy smolenskiej – te w sposob wieloaspektowy i jednoznaczny pokazuje raport Komisji Millera, ktorego konkluzji nikt do dzis nie potrafil nijak podwazyc – a pytanie o to z jakich powodow cala polska klasa polityczna, cala polska IV Wladza oraz juz polowa spoleczenstwa akceptuje ten surrealistyczny Wielki Cyrk Smolenski – bedacy polska wersja Monty Pythona – ktory rozbil swoje namioty w gmachu Sejmu RP. Ulegajac widocznej golym okiem prymitywnej manipulacji politycznej kilku politykow PiS i kilku dziennikarzy IV RP, ktorzy goniac za wladza i mamona urzadzili trwajaca juz 3 lata orgie smolenskich nekrofili’.

  26. @Maurto Rossi

    Problem w tym, ze sprawczyni katastrofy w Smolensku jest znana od 4 lat: to POLSKA BYLEJAKOSC (glownie Kancelarii Prezydenta L.Kaczynskiego oraz dowodcy lotnictwa III RP gen. A.Blasika, odpowiedzialnego za skandaliczny brak profesjonalizmu pilotow 36 Pulku.

    A.Blasik swoim zachowaniem na Okeciu przed odlotem do Smolenska [meldujacy L.Kaczynskiemu ‚gotowosc samolotu i zalogi] nie dosc ze sklamal, gdyz warunki pogodowe wedle instrukcji HEAD wykluczly lot, to na dodatek uczynil pilota Tu-154 kpt.A. Protasiuka wykonawca polecen przelozonych, czyli L.Kaczynskiego i Blasika. Ktorzy nie podjeli decyzji o odlocie na zapasowe lotnisko.

    Wiec – namawiany przez por. A.Wojsztyla, pilota Jsk-40 – kpt. A Protasiuk zachowal sie w sposob najbardziej nieprofesjionalny z mozliwych: ladowal nie majac na to zadnych szans ( w tych warunksch pogodowych, na tym lotnisku, z takim jak jego doswiadczenie).

    A my od 4 lat uczestniczac w bylejakich polemikach udajemyy, ze polska bylejakosc nie istnieje .

    Do niezobaczenia za rok.

    ===
    (…)W jednym możesz mieć rację, samolot w barwach LOT z pewnością nie byłby remontowany w Rosji, co bardzo by skomplikowało poczynania nieznanych sprawców.

  27. @Mauro Rossi

    Np. kapitan Wrona z LOT mający mnóstwo wylatanych godzin?
    To właśnie ten bardzo doświadczony pilot, który nie zauważył nie wciśniętego bezpiecznika odpowiedzialnego za uruchomienie wysunięcia podwozie i dlatego zniszczył Boeinga 737 lądując bez podwozia?

    To nie była wina kpt Wrony .
    Proszę zapoznać się z ustaleniami komisji badającej ten wypadek.
    Mauro Rossi powtarza zasłyszane bzdury.

  28. Widze ze na blog Pano redaktor wydelegowano postac, jedna z tych nieszczesnych 10% zakutych glow do ktorych nic dociera i ktorzy wiernie beda kopac ten row nienawisci w ramach sluzenia doktrynie Putina, zapewne az do smierci.

  29. Odgrzewane kotlety nie smakują, powtarzane po wielokroć kłamstwa tym bardziej. Ale do Kaczyńskiego i Macierewicza ta oczywista prawda nie przemawia. Tym gorzej dla nich.

  30. NELA
    z 9 kwietnia po 23:00
    Podzielam Twoja opinie o milczeniu w sprawie TU -154 M z 10.04.2010 . Zabieranie głosu w tej sprawie kiedy przyczyny były i pozostaly tak oczywiste jest strata Naszego czasu .
    Czekajmy na nowy temat .
    Serdecznie Pozdrawiam

  31. No wreszcie jesesmy w domu. Jeszcze pare lat temu wszyscy tutaj obecni glosili ze Putin to jest uczciwy przywodca, gdziez by sie on odwazyl na rozpizdzenie samolotu z prezydentem Kaczynskim, tym bardziej ze to bylo zbiorowe morderstwo. Tymczasem ten facet pokazuje lemingom ze jak nie przyjmuja klamstw tym gorzej dla tych klamstw. Oczywiscie ze na Krym nie poslal Putin wojska, bo tam byli samodzielnie kierujacy akcja woluntariusze ktorzy kupili sobie mundury bez dystynkcji w sklepach, kalachy ukradli od rozzbrajanych ukrainskich
    zolnierzy, tylko nie wiem dlaczego te bron odbierali golymi rekoma? Moze jakis hokus pokus ktorego nauczyl ich Putin? Przeciesz on mistrz walki wrecz bez broni.
    I tak mozna pisac i pisac. Ale po co? Leming zawsze bedzie wiedzial swoje.
    Leming na przyklad nie uwierzy w to ze Putin mial odwage zrobic czyn haniebny, bo by za to zostal potepiony przez miedzynarodowa spolecznosc. No i mamy.
    Pokazal ze miedzynarodowa spolecznosc ma gleboko gdy zrobil aneksje Krymu.
    I co teraz? Lyso wam prawda? Nie wiem jak to zrobil Putin i mnie to nie interesuje, tak samo nie interesuje mnie jak zajal Krym. Faktem jest ze to zrobil.
    A ze pani Paradowska uwaza inaczej, widocznie sama sie zaliczyla do lemingow.
    Ale Putin wkrotce was dalej bedzie zaskakiwal, az wreszcie zrozumiecie ze to byla jego robota. Nie pomoga „analizy” Artymowicza, czy przydlugie dywagacje Czeslawa. Prawda jak oliwa zawsze na wierzch wyplywa.

  32. Ależ ten Marcin instynktu samozachowawczego pozbawiony 😯
    Odważnie wali prawdę po oczach nie bacząc, że niedługo Putin wkroczy, w kibitkę go wsadzi i na Sybir wyśle 😎
    Bo ten Putin tak od rzemyczka do koniczka. Smoleńsk i Krym to tylko małe wprawki… 🙄 Ale trafi na Wernyhorę i Winkelrieda w jednym czyli Marcina, który nie bacząc na osobiste niebezpieczeństwo własną piersią prawdzie drogę toruje 😎

  33. Waldemar
    10 kwietnia o godz. 7:51
    Czekając na nowy temat, podzielę się z tobą swoimi aktualnymi kłopotami, bo to jest blog dygresyjny i można od tematu odskoczyć, czy też go obejść … i całe szczęście.
    Otóż zakupiłam za pośrednictwem Allegro pewien oprogramowanie do mojego nowego komputera Windows bodajże 7.
    Oczywiście zrobił to za mnie mój bratanek, który mi komputer fachowo obsługuje. Wczoraj odebrałam przesyłkę, młody wpadł wieczorem, aby zainstalować i okazało się, że płyta była jakaś taka??? coś na niej wymazano skutecznie, zaś naklejka licencyjna okazała się drukowana!
    Telefon do Microsoftu ujawnił, że ten program jest już uruchomiony na innym komputerze. Zapakowałam więc płytę do nowej koperty i dziś wysyłam do nadawcy, którego wczoraj już uprzedziłam, prosząc o zwrot pieniędzy; zawiadomiłam także portal Allegro i czekam na reakcję.
    Nalepkę sobie zostawiłam… jak jedną wydrukowali, to sobie kolejną dodrukują a ja mam pamiątkę…

    I nic mnie nie obchodzi fakt, że prezes wraz z wierną drużyną właśnie mokną i marzną pod pałacem prezydenckim.
    Skoro tak lubią…
    A poza tym mamy w Polsce wolność!

  34. „Biała księga” powinna powstać. Dla porządku. Natomiast tej działanie będzie znikome i nie należy się łudzić. Jak „księga” działa wiadomo po świętych księgach. Mało kto je czyta jeszcze mniej cokolwiek rozumie. Ponadto „księga” jest wyrobem biernym. Leży i kurzy się. Natomiast z głów się dymi, co jest działaniem aktywnym.
    Biała księga, owszem, będzie rejestrem tego, że „polskie państwo nie zbankrutowało”, jak chcieli, chcą i chcieć będą smoleńscy oszuści, ale wzmocni także obraz zaniechać, które polskie państwo, jego funkcjonariusze popełnili siedząc cicho, kunktatorsko milcząc, bojąc się o swoją pozycję mimo racji. Polskie państwo nie tworzyło i nie tworzy klimatu wsparcia dla ludzi chcących mówić rozsądnie, zgodnie z faktami. Polscy naukowcy siedzieli cicho, głośni byli „naukowcy smoleńscy” . Prof Kleiber, późno i niezdarnie – choć należy oddać mu honor za chęci – chciał odpolitycznionej debaty, która w tych warunkach nie miała sensu i nie mogła się powieść.
    Największy błąd zaniechania był w tym, że zaraz po sformułowaniu finalnego raportu państwowej komisji polskie państwo nie wzięło się do aktywnego, wyraźnego, cierpliwego, kontaktowego tłumaczenia, wyjaśniania, publikowania, uprzedzania pytań własnymi wypowiedziami, objaśnianiem procedur prac ekspertów, badań, tłumaczeniem dlaczego takie a nie inne prace są teraz wykonywane, na czym polegają etc, słowem – polskie państwo nie wykonało wielkiej, o cechach oddziaływania cywilizacyjnego, pracy edukacyjnej. Wielu Polaków pojęłoby przy tym, że jak się chce żyć bezpiecznie, należy wcześniej zastanowić się nad tym co się robi. Byłoby mniej wypadków komunikacyjnych i mniej wypadków w domu od porażenia prądem. Bo istota sprawy jest w tym, że bałagan, lekceważenie obowiązków i rozumu, oszustwa w pracy, mszczą się w końcu tragicznie. W skutkach wyższy byłby poziom odpowiedzialności wzajemnej i rzetelności a zmalałby poziom wiary w cuda, mniejsza byłaby podatność na zakażanie smoleńską chorobą nienawiści.
    Najwięcej dobrej pracy w newralgicznym czasie wykonali ludzie ściśle prywatni: inż Setlak i prof. Artymowicz. Nie polskie państwo i nie jego organy ani formalne gremia, (np PAN). Jeśli „Biała księga” miałaby być rzetelna, ta fatalna słabość i ten wielki brak także powinny zostać w niej opisane.
    Nie „księga” sama z siebie będzie na przyszłość najważniejsza. Najważniejsze będzie ścisłe przełożenie wypadku na wnioski zapobiegawcze i ich wpuszczenie do krwiobiegu każdego i całego państwa. Należy je także wprowadzić do szkół. Edukacja kształtuje ludzi rozsądniejszych, mniej skłonnych ku fantazmatom latania na drzwiach od stodoły, a bardziej do latania – i życia – w sposób bezpieczny i egzekwujących bezpieczeństwo od innych. Tym Polska sama siebie uzdrowiłaby bardziej niż czymkolwiek innym.

  35. @ NELA, 10 kwietnia o godz. 9:18
    A kto kupuje na Allegro oprogramowanie do komputera? Toć takie przypadki, jak twój to tam prawie norma. W dobrym sklepie, oryginalny i sprawdzony własnymi oczkami pod względem nalepek towar się kupuje. właśnie dlatego, że mamy w Polsce wolność.

  36. Z Paniami Annami zgadzam się w 100%. Poza tym, czytać, a wiedzieć co czytam i to rozumieć – to nie to samo. Na wypowiedzi Gospodyni zawsze czekam. Ale o czym ona ma pisać ? Dookoła najczęściej słychać bełkot.

  37. ”Taki człowiek żadnych głupich teorii nie ?kupi?. Nie ? bo nie!”

    ”Czyli więcej dobrych szkół,…”
    Anno.
    Ale na moje pytanie uzupełniające nikt nie zechciał udzielić odpowiedzi.
    Powtórzę więc:
    Czy na lotnisku Heatrow we mgle ten sam samolot tą samą załogą i tym samym kompletem pasażerów rozbiłby się czy nie? Możemy nawet zakładać, że Królowa Wielkich Brytów przystępuje z nogi na nogę oczekując na przybycie Prezydenta.(I proszę nie odpisać że tam nie ma ”jaru” przed pasem startowym, bo nie o to chodzi)

  38. Anumlik!
    Ja kupiłem na Allegro oprogramowanie ”Microsoft Flight Simulator 2004 (A Century of Flight)” za 40 złotych (z tego co pamiętam). Pobrałem sobie nakładkę pt. ”Project Tupolev” z 2006 roku. Dosyć kłopotliwy, bo do samego uruchomienia samolotu (silniki itd.) potrzebne jest ponad 5 minut, milion przełączników
    Tu widać mniej więcej
    http://www.youtube.com/watch?v=gxTdLD75-Cc
    I pytanie: gdy w 2000 roku samolot rejsowy Tu-154 Malev (Filght 262) dokonał twarde lądowanie w Atenach, powstał ruch narodowy by na symulatorach dokonać to samo co załoga (jak można w doskonałych warunkach uszkodzić sprawny samolot)
    Jak jest możliwe, że N I K T w Polsce (z tego co mi wiadomo – poza mną ) nawet nie próbował na symulatorze dojść co takiego mogło stać się w Smoleńsku?
    (Ja dokonałem ponad 200 przelotów i kilka tysięcy podejść w pełnej automatyce zanim zrozumiałem w czym rzecz)

  39. „Jedyną osobą która opracowała strategię , wydała polecenia, prowadziła działania politycznej osłony, wytypowała ludzi oraz nadzorowała Kancelarię i Prezydenta, kontrolowała na bieżąco postępy prac , miała wpływ do końca na decyzje podległych polityków , służb i Prezydenta jest osoba Prezesa. Dziwne że Prokuratura ma takie trudności na zbadanie tych elementów działalności i skierowanie do sądu oskarżenia o sprawstwo kierownicze.!!!!”

  40. anumlik – 10 kwietnia o godz. 9:52
    Jak wiadomo powszechnie, kobietę trudno przekonać, o wiele łatwiej namówić. No to się dałam namówić i wyszło to, co wyszło.
    Młody sprawdzał opinie o firmie, co oferują i ilu klientów dało im opinie zarówno pozytywne, jak też odwrotnie. No i wszystko wyglądało pięknie.
    Już mu powiedziałam, że oprogramowanie ma mi kupić najzwyczajniej w świecie w sklepie, bo te parę złotych różnicy w cenie, to ja już zapłaciłam w postaci kosztów przesyłki w tę i z powrotem.
    Sprawę potraktował honorowo a jak się zakończy ta potyczka?
    Zobaczymy…

    A klechdy smoleńskie odłożyłam na najniższą półkę.

  41. MS Flight Simulator 2004 obecnie kosztuje 25 złotych (plus przesyłka)
    http://allegro.pl/microsoft-flight-simulator-2004-na-pc-lodz-central-i4131337697.html
    nakładka jest za darmo. Tylko chętnych brak. Każdy albo ”wie” albo ma dosyć.
    No to macie swojego Macierewicza.

  42. Nela.
    Klechdy smoleńskie już dawno odłożyłem na półkę. No, może nie całkiem, bo od czasu do czasu inspirują mnie do napisania jakiegoś prześmiewczego wierszyka.

  43. anumlik!
    Wierszyk, to co innego. Ma swoje prawa i już!
    Twoim wierszykom nadałam prywatnie miano „anumliki”.

  44. Allegro zadało pytanie sprzedającemu…
    Akcja nabiera tempa.

  45. Autorka nie zauważyła, ze prok. Seremet bredzi coś o zamachu psychologicznym i wbrew ustalonym faktom, o odpowiedzialności tych przebrzydłych ruskich kontrolerów.
    Podlizuje się – na wszelki wypadek – Kaczyńskiemu i leje wodę na młyn Macierewicza, który niebawem ogłosi zamach psychologiczny. A jednak zamach!
    To dochodzenie nigdy się nie skończy, bo żaden Polak nie uzna innych Polaków za winnych tego co się stało.

  46. Ciekawe jak długo o tym będą mówić. Takie katastrofy się zdarzały, zdarzają i będą zdarzać. Czemu o innych nie mówią

  47. Chyba od 3,5 roku tu i ówdzie piszę, że „religia smoleńska” jest nieśmiertelna, bo być musi. Jej kapłani nie mają innego wyjścia,niż w to brnąć ad mortem usquem. Prezes Kaczyński znakomicie wie, że dla sporej części Polaków jest śmieszny, niewiarygodny, wręcz żałosny. ALE PRZECIEŻ O TO CHODZI!!! Prezes wie,że nie potrafi rządzić Państwem. Gdy sobie z tego ostatecznie zdał sprawę-zrezygnował w 2007 roku. Żyć jednak trzeba. Fizycznie i społecznie. Być na świeczniku. Jednak nie można ryzykować powtórnej wpadki z rządzeniem, gdyby się wygrało wybory. Nie te umiejętności, nie te kadry… Jak więc zjeść ciastko i go mieć? Proste i oczywiste. Być wiecznie Pierwszym, Licencjonowanym Opozycjonistą Rzeczpospolitej. Mieszać w tej narodowej kadzi. Judzić i jątrzyć. Wystarczy to w zupełności, by pozostawać w Sejmie, ale nie ponosić żadnej odpowiedzialności. Wystarczająca liczba wyborców jest przeciwko, wystarczająca za.Pieniądze na utrzymanie są? Są! Popularność i zwolennicy są? Są! Można się tak bawić z Polską i Polakami aż do demencji starczej. Skłonny jestem sądzić, że od początku o to chodzi.
    P.s. Biała księga niczego raczej nie zmieni, choć należy pracę wykonać po prostu przyzwoicie, by takich katastrof unikać w przyszłości. Na koniec „dowcipas” mojego autorstwa: gdyby Pan Bóg ogłosił, że nie było żadnego zamachu Kaczyński, Macierewicz, Hofman, Błaszczak et consortes przejdą z dnia na dzień choćby na islam.
    Załączam ukłony i wyrazy uszanowania, Pani Redaktor.

  48. Tylko czekam, kiedy kolejny *autorytet*, albo *powaga naukowa* powoła się na jakieś fundamentalne dzieło z zakresu psychotroniki.
    Nie ma wszak rzeczy niemożliwych.

  49. Antoni Macierewicz już prawie cztery lata „walczy o prawdę”. Kiedy mu się to znudzi?

    – Pytała mnie pani, do kogo mam pretensje. Pamiętam, że po katastrofie ekipa z ambasady, bardzo „szczupła” zresztą – bo mimo zaangażowania wszystkich środków, jakie mogliśmy włączyć, wciąż było nas zbyt mało – pracowała zaraz po zamachu, tworząc między innymi centrum kryzysowe w administracji smoleńskiej. Korygowaliśmy listy, było rozpoznawanie ciał przez osoby z pionu konsularnego ambasady. Była nas garstka, brakowało rąk do pracy. W międzyczasie do Katynia przyjechała pociągiem cała grupa posłów PiS z Antonim Macierewiczem. Pomimo tego, że wiedzieli już, że do katastrofy doszło, nikt się nie zjawił, żeby nas wspomóc. Posłowie z paszportami dyplomatycznymi byliby nieocenioną pomocą dla nas. Ale jak wieść niesie, pan Macierewicz stwierdził: „Wracajmy jak najszybciej do Warszawy. Nas tu wszystkich pozabijają”. Ten stres nie przeszkodził jednak delegacji w zjedzeniu obiadu. Nikt się nie pojawił, żeby zobaczyć miejsce tragedii, gdzie zginął prezydent Polski. Wsiedli w pociąg i wrócili do Warszawy.
    http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Tomasz-Turowski-dla-WPPL-o-katastrofie-w-Smolensku-Putin-po-prostu-sie-wzruszyl,wid,16529044,wiadomosc.html
    ==================

    Bohaterowie ostatniej godziny, zającem podszyci…….

  50. http://www.tvn24.pl/polowa-ankietowanych-wyborcow-pis-wierzy-w-zamach-w-smolensku,417093,s.html

    Ranking zdrowego rozsądku. A tak, w ogóle i w szczególe, na ten temat, od pogrzebu wawelskiego, nie chce mi się, z kimkolwiek gadać … parafrazując Franza Maurera z ‚Psów’. Kwestia smaku, elegancji i dbałości o styl.

    Pozdrowienia

  51. A czy jest jakaś siła, która powstrzymałaby poważnych zdawałoby się ludzi od komentowania kolejnych bzdur Macierewicza? Kiedy dziennikarze zajmą się tą katastrofą od strony odpowiedzialności polityków, na których ciążył obowiązek przestrzegania prawa, które było łamane w 36 pułku lotnictwa na porządku dziennym?
    Powiedzmy sobie prawdę, że poważna część pasażerów tego feralnego lotu sama sobie zgotowała ten los, ale lecieli tam też ludzie, którzy zaufali tym wysoko postawionym osobistościom i niestety zginęli. To implikuje wniosek, że część odszkodowań została wypłacona rodzinom pochopnie, ponieważ nie istnieje coś takiego jak OC od głupoty politycznej i fałszowania procedur szkolenia pilotów. Jest tak, że zamiast odszkodowań, należałoby wystąpić o zajęcie majątku osobom odpowiedzialnym za tą katastrofę, a uzyskane pieniądze wypłacić rodzinom, których bliscy tam zginęli i nie mieli wpływy na sposób szkolenia pilotów w 36 pułku.
    No i na koniec, jak już się wydało, że to między innymi pan Kamiński maczał paluchy w pochówku pary prezydenckiej na Wawelu, należy poważnie się zastanowić nad celowością głosowania na PO skoro ta, bez mrugnięcia okiem wystawia go w wyborach do PE. Mnie się to po prostu w pale nie mieści. Zresztą ja będę głosował na Kutza.
    Pozdrawiam

  52. Mauro Rossi
    9 kwietnia o godz. 23:26
    Wiesiek59
    Zanim zaczniesz pisać cokolwiek poczytaj. Nie mówię dużo ? cokolwiek. Nie bierz przykładu z pani Paradowskiej, która nic nie czyta, wiec niewiele rozumie. Trudno od niej wymagać refleksji dlaczego samolot rozpadł się na 60 tys. części i jaka energia mogła to spowodować jeśli nie było wybuchu paliwa? A nie było. Panią Paradowską należałoby traktować jak dziecko i to specjalnej troski.
    Mikrofony w kabinie pilotów zbierały głosy z 5 metrów (KBWLP przeprowadziła doświadczenie podczas testowego lotu Tu-154M-102), stąd wniosek, że dźwięki dochodziły z salonki. Inny dowód: głos stewardesy, która zgodnie z procedurą WESZŁA do kabiny zameldować kapitanowi, że ?pokład jest gotowy? nagrał się bardzo dobrze.

    Mój komentarz
    Autorze, Twoje argumenty są półprawdami, ćwierćprawdami i nieprawdami. Przy tym nie stronisz od złośliwości ad personam.

    1) Na jakiej podstawie piszesz, że samolot rozpadł się na 60 000 części, a nie np. na 18 799? By lepszy efekt uzyskać zapodaniem ogromnej liczby? Pole rozrzutu szczątków samolotu jest typowe dla katastroficznego przyziemienia podczas podejścia do lądowania.

    2) Rozczłonkowanie samolotu spowodowała energia kinetyczna, którą miał w sobie samolot.
    Pisząc o mnogości części samolotu, sugerując że to przez wybuch, zaniedbujesz wyjaśnienie innego faktu – co by się stało z ciałami, przynajmniej niektórych pasażerów? Zostałyby również rozszarpane na tysiące części, a w centrum wybuchu nic by nie zostało. Nic! Dlaczego wszystkie 96 ciał odnaleziono?

    3) Mikrofony w kabinie nie mogły odebrać dźwięków z saloników, ponieważ:
    a) po pierwsze ledwo odbierały dźwięki z kokpitu (hałas w tle)

    b) za kokpitem był korytarz, za nim pomieszczenie stewardess i korytarz boczny wzdłuż samolotu, za tym pomieszczeniem salonik prezydenta oddzielony ścianami, za salonikiem prezydenta następne dwa saloniki. Głosy z saloników nie miały szans dotrzeć do mikrofonów w kokpicie.

    c) Głos stewardessy nagrał się dobrze przypadkowo, inne glosy nagrały się źle i nie można ich odczytać. Jakość nagrania zależała od wielu czynników – od hałasu wytwarzanego przez samolot oraz od położenia osoby mówiącej w stosunku do mikrofonu (mikrofonów).

    d) Autorze, podaj źródło, które mówi o zbieraniu głosu przez mikrofony w kokpicie z 5 metrów.

    4) Autorze, te proste złośliwości tyczące sprawności intelektualnej serwowane w stronę redaktorki Paradowskiej miały wzmocnić przekaz Twojego komentarza? Na więcej Cię nie stać?
    Pzdr, TJ

  53. @ wiesiek59, 10 kwietnia o godz. 11:19
    Bohaterowie ostatniej godziny, zającem podszyci

    Przypomnę jeszcze raz tego bohatera, w wersji nieco zmienionej:

    Ślimaczkę ślimaczek
    Prowadził pod krzaczek
    Gdy pierwoj bajar
    Jebnuł w ruskij jar

    Zadrżały przylaszczki
    Pobladły im paszczki
    A z jara koszmar
    Wychynął spod mar

    Upiorny Maciorczyk
    Wyrwał z tutki orczyk
    I żywych – śród ciał –
    On po-do-bi-jał

    Umywszy rączęta
    (Czystość to rzecz święta)
    Wszedł dziańdż jego glań
    Do knajpy Szafrań *)

    Gdy danie z forszmakiem
    Zlizywał ze smakiem
    W jar-tutce nikt żyw
    Nie żył śród pokrzyw

    Jedynie ślimaczek
    Co skrył się za krzaczek
    Dwie smutne przylaszczki
    I pół małej traszki

    Przechodniu łzę swą
    Ty rozpyl pod mgłą
    Co zbrodnię przykryła
    Zła to jest mogiła

    ———————
    *) „Szafran”, to nazwa knajpy w Smoleńsku, gdzie wycieczka polskich parlamentarzystów, pod wodzą Antoniego Macierewicza, zjadła obiad, po czym pojechała z powrotem do Polski, po słowach Maciorszczyka „Wracajmy jak najszybciej do Warszawy. Nas tu wszystkich pozabijają”.

  54. A nie warto ginąć bez obiadu. Nawet za najświętszą SPRAWĘ!!!!!!!!!!

  55. Mauro Rossi
    10 kwietnia o godz. 0:31
    Z tego Raportu wynika również, że załoga wcale nie chciała lądować tylko odejść na holding, aby czekać na poprawę pogody, ewentualnie po 30 minutach odlecieć na lotnisko zapasowe. Paliwa mieli odpowiedni zapas.

    Mój komentarz
    Nie chcieli lądować – argument przeznaczony dla ludzi poczciwych. Co ma domniemane chcenie nie lądowania z przebiegiem wypadku? Liczy się sekwencja zarejestrowanych zdarzeń, a nie zamiary, które krążyły w głowach załogi. Myśli nie zostały zarejestrowane, natomiast przebieg lotu – tak. Budowanie sprzeczności na osi – zamiary i faktycznie zarejestrowane zdarzenia jest mydleniem oczu blogowiczom, zmiękczaniem ich zdrowego rozsądku moralnymi argumentami.

    Rossi mówi – nie chcieli, a czarne skrzynki i latarnia bliższa mówią – zeszli poniżej wysokości decyzyjnej 100 m nad pasem lotniska – na wysokość 39,5 m nad pasem lotniska i spokojnie czytali dalej wysokości nad ziemią – 60 m, 40 m, 20 m.
    Przypowieść o tym, że odchodzili prawidłowo ze 100 m jest nadal upowszechniana na blogu, kierowana raczej do emocji niż rozumu.

    Fakt zejścia na 39,5m jest udokumentowany nie w jednym, lecz w szeregu zapisów w czarnych skrzynkach, w tym w rejestratorze polskiej produkcji z zaszyfrowanym zapisem odczytanym w Polsce u producenta.

    Autorze, tak w ogóle, to cóż stoi na przeszkodzie byś powiedział – wszystko co istotne zostało sfałszowane w raportach. Wtedy nie będziemy się biedzić nad kwestiami w rodzaju, co też autor komentarza chciał powiedzieć poprzez frazę – załoga nie chciała lądować.
    Pzdr, TJ

  56. W wypowiedzi Prokuratora Generalnego, p. Seremeta moją uwagę zwrócił passus mówiący o możliwości umorzenia śledztwa „smoleńskiego” bez wskazania winnych czegokolwiek i z konsekwencjami tego braku wskazania, tj. nikt nie pozostanie pociągnięty do odpowiedzialności m.innymi za to jak ta wizyta została przygotowana.
    W powszechnym przekonaniu, któremu świadectwo daje raport komisji Millera i to co dotychczas ujawniono w toku prokuratorskiego śledztwa i poza nim – organizacji tej wizyty i przelotu towarzyszył bałagan, łamanie procedur i przepisów różnych instrukcji ( także instrukcji HEAD ), fałszowanie w spec-pułku dokumentacji dot. szkoleń i aktualizacji uprawnień personelu latającego itd.itp. To co się stało i działo w krytycznych chwilach cztery lata temu w Smoleńsku było przecież następstwem tego bałaganu, polskiego „jakoś to będzie”, braku nadzoru ; tego wszystkiego co w prawie karnym kwalifikowane jest jako niedopełnienie obowiązków. Czy wszystko w fazie przygotowań było o’key ? Wiemy przecież , że nie. Czy nikt za to nie poniesie odpowiedzialności, a na to się zanosi ?
    Nie wierzę w teorie wybuchowo-zamachowe czy spiski. Nie wierzę także, że do tej tragedii doszło w wyniku „zrządzenia boskiego”; to ludzie i to konkretni „byli tam czynni”. Załoga tego samolotu i przełożeni tej załogi za swoje winy (ewentualne) ponieśli najwyższą karę. Czy na tym ma się skończyć ?
    Kilka dni temu odpowiadając Indoorowi na końcu swojego wpisu wyraziłem przypuszczenie, że to smoleńskie śledztwo – w moim przekonaniu – skończy się podobnie jak tamto, w sprawie likwidacji WSI. Wszystko zdaje się zmierzać w podobnym kierunku, a te prokuratorskie enuncjacje chyba mają na to przygotować tzw. opinię publiczną.
    I aby nie było wątpliwości: nie dopatruję się w tym co się stało w Smoleńsku żadnej „winy” (cudzysłów zamierzony) D. Tuska czy Prezydenta Komorowskiego. Podobnie z winą „ruskich”, gdyż to nie „ruscy” organizowali tą wizytę i siedzieli za sterami tego samolotu . Ale jeśli chodzi o funkcjonariuszy obu Kancelarii: Prezydenta i Premiera
    ( w przypadku Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego – tych, którzy nie polecieli ), dowództwa ex spec-pułku i funkcjonariuszy paru innych służb, ministerstw i urzędów uczestniczących w przygotowaniach tej wizyty na miejscu prokuratorów byłbym bardziej dociekliwy w poszukiwaniach i ustaleniach.
    Pani Paradowska w swoim komentarzu wyraziła oczekiwanie, że owa Biała Ksiega Smoleńska powinna szczegółowo dokumentować działania rządu i jego agend po kastrofie. Oczekiwałbym, że jej równie szczegółowa dokumentacja dotyczyłaby także etapu przygotowań do tej wizyty i organizacji tego przelotu.

  57. W przedostatnim zdaniu mojego wpisu winno być: „katastrofie” – nie kastrofie.
    Za puszczenie niedoróbki – przepraszam.

  58. Lex
    10 kwietnia o godz. 13:03

    Z żywych- odpowiedzialnych za organizację, mamy Sasina.
    I szefa wyszkolenia lotnictwa……
    Reszta niestety umknęła sprawiedliwości poprzez śmierć.

  59. Lex!
    Bardziej fachowo, ale kropka w kropkę to samo, co ja, niefachowo.
    Lekceważono każde potknięcie, niedopełnienie obowiązków, lekceważenie procedur, począwszy od tych nieszczęsnych proporczyków, mocowanych do góry nogami na prezydenckiej limuzynie, aż po szkolenie pilotów, organizacje służbowych wyjazdów, skład osobowy delegacji lecącej jednym samolotem.
    Nic się nie liczyło, kiedy trzeba było spełnić kaprys prezydenta, czy też jakiegoś kogoś, kto w jego imieniu pracował nad organizacją, posługując się palcem wskazującym i wyzwiskami.
    Długo przed katastrofą miałam pewność, że to się musi zakończyć tragicznie.
    Ale ja tylko jestem skromną emerytką, co pracowała w charakterze „pracownika umysłowego” na średnim stopniu drabiny a może i troszkę niżej.

  60. Lex
    10 kwietnia o godz. 13:03

    Mój komentarz
    Całkowita zgoda. Niedopełnień, naruszeń, różnych lekceważeń procedur było wiele w przygotowaniu lotu do Smoleńska i w samym locie i to ze wszystkich możliwych stron – rządowej, prezydenckiej, wojskowej, wykonawców lotu, itd.

    Biała Księga nie zostanie wydana. Podobnie jak z prac komisji śledczych w Sejmie wynikają nici, tak z prac prokuratury wynikną nici.

    Jeżeli w państwie jest polnische Wirtschaft, to jest we wszystkich organach i instancjach. Któż by się chciał deprecjonować i przyznawać, że również on, jego znajomy, znajomy znajomego, kontrahent, podwładny, przełożony, itd, są uczestnikami tej przypadłości? Biała Księga nie ma przyszłości. Nie zostanie wydana. Państwo zbyt młode, nieudolne, rozchwiane i raczkujące (w skali naszych ambicji i oczekiwań).
    Krajanie dużo rzeczy potrafią znieść, ale żadnej krytyki, czy winy, to zbyt trudne. Zaraz uruchamiają emocje, tworza projekcje, hipotezy i w powietrzu fruwają trotyle, hele, 60 000 sczątków, świszczą kule specnazowców, grzmi smiech Tuska w namiocie smoleńskim, itd. Byle nic nie było o nas.

    Dwie kolejne niemal identyczne katastrofy – Mirosławiec i Smoleńsk obnażyły słabości tego raczkującego państwa, niedostatki, złe tradycje, anarchiczną mentalność, nieposzanowanie prawa, słowa swojego i drugiego człowieka, emocjonalność, doraźność, przekorę, wszystko to, co składa się na powszechnie odczuwaną dotkliwość noszącą miano p. Wirtschaft.

    Osobiście do dziś nie mogę zrozumieć, jak mógł się rozbić w prosty, typowy sposób samolot, którym lecieli specjaliści od bezpieczeństwa lotów. Jak mógł się rozbić w dwa lata potem w ten sam typowy sposób Tu-154M, w locie HEAD?
    Czy to jest jakaś groteska, chichot polskiej mentalności, która nie daje się, wciąż się czai przeciwko nam?
    Pzdr, TJ

  61. ”I szefa wyszkolenia lotnictwa?”
    W I E S I E K !!!
    Dajcie już spokój temu biednemu szefowi szkolenia. Już dawno go wyrzucili, mimo iż jego wina jest bardziej niż wątpliwa.
    Powtarzam : podczas wypadku w Mirosławcu szefem Inspektoratu do spraw Bezpieczeństwa Lotów MON był płk. Mirosław Grochowski. To nie byle jakie stanowisko, bo do obowiązków Inspektoratu należy – wyjaśnienie przyczyn katastrofy w Mirosławcu, sformułowanie wniosków po kontrolnych, nadzór nad wdrażaniem tych wniosków. W tym przypadku chodzi o to, by wypadek nie powtórzył się.
    Pytanie:
    1. kto był wiceszefem (praktycznie to szefem) komisji Millera ?
    2. w czyjej gestii i w czyim sejfie leżą materiały (dokumenty, zeznania itd.) dotyczące wypadku w Smoleńsku. (Bo dr. Lasek tłumaczył się, że jako zespół nie ma dostępu do materiałów komisji)

    A ty się czepiasz tego biednego generała Czabana.

  62. Lex i TJ oba komentarze trafiające w sedno.
    Istnieje duże prawdopodobieństwo, że „biała księga” nie zostanie wydana, choć dziś przesądzić nie można. Przypomnę, że dotąd wydano jedną taką białą księgę, w sprawie tzw. „Olina”, czyli premiera Oleksego oskarżonego przez jego własnego ministra (Milczanowskiego) za poduszczeniem Wałęsy o zbrodnię szpiegostwa na rzecz Rosji. Oskarżenie było prowokacją, ale sprawcy nie ponieśli konsekwencji. Biała księga została wydana tylko dlatego, że byli we władzach ludzie o wysokich wartościach wewnętrznych, uczciwi i odważni oraz dobrze rozumiejący co znaczy państwo. Oleksego publicznie, w Sejmie (tak jak w Sejmie został pomówiony o zbrodnię) i w jego imieniu przeprosił Marszałek Senior – Aleksander Małachowski. I natychmiast został opluty przez prawicę i tzw. „Prawdziwych Polaków”. Księga dawno już zarosła kurzem.
    Nawet jeśli teraz powstałaby podobna księga, również zarośnie kurzem. Jej wartość byłaby większa, gdyby pokazywała także przygotowania do wylotu do Smoleńska, w czym masz, TJ, pełną rację.
    Racją jest też to, że Polacy (nie wszyscy rzecz jasna) to straszni oszuści, małe chytruski pełne kompleksów i rojeń o potędze. wszędzie wiedzą zło i spiski, najchętniej u „Ruskich” i Niemców, ale własnych błędów za nic nie chcą widzieć. Komisja państwowa, jeśli ktoś przeczytał cały raport, boleśnie i beznamiętnie pokazuje polską tromtadrację, niekompetencję, nierzetelność, nieuczciwość, brak fachowości. Wszystko pokrywają wrzaski bogojczyźniane i sztandary lipnej chwały. To jest przepis na wiecznotrwałą polską głupotę i na kolejne katastrofy. Kłamać, oskarżać bez racji, iść w zaparte i samemu się pudrować.

    Seremet ma niewiele władzy. Gada z grubsza sensownie ale ma też raz po raz zadziwiające wpadki. Jego władza nad prokuratorami jest symboliczna, nie panuje więc nad cywilnym śledztwem. Prokuratura wojskowa podlega ministrowi obrony, nie jemu. Musi więc łykać cudze wpadki i robić dobrą minę. Tym bardziej, że jako użytkownik chwiejnego stołka zastanawia się czy mu ktoś go nie wytrąci jeśli zmieni się władza.
    Nie tylko ci co zginęli odpowiadają za błędy, zaniechania i niedopełnienia obowiązków. Większość z nich żyje. Żyje porucznik, dowódca Jaka 40 który w znanych wszystkim słowach zachęcał załogę Tu-154 do lądowania, mimo fatalnych warunków, których był świadomy
    przez co upewnił załogę w popełnianych błędach. Teraz porucznikowi nie podoba się raport państwowej komisji. Żyją też ci, co popełniali przestępstwa, m.in, poświadczenia nieprawdy. Piloci tutki odbywali fałszywe szkolenia, w oszukanych warunkach lotnych (m.,in meteo), a ci instruktorzy i ich szefowie fałszerstwa potwierdzali. Wszystko jest w dokumentach. A oberszef – Błasik, co prawda nie żyje, ale już się czyści jego „honor”, co Seremet także bierze pod uwagę.
    Jeśli nie będzie zarzutów, to znaczy, że nic się nie stało. Będzie toolejne zaniechanie o potencjalnie śmiertelnych skutkach. Nic się nie stało w Mirosławcu, nic w Smoleńsku, więc w następnych przypadkach też nic się nie stanie. A rodziny tych co zginęli i tych co zginą niech mają pretensje do siebie, że ,mieli tak głupich krewnych, że wsiadali do autobusów, pociągów, kolejek linowych, samolotów, na statki, i tak głupie, że sądzą, iż Polska do czegoś powinna być zobowiązana. Polskie państwo służy nie do życia, ale do modlenia się i załatwiania na nim własnych interesów. Należy to dobrze pojąć, by nie być idiotą.

  63. ”Osobiście do dziś nie mogę zrozumieć, jak mógł się rozbić w prosty, typowy sposób samolot, którym lecieli specjaliści od bezpieczeństwa lotów. Jak mógł się rozbić w dwa lata potem w ten sam typowy sposób Tu-154M, w locie HEAD?”

    I nigdy nie zrozumiesz jeśli będziesz w kółko klepał te politycznie poprawne cytaty z raportu komisji Millera.
    Jest to nieco bardziej wygładzona wersją dzieł zebranych Macierewicza pełen przeinaczeń, merytorycznych pomyłek dziwnym trafem idących w tym samym kierunku – to jest zwalanie winy na Rosjan, odsunięcie podejrzenia od gen. Błasika.
    Jeśli absurdalne teorie Macierewicza mają dziś publikę ponad 5% to tylko i wyłącznie dlatego, że komisja Millera nie dała wiarygodnego wyjaśnienia przebiegu katastrofy. Teoretycznie może i przez niekompetencję członków, raczej celowo.

  64. Jakie były ostatnie słowa pilotów tutki?
    – K……wa!!!!
    A prezydenta?
    – Panie prezesie, melduję wykonanie zadania.

  65. Dziś rano w jednej ze stacji radiowej gościem był Cimoszewicz. Powiedział on, że za smoleński wstyd (moja nazwa) w 98% odpowiada strona polska, a pozostałe 2%, to odpowiedzialność kontrolerów lotniska.
    Rok, czy dwa lata temu (już nie pamiętam, tyle tych rozmów było), mówił o 95%, do 5%.
    Progresja i prawda o tym samobójczym locie dąży we właściwym kierunku, przynajmniej ze strony senatora.
    Ja uważam od początku, ze wina leży wyłącznie po polskiej stronie, a winnych jest wielu, a dość spora ich liczba żyje i ma się znakomicie, czując się bezkarnymi. Tak ze strony ówczesnego URM-u, jak i ówczesnej kancelarii prezydenta.
    Ale zwłaszcza ostatnimi czasy zauważam, ze tu i ówdzie są próby wybielania jednych z winowajców nie tylko tej katastrofy.
    Ponoć generał (wiadomo o kim mowa) w przeddzień wylotu imprezował, bo kupił jakąś działkę (ot, taka okazja się nadarzyła).
    Nie przypuszczam, aby po kilku już godzinach alkohol wyparował z krwi. Rosjanie przecież zbadali krew tej osoby i wynik był pozytywny. jak mogło być inaczej?
    A to, że generał pił, wypowiedziała się przecież jego żona.
    Śledztwo po polskiej stronie zmierza ku 100% oskarżeniu rosyjskich kontrolerów, zostawiając polskich winnych w spokoju.

  66. Do Indora;
    Indorze, mocno mnie w głowie namieszałeś gdyż nie wiem, czy jesteś za czy przeciw czy może za a nawet przeciw.

    „Czy na lotnisku Heatrow we mgle ten sam samolot tą samą załogą i tym samym kompletem pasażerów rozbiłby się czy nie? Możemy nawet zakładać, że Królowa Wielkich Brytów przystępuje z nogi na nogę oczekując na przybycie Prezydenta.(I proszę nie odpisać że tam nie ma ?jaru? przed pasem startowym, bo nie o to chodzi)”

    Moim zdaniem, pod warunkiem, że nie była to misja samobójcza, na Heathrow by wylądowali, o ile oczywiście lotniskowe urządzenia do lądowania we mgle były sprawne i współdziałały z urządzeniami zainstalowanymi w samolocie.
    Bez spełnienia tego warunku żadna królowa by tu nic nie zmieniła i żadnego próbowania by nie było choby z tego powodu, że żaden osobnik płci obojętnej (trafic controller) zarabiający około pół miliona euro rocznie na to by nie zezwolił.

    Do wszystkich innych Szanownych Forumowiczów.

    Swego czasu na paru forach był osobnik z mottem mniej więcej następującym:

    „Nie wdawaj się w dyskusję z idiotą gdyż najpierw sprowadzi Cię do swojego poziomu a potem pobije doświadczeniem.”

    Podobnie:
    Wisły kijem nie zawrócisz.
    Nawiedzonego i wierzącego nie przekonasz.
    Sikanie pod wiatr nie jest wskazane.
    Szkoda czasu i atłasu.

    I to póki co by było na tyle.

    Z poważaniem,
    Sztubak

  67. Śledztwo nie zostanie zakończone, biała księga pozostanie w sferze marzeń, bo od zawsze, kiedy wydarza się jakiś fatalny błąd, trzeba ustalić powody – zasadnicze pytanie nie brzmi; Kto zaniedbał? zawinił? zlekceważył?
    Pytanie zasadnicze brzmi; Kto doniósł?
    I wokół tego problemu rozpoczyna się nigdy niekończąca się dyskusja ekspertów, decydentów i innych z dwoma lewymi rękami w kieszeniach.
    Tak było, jest i będzie.
    Amen.

  68. Próbka bajerowania publiczności przez Macierewicza
    Oto cytat z najnowszego raportu Macierewicza zaprezentowanego na konferencji prasowej w Sejmie.

    „Rzecz w tym, że istnieją zapisy rozmów prowadzonych przez kontrolerów na wieży w momencie katastrofy. I nie ma tam mowy o drzewie niszczącym skrzydło Tu?154M ani o autorotacji samolotu, nie podnosi się tam także winy polskich pilotów” – napisał Macierewicz.

    Mój komentarz
    Cytat ten ilustruję całą głębię bezmyślności, cwaniactwa i jazdy na całość autorów raportu po zdrowym rozsądku publiki, a przede wszystkim Macierewicza.
    W momencie katastrofy kontroler zdołał tylko powiedzieć „sto pierwszy horyzont” oraz coś w rodzaju „czort, …mat” i temu podobne (nie dziwię się).

    Macierewicz na żywca wmawia publiczności, że kontroler mógł widzieć samolot i jeśli samolot zaczepił o brzozę, to musowo musiał widzieć to zdarzenie. Ponieważ, jak wmawia Macierewicz, kontrolerzy nie widzieli zaczepienia, więc nie było takiego zdarzenia.

    Macierewicz pomija taki drobny fakt, ze mgła była bardzo gęsta, widoczność była bardzo mała (patrz słowa w samolocie – nic nie widać), wieża nie mogła widzieć samolotu.
    Widoczność pozioma z wieży wynosiła podczas podejścia TU-154M do lądowania 150 – 500m (ustawicznie się zmieniała).
    Tu-154M zaczepił o brzozę w odległości od progu pasa 850m, a upadł na ziemię w odległości 550 m od progu pasa. Wieża (BSKP), gdzie się znajdowali kontrolerzy, jest położona około 300 m od progu pasa. Od wieży do brzozy było około 1150 m, do punktu upadku samolotu 850 m. Jak kontrolerzy mogli zobaczyć rotację samolotu?

    Wieża nie widziała samolotu, a kontroler wpatrywał się w ekran radaru. Jak mogła wieża widzieć kolizję z brzozą i rotację samolotu, jak nie mogła widzieć samolotu?

    Macierewicz z tego nie widzenia samolotu przez kontrolerów i nie mówienia o brzozie i rotacji wyciąga nieudolnie i bezczelnie wniosek dla swojej publiki, że jest to kolejny dowód, że nie było brzozy oraz nie było rotacji.

    To jest opinia zamieszczona w raporcie oficjalnego zespołu parlamentu RP. To nie jest skandal i granda. To kolejny poważny sygnał o zupełnie czymś innym – o państwie
    Pzdr, TJ

  69. Katastrofa rozpoczęła się już na miesiąc przed 10 kwietnia 2010.
    Wszystkie kanały TV od rana do wieczora: Katyń, Stalin,doły, czaszki, wstrętne Rosja piszczele., otwory po kuli, pręt w otwór, rozkładające się ciała i od nowa Katyń, Stalin, czaszki, …………..itp.itd. dla kogoś normalnego , szaleństwo.
    A potem dalej, kto jedzie, ile delegacji , Prezydent czy Premier, razem czy osobno, kto się może modlić na grobach a kto nie jest godzien. Korowód hipokryzji, chocholi taniec na grobach. Politycy ale i media, zatraciły elementarne poczucie estetyki. Przerażające, dla mnie nie pojęte, że nikt tego nie zauważał. Wszystko pod tytułem „Katyń a wybory”.
    Niebiosa tego nie wstrzymały , tam doradzam Antoniemu dochodzić prawdy.
    Oczywiście niebiosa posłużyły się polskim bałaganiarstwem, pogardą dla procedur i głupią fantazją. Kropka.

  70. P.S. Przyczyny katastrofy znałem już w dniu katastrofy.

  71. Nela , TJ, i inni piszący, o polskim bałaganie wg mnie nie trafiają w sedno , bowiem ten bałagan wyniknął przede wszystkim z dojścia do najwyższych urzędów polityków ograniczonych , ale nie mających wątpliwości, że polityka moralność nie obowiązuje.
    Z tego powodu, by przykładowo mieć ludzi bez zastrzeżeń i gorliwie wykonujących wszelkie ich polityczne działania, brali sobie takich na których mieli tzw „haki” i którzy wiedzieli, że tylko te ugrupowanie polityczne zapewnia im bezkarność i dobre perspektywy. Przykładem jest właśnie generał Błasik , którego Kaczyński nie tylko wybronił z katastrofy Casy , ale jeszcze błyskawicznie awansował.
    Otaczanie się takimi ludźmi powoduje, że każda zachcianka lidera jest realizowana, a przynajmniej pokazywane jest, że zrobiono wszystko by to zrealizować. Koszty się nie liczą i moralność też nie.
    Polityk często zmienia decyzje i działania są nieplanowane i nic dziwnego, że nieprzygotowane i improwizowane.
    Nie dziwne, że robi to ogromny bałagan.
    Filozofowie zwracali uwagę, że moralność jest bardzo istotna i by dobrze działać nie można nie brać jej pod uwagę.
    A.Mickiewicz pisał „polityka nie może obejść się bez jakiejś podstawy moralnej” , Konfucjusz twierdził, że nie da się dobrze rządzić działając niemoralnie. Historia potwierdza, że mieli rację.
    Wracając do tematu Nie jest dziwnym, że Generał tak bardzo się starał zadowolić Kaczyńskiego i mimo, że zdawał sobie sprawę z ryzyka , podjął je (wiemy że był człowiekiem od ryzyka nie stroniącym)
    W kancelarii tez Kaczyński miał cały sztab chcących go zadowolić urzędników i oni właśnie nie licząc się z przepisami i zdrowym rozsądkiem realizowali jego zachciankę polityczną.
    Z tego powodu ten gigantyczny bałagan i te łamanie przepisów.
    Jaka jest ich moralność widać, że nawet katastrofę którą sami swym bałaganiarstwem i wymuszeniami spowodowali wykorzystują politycznie

  72. maciek.g
    10 kwietnia o godz. 20:53
    Może się zdecydujesz, czy trafiamy w to sedno, czy też wprost przeciwnie – trafiamy?

  73. W związku z działalnością Macierewicza w sprawie tego bum, może by tak 10 kwietnia ustanowić świętem?
    Ja bym go nazwał „Dniem świra” i w kalendarzach ta data powinna być tak oznaczona.

  74. maciek.g
    10 kwietnia o godz. 20:53

    Mój komentarz
    Twoje tłumaczenie o bałaganie jako akcie sporadycznym, incydentalnym, czyli akurat tak trafiło i tak się stało, bo źli ludzie przyszli, zła sytuacja się wytworzyła, gdyby inaczej było, to wypadków byłoby mało, jest poiwierchopwne sięga tylko dozewnęttrznych objawów, nie uwzględnia głębszych przyczyn tkwiacych w społeczeństwie, pzrekładajacych się na stan państwa.

    To mi przypomina tłumaczenia obywateli radzieckich w ZSRR – na zapytanie dlaczego czegoś tam nie ma w sklepach odpowiadali, że nie dowieźli, lub chwilowo brak, czyli sytuacja sporadyczna, zbieg okoliczności, złych ludzi dopuszczono do wytwarzania i dystrybucji towarów. Co w domyśle informuje nas, że gdyby zmienić ludzi, to towary by były.

    O polityce może decydować w pewnym stopniu moralność, ale to nie jest moralność osobista, czyli chce mi się lub nie chce mi się. To jest taka moralność, jeżeli już chcemy ją tak nazwać, cywilizacyjna, czyli prawo, poszanowanie prawa, kapitał ludzki i społeczny, państwo prawa, poszanowanie procedur, poszanowanie państwa, wzajemna komunikacja na poziomie elementarnym, zaufanie społeczne, itd.
    Brak tego wszystkiego łącznie tworzy p. Wirtschaft. I choćby nie wiadomo jak się wysilać moralnie, apelować, narzekać, namawiać i przymuszać, nie da rady tego szkodnika p.W. otruć jednym baranem.

    Tutaj należy budować od podstaw. Co też się robi, lecz ciężkawo to idzie, opornie, mało planowo, bez dalekosiężnego planu, czyli wizji, itd. Żaden pomysł ze ściąganiem cugli, wymianą elit, czy powszechną mobilizacją tu nie wniesie szybkich zmian. Staruszek pozostanie przy saniach.
    Tu jest skuteczna tylko systematyczna praca, krok po kroku budowanie społeczeństwa obywatelskiego, państwa prawnego.
    Pzdr, TJ

  75. Przepraszam
    za próbe umieszczenia na blogu dwu wpisów skreślonych skreślonych przez //chyba // moderatora.
    Dotyczyły katastrofy smoleńskiej – więc chyba nie na czasie.
    uklony

  76. TJ
    10 kwietnia o godz. 12:12
    sugerując że to przez wybuch, zaniedbujesz wyjaśnienie innego faktu ? co by się stało z ciałami, przynajmniej niektórych pasażerów? Zostałyby również rozszarpane na tysiące części, a w centrum wybuchu nic by nie zostało
    ………………………………………………………………………………………
    Zgodnie z najnowszą teorią wybuchowo-zamachową p. Macierewicza,
    wybuch nastąpił w „okolicach” prezydenckiej salonki. O ile nie mylę się
    ciało prezydenta nie doznało aż takich uszkodzeń jak stało się to w przypadku innych współpasażerów samolotu, nie mówiąc o tym ,że było
    „rozkawałkowane” przez jakąś eksplozję.

  77. zezem
    „ciało prezydenta nie doznało aż takich uszkodzeń jak stało się to w przypadku innych współpasażerów samolotu”..
    Ta trafna uwaga jest do obalenia. To był twardy chłop.
    Wystarczy?

  78. ”Zgodnie z najnowszą teorią wybuchowo-zamachową p. Macierewicza,
    wybuch nastąpił w ?okolicach? prezydenckiej salonki.”

    Bomba wazelinowa. Wiedziałem.

  79. NELA
    10 kwietnia o godz. 21:08
    Przecież wyraźnie napisałem, że oceniam ten bałagan wynikał głównie z działań polityków mających za nic prawo i przepisy, a nie z mentalności i wad Polaków.

  80. A teraz słówko w kwestii wywiadu jaki Pani przeprowadziła z oberprokuratorem. Fakt, dwoma pytaniami wymusiła Pani na Seremecie potwierdzenie, że on właściwie nic nie może, działa zgodnie z prawem i tak też ocenił postępowanie prokuratury w sprawach postawionych w pytaniach.
    Dla mnie sprawy mają się tak, że jak mężczyzna umawia się z kochanką to, nie oznajmia jej w łóżku, że on nie może, choć wcześniej wiedział o okolicznościach, które zrobią z niego impotenta.
    On nic nie może, premier nie daje mu skwitowania i nic się nie dzieje, dalej siedzi w tym samym fotelu i jest z siebie zadowolony. Po co? Dlaczego Pani go o to nie zapytała?
    Pozdrawiam

  81. TJ
    10 kwietnia o godz. 21:20
    Masz częściowo rację, że Polacy, ze względów historycznych nie są ludźmi skłonnymi do przestrzegania praw i przepisów. Jeżeli nie ma twardego egzekwowania przepisów, to starają się działać w myśl swego własnego pojmowania sprawy. Maja też skłonność do improwizowania. Nic w tym dziwnego wojna i okupacja to okres bardzo demoralizujący (tam przestrzeganie nakazów władzy było źle widziane i wszyscy kombinowali jak te nakazy ominąć by uzyskać max korzyści przy minimum strat). Po wojnie nowy okupant i ustrój narzucony i znów kombinowanie by tak omijać przepisy by zyskiwać.
    Ponieważ wszystko było państwowe , ludzie uznawali, że niczyje i jak można tak starali się z tego państwowego do siebie ciągnąć. Prawa i przepisy oczywiście starały się tę własność państwa chronić , a więc je omijano i naginano lub wręcz ignorowano (jak nie dawało to dużego zagrożenia).
    Niemniej polityka uprawiana przez ludzi o poglądach jakie napisałem bardzo skutecznie wspomogła te tkwiące w narodzie wady, tym bardziej, że ludzie polityków czuli i czują się bezkarni. Swój ciągnie do swego i nic dziwnego, że najbardziej zakłamana partia zwana przekornie „prawo i sprawiedliwość” skupiła w swych szeregach ludzi niemoralnych uważających kłamstwo, kradzież , pomówienie i oszustwo za najlepszy oręż do zdobywania korzyści osobistych.
    Większość tych ludzi bez przywódcy jest nikim i dlatego wspierają go jak potrafią.
    Jest powiedzenie, że ryba psuje się od głowy i jest to bardzo trafne powiedzenie.
    A tak nawiasem to mówiąc moralność mamy na myśli nie sprawy obyczajowe , ale zbiór zasad (norm), które określają co jest dobre, a co złe. Współcześnie rozwinięte społeczeństwa są zgodne w ocenie tych zasad.

  82. @ Indoor Prawdziwy, 10 kwietnia o godz. 22:10
    W podzięce za inspiracje, ad hoc taki Ci poemacik dedykuję:

    Bomba wazelinowa!
    Wielowymiarowa,
    Rozsadzająca każdą rzyć.
    Jeju sabrali, arestwawali
    I wysadzili. Nic tu kryć.
    Pałkownik Putin z rudym Tuskiem
    Wysmarowali bombe ruskie,
    Przed odpaleniem ? helem,
    Aby się skroplił w Prezia ciele,
    Gdy mu ją świta wsadzi w rzyć.
    Pierdykło w tutce! Jak z tym żyć
    ?

  83. Nie potrzeba rzadnej żondowej księgi, w jakimkolwiek kolorze, ani też ksiegi jakiegokolwiek organu jakiejkolwiek wladzy. Sprawa się rypła, Lecha rozszarpało na ponoć duże kawałki i po uśmierceniu Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego Jarosław Kaczyński może oddać się medytacjom w klasztorze milczenia.

    Pozostałymi zaprzańcami zajmie się Jacek Kurski, a Zbigniew Ziobro dobierze do nich paragrafy.

    Gdy badacze opinii konfesjonałowej doniosą słabe nadzieje na dobry wynik Zbysia, to Ojciec ogłosi, że Prawda Zamordowanego Brata nie może być prawdziwsza od Prawdy Ukrzyżowanego Syna i po ptokach.

    Jaruś zapomniał, że władza pochodzi od Ojca, a w kolejce do beatyfikacji Lech Kaczyński jest daleko za Augusto Pinochetem.
    Wpierw muszą wymrzeć wspólmałzonkowie, potomkinie i potomkowie socjalistów chilijskich zrzucanych w nurt El Niño.

    A ja kolego @stefan57 przyczyny katastrofy znałem na długo przed jej nastąpieniem!

    Ważne!
    Na podobę co trzeciej gościówy bloga i co drugiego guesta na blogach e-Polityki ja też nie odpowiadam na i za komentarze @staruszka.
    On nie jest pierwszy pieprzący publicznie i wskazywanie go jako wielkiego szkodnika obraża wysiłek tutejszych blogowych dryblasów.
    O take free waliczyliśwa!

  84. Podstawowy kłopot z wypadkiem jest taki, że jeśli przyjmiemy że publicznie dostępne materiały sa wiarygodne (ja tak właśnie zakładam) to zadna komisja nie wyjasniła następujące bulwersujące sprawy:
    co ten samolot robił 5 metrów pod poziomem pasa startowego ?
    dlaczego załoga do końca nie wykazuje oznak zdenerwowania?
    na co w ogóle liczyła załoga , dokładnie co planowała robić?
    żadne naciski, rozkazy siadania które padły lub nie, ani zbocze narastające, radiowysokościomierze, drzewo, beczka, kufel itd. na takie podstawowe pytania nie dają odpowiedzi.
    Przyczyny wypadku znamy, ale przebieg jest co najmniej zastanawiający.
    Póki komisja tych rzeczy nie wyjaśni w sposób wiarygodny, to wypadek, najlepiej udokumentowany w historii – nie jest wyjaśniony.

  85. @Maćku! napisałeś;
    Nela , TJ, i inni piszący, o polskim bałaganie wg mnie nie trafiają w sedno , bowiem ten bałagan wyniknął przede wszystkim z dojścia do najwyższych urzędów polityków ograniczonych … i t.d.
    ************************************************

    No to zgadzasz się z tym, co napisaliśmy, czy też wprost przeciwnie???
    Bo ja to już nie wiem.
    Dobranoc.

  86. TJ
    10 kwietnia o godz. 19:47
    Nie czytam tego co Macierewicz wypisuje , bo on i jego eksperci wciąż zmieniają swe dowody i wnioski. Jednak z tego co piszesz to on już w piętkę goni. Wystarczy tym jego wiernym słuchaczom i potakiwaczom dać do przeczytania stenogram z zapisów rozmów kontrolerów Smoleńskich (przez mikrofon tam znajdujący się). Przecież z tego co między sobą mówią jest na 100% jasne, że nie mają kontaktu wzrokowego z samolotem prezydenckim, i wyraźnie zniknął im nawet z radaru. Link nie trudno znaleźć załączam
    http://www.tvn24.pl/rozmowy-zarejestrowane-przez-otwarty-mikrofon,159312,s.html

  87. NELA
    10 kwietnia o godz. 23:29
    Zgadzam się, że był straszny bałagan i że właśnie to było główna przyczyną wypadku. Natomiast inaczej niż wy oceniam przyczynę powstania tego bałaganu. Wy twierdzicie, że to z powodu typowych dla polaków cech , a ja uważam że bałagan wynikał głównie z działań polityków mających za nic prawo i przepisy, a nie z mentalności i wad Polaków. (fakt że ta mentalność ułatwiła im takie działanie)

  88. @maciek.g
    10 kwietnia o godz. 22:11

    „Przecież wyraźnie napisałem, że oceniam ten bałagan wynikał głównie z działań polityków mających za nic prawo i przepisy, a nie z mentalności i wad Polaków”.
    ===============================

    Przykro mi, ale politycy są tacy, jak większość, która ich wybrała. W PRL można było powiedzieć, że pierwszych sekretarzy mianuje nam Moskwa, teraz już nie można.

    Rok po katastrofie smoleńskiej sześciu przyjaciół, pięciu Polaków i jeden Niemiec, zorganizowało sobie podróż po Hiszpanii na pokładzie trzech awionetek, które sami pilotowali. Była to inicjatywa absolutnie prywatna, nie mająca nic wspólnego z żadnym rządem.

    Tego dnia przyjaciele mieli wylądować na małym lotnisku w górzystym terenie. Pogoda jednak bardzo się pogorszyła i kontroler z wieży poinformował ich, że nie ma warunków do lądowania. Samolot, w którym leciał Niemiec, zawrócił. Dwa pozostałe, z załogami w całości polskimi, postanowiły lądować. Rozbiły się.

  89. Indoor Prawdziwy
    10 kwietnia o godz. 23:25
    Widzisz jak to jest gdy komisja zamiast strać się wyjaśnić obiektywnie przebieg ostatnich sekund lotu kombinuje jak tu wykazać, że Rosjanie też zawinili. Na dokładkę wyraźnie nie chcą wyjaśnić przyczyn tego spokojnego schodzenia poniżej wysokości decyzji. Przecież Błasik tam był i akceptował to co się działo.
    Jak się chce realizować inny cel niż ten oficjalny, to wychodzi to co wyszło. A wyszło, że piloci i generał byli samobójcami

  90. Maćku!
    Piszesz; Przecież wyraźnie napisałem, że oceniam ten bałagan wynikał głównie z działań polityków mających za nic prawo i przepisy, a nie z mentalności i wad Polaków.
    ???????
    Nigdzie nie napisałam, że panujący bałagan wynikał z mentalności i wad Polaków.
    Dlatego właśnie uparcie się czepiam.
    Nie chcę, aby mi ktokolwiek przypisywał opinie, których nie wyraziłam.
    To tak, dla porządku.

  91. NELA
    OK. To jeszcze raz się uprzejmie zapytuję: Czy ten wypadek mógłby wydarzyć się w Londynie (na Heatrow)?
    Pytanie należy na język polski przetłumaczyć tak: w jakim stopniu coś co umownie nazywamy rusofobią przyczynił się do wypadku? Nie jest to zresztą autentyczna rusofobia, a raczej rusofobia na pokaz lub na życzenie.
    Nie pojawia się na taśmach ale tam gdzieś w tle się czi. Nie będzie przecież jakiś ruski sierżant dyktował czy samolot z Prezydentem ma podejść czy nie.
    Liczą się takie rzeczy jak – osobiste ambicje generała, szczególnie w obecności konkurencyjnych rodzajów broni i wobec faktu, ze podpułkownika na pułkownika awansuje Minister Obronności (rząd) ale już dalsza kariera zależy od Prezydenta (a generał Błasik potrzebował czwartą gwiazdę do wyjazdu do Stanów) Ale wszystkie te kwestie pojawiają się jako uległość wobec ”ruskiego sierżanta”.
    Druga rzecz : ja już przed katastrofą smoleńską dopytywałem się dlaczego jest tak, że w Polsce przestało obowiązywać prawo Petera – ludzie bez przeszkód awansują dalej mimo iż dawno osiągnęli swój szczebel niekompetencji?
    Według moich obserwacji załoga wieży i kpt. Protasiuk starają się w miarę swoich możliwości uratować wycieczkę, pozostali uczestnicy łańcucha decyzyjnego zamieniają wycieczkę w misję samobójczą.
    To nie jest normalne.
    Wówczas gdy swoje zapytanie o braku mechanizmów powodujących zaprzestanie zobowiązywania zasady Petera wymieniłem dwie przyczyny
    1. dofinansowanie z zewnątrz – zasada Petera nie działa ot tak sobie, tylko organizacja musi się wykazać skutecznością więc stosuje te mechanizmy które nie pozwalają dojść do utraty funkcjonalności. Gdy układ jest zasilany z zewnątrz (Unia Europa, kredyty) – nawet najbardziej absurdalne decyzje nie spowodują tragicznych skutków (do czasu)
    2. brak opinii publicznej – media kryją rzeczywistą sytuację

    Wracam też do swoich wątpliwości : czy niemożliwość wyjaśnienia nie jest spowodowane tymi samymi przyczynami jak sam wypadek?
    Więc
    1. rusofobia na pokaz (za wszelką cenę trzeba znaleźć winę Rosjan)
    2. brak kompetencji bo ludzie którzy mają wyjaśnić wypadek już dawno osiągnęli swój szczebel niekompetencji. Ja mam takie wrażenie.
    3. prasa kryje wszystko – wspólnymi siłami odwracają uwagę od istoty rzeczy koncentrując się na rzeczach mało istotnych lansując lub zwalczając kwestię brzozy itd.

  92. NELA
    11 kwietnia o godz. 2:18
    Przepraszam jakoś chyba z pośpiechu dopisałem twój nick do nagłówka postu. Sprawdziłem ty masz podobne do mnie stanowisko w tej sprawie

  93. Niewątpliwie Biała czy innego koloru Księga by się przydała. Niewątpliwie rząd marnie spoleczeństwo informował o swoich działaniach po katastrofie. Mnie interesują trochę inne kwestie

    – kto decydował o godzinie zaplanowanego wylotu i rozpoczęciu uroczystości w Katyniu (w moim odczuciu to Kancelaria Prezydenta)

    – czy było zaplanowane ew. lądowanie w innym miejscu (gdzie) i dlaczego z niego nie skorzystano

    – czy BOR sprawdzał lotnisko docelowe i warunki lądowania oraz wydał stosowną opinię (czy była wymagana procedurami)

    – dlaczego z takim uporem WSZYSTKIE nasze państwowe delegacje do Katynia latały do Smoleńska pomimo ostrzeżeń Rosji że lotnisko się do tego nie nadaje

    – czy brano pod uwagę przejazd pociągiem lub innym środkiem lokomocji

    Te kwestie rostrzygnęły o tym że załoga była poniekąd zmuszona do podjęcia próby lądowania. Nikt nie musiał nawet wydać bezpośredniego rozkazu lądowania. Wieżli Prezydenta RP i o określonej godzinie miał się znaleźć na miejscu uroczystości. Presja psychiczna jest dla mnie jasna.

  94. Jego Ekselencja też zajął się SEDNEM.
    Czy Agnieszka też się tak pruje jak Jerzy?

    Ja nie mam dostępu do prawdy, a dla nakarmienia mej starczej ciekawości chętnie dowiedziałbym się, w jakim stosunku dzieli się Monika Olejnik telewizyjną wierszowką z Anną Sobecką.

    Zamiast wina Tuska chętnie wypiłbym jakiś porządny cidre po przeczytaniu podziękowania czołowych publicystów wiodącego tygodnika opinii skierowanego do twórców i kapłanom religii smoleńskiej.

    Usunięcie usterek w wagonach warszawskiego metra oraz epilog Zakochanego anioła:
    A potem żyli długo i mieli dużo kasy
    uszkodził wątrobę @Wieśka i @Kartki i żyją oni na koktajlu z kaca i niedoboru Borzomi.

    Bo głowy jeszcze w XX wieku zatruło im największe kłamstwo zeszłego stulecia Spotkalem nawet śzczęsliwych cyganów.

    Oba chlopaki są łebskie i nie jestem im wbrew, bo jestem za anarchiczną wolnością. Dlatego jako wyraz sympatii i uznania za trzymania prywatnych depresji na wysokim poziomie linkuję tej strasznie suchej wiosny nocny deszczyk stworzony przez Fryca.

    https://www.youtube.com/watch?v=Q3M8s5NGeS4

    A w Dzienniku Gazecie Prawnej przeczytalem o skutkach zrozumienia, że czlowiek jest zwierzęciem stadnym i o tym że kameralne szkółki podstawowe trenujące młode korporacyjne szczurki mało płacą nauczycielom i skracają indywidualne dzieciaki o głowę. Stąd wraca nowe odbicie symetryczne (symetria z przesunięciem) starego hasla: Publiczne szkoły tak! Naiwność pieniądza: NIE!

    Takie będą Rzeczypospolite jakie przyswojenie sobie prawdy, że nawet Zakochany anioł po wyjściu z kina lubi pobawić się z galernianką. Warszawski klub go-go naprzeciw Res sacra miser zostal przez GUS wstawiony do PKB i brukselka się zmiękła na tą dobrą wiadomość od Magdy Gessler dogotowała i rozsmakowała w polskim zmywaczu talerzy. Gdy Magda gó…em nie rzuci, to publisia sięga po pilota.

    A na poważnym blogu nie wypada wspominać wegetatywnych skutków upadu samolotu: fiksacja na wegetatywnym niekontrolowanym odruchu myśli o katastrofie: kupce złomu i na powodzi wody płynącej z ekranów i z papierów medialnych. Bebechy dają echo i chce się kupkę i siusiu.

    Twierdzenie Pitagorasa ma olbrzymią wadę: nie udowodnił go PiS!

    Dziecię korporacyjnego szczura cieszy się, że jakiś lubiący stukać w klawisze maniak zwolni go wysiłku zrozumienia przejścia elektronu jednoczesnie przez Lewą i wyraźnie odrębną Wieśkową dziurę w całościowym ujęciu Mlecznej, Wódczanej i Żólciowej Drogi.

    Mlekowita za mało zapłaciła Berkutowi – to jest mój wkład w egzegezę historii Tatarów z Krynek.

    Nic tak nie cieszy starych mych sąsiadów, jak wiadomość, że Wassermanówna źle znosi Podróże. Droga @Kartki do Jakuba jakby bardziej stała sie przelotowa. Na Krakowskie moim sąsiadom jest bliżej niż na Jasną Górę i więcej kamer ich pokaże w TV. Zbawienie nic to!

    Szczęście że dodzwoniłam się do moderatora wyświetlającego moje myśli na dolnym płynnym pasku ekranu! Panie! Zatrzymaj Pan teraz to płynięcie tekstów skondensowanych głupich newsów! Oni nic nie wnoszą do skarbca Rzeczpospolitej! To są pozłotka! Złoto to jest w moim sercu!

  95. Indoor Prawdziwy
    11 kwietnia o godz. 6:44
    Zasada Petera ma tu swoje uzasadnienie i to na każdym etapie.
    Wieloletnie doświadczenia z pracy zawodowej podstawę do wniosków, które skrótowo przedstawiłam. Problemem podstawowym jest brak tradycji odpowiedzialnego podejścia do własnej pracy zarobkowej.
    Brak poczucia odpowiedzialności za wykonywaną pracę i to od najniższego szczebla drabiny społecznej.
    Od myślenia to ja mam kierowniczkę! Mnie płacą za robotę.
    Takie szczere słowa usłyszałam od pracownicy, która coś tam zrobiła kompletnie bez sensu a ja jej wytknęłam, że nie pomyślała, zanim zrobiła.
    Pozorowanie pracy, to coś, co jest jak wrzód na tyłku i krosty na twarzy całej naszej organizacji pracy.
    *Przecież cały czas pracuje!* woła taka dziumdzia, albo inny głąb.
    A ja na to, że cieszyłabym się, gdyby siedziała, czy siedział pijąc spokojnie kawę a praca była po prostu wykonana.
    Skoro pracę na jakimkolwiek stanowisku dostaje się poprzez protekcję, bez oceny umiejętności pracownika i jego zdolności, to nie pracownik nie czuje się odpowiedzialny za jakość wykonywanej pracy, stara się nie stracić sympatii swego promotora; to działa od sprzątaczki po dyrektora departamentu i wyżej. Zachować stanowisko, awansować dzięki przychylności kogoś, od kogo awans zależy, przy okazji podstawić nogę koledze, który mógłby się okazać bardziej przydatny.
    Kierownik z awansu partyjnego, czy towarzyskiego najczęściej nie jest kompetentny, więc nadrabia miną i gestami.
    Pracuje palcem wskazującym, podpierając się znanym okrzykiem; *ma być zrobione! Na wczoraj!*
    Słynne taczki, których nie ma kiedy załadować jeżdżą nieustannie po każdym biurze i firmie – jeśli nie jest to taśma produkcyjna. Wtedy już się obijać nie można, ale na taśmie nie pracują krewni i znajomi królika.

    Sytuacja na cesarskim dworze prezydenta tysiąclecia była tak jaskrawym, publicznie widocznym na każdym kroku przykładem, że każdy, zdrowo myślący obserwator mógł się spodziewać najgorszego.
    Ja byłam od początku przekonana, że taka polka w szafliku musi; po prostu musi źle się skończyć.
    Nie śniłam jednak w najgorszych koszmarach, że ten koniec będzie taki straszny.
    I co? ….. Ano nic!!!
    Cała para idzie w gwizd.
    Szukamy winnych wszędzie, byle nie u siebie.
    Legendarny ruski ma odpowiadać za nasze ewidentne zaniedbania, bałagan, lekceważenie obowiązków, procedur, wiarę że musi być dobrze, musi się udać, bo przecież wszyscy bardzo tego chcemy.
    Jakby student przystępował do egzaminu nie przygotowany,
    Mierząc, zbrojny w pancerz wiary siłę /męską/ na zamiary

    Z pewnością tak skutecznie przygotowana katastrofa nie miała by prawa wydarzyć się na jakimkolwiek lotnisku w kraju o wielowiekowej tradycji.
    Ani w Niemczech, ani w Anglii, ani w Skandynawii.
    Tam znając ludzką naturę wypracowano system procedur, który jest skrupulatnie przestrzegany na każdym etapie pracy.
    Mój brat pracował przed laty w Kuwejcie, doglądając procesu budowy jakiejś instalacji, projektowanej przez jego biuro. Opowiadał z zachwytem, jak to przyjechał pracownik angielskiej firmy, aby zamontować jakiś podzespół, produkcji angielskiej firmy.
    Rozłożył skrzynkę z narzędziami, elementami, potrzebnymi do montażu, jakąś wodę mineralną postawił obok, po czym bez pośpiechu wszystko zamontował, dokręcił, popił tej wody, zebrał w woreczek resztki folii po różnych śrubkach i sobie poszedł na obiad, po czym wsiadł do samolotu i odleciał nie czekając na odbiór techniczny.
    A nasi dewizowi monterzy wciąż czekali aż coś tam przypłynie statkiem dookoła świata, albo też coś dopasowywali do stanu aktualnego.
    Przed nami jeszcze wiele lat doświadczeń i to ciężkich, bo wciąż nie dowierzamy wypracowanym procedurom i chcemy improwizować tam, gdzie na improwizacje miejsca być nie może.

    Czy to jest akurat polska cecha?
    Z całą pewnością nie do końca, jednak wieki całe przymusu pracy dla okupanta, wroga, najeźdźcy (mały sabotaż!) z pewnością ukształtowały nasz charakter tak, że nawet dla siebie nie potrafimy pracować tak, aby do wyników tej pracy nie można się było przyczepić.
    Piękne zdanie; *Od myślenia to ja mam kierownika!* wciąż jest, niestety aktualne.

  96. Pierre Doua
    Wszystkie przez Ciebie wymienione kwestie w zasadzie zostały wyjaśnione mniej lub bardziej jednoznacznie i przedyskutowane już dosyć dawno.
    Za sprawy organizacyjnie odpowiadają oczywiście pracownicy Kancelarii Prezydenta ale nie tylko, w Smoleńsku lądowano bo było najbliżej, nawet była informacja o tym, że pas startowy został w Smoleńsku wydłużony specjalnie po to by polskie TU-154 mogły lądować. BOR nie sprawdził lotniska przed wizytą, ale czekał na miejscu na delegację, lotniska zapasowe były w Mińsku (u Łukaszenki) i w Witebsku (nieczynne tego dnia), pociągiem jechała część uczestników uroczystości.
    Generalnie cała organizacja to jeden wielki skandal, improwizacja i bezgłowie.
    Wszystkie te sprawy z tego co wiem zostały objęte śledztwem i chyba prokuratura już umorzyła śledztwo.

  97. ANCA!
    Zasada Petera to jest nieco bardziej konkretne prawo.
    Chodzi o to, że jeśli się sprawdzasz jako księgowa, to masz szansę zostać kierownikiem działu finansowego, jeśli się sprawdzasz jako kierownik działu finansowego to masz szansę zostać głównym księgowym lub dyrektorem handlowym. Tak długo awansujesz, gdy wreszcie osiągniesz stanowisko na które się nie nadajesz. I tam pozostaniesz. Wynika to z zasady działania organizacji biurokratycznych i Laurence Peter swoje spostrzeżenia dokonał obserwując korporacje i instytucje amerykańskie.
    Zresztą dalej jest kwestia że dobrze, ale taka organizacja w końcu musi upaść ale się okazuje że co prawda w hierarchii cofnąć kogoś nie można, ale zawsze można stworzyć jakieś pseudo-stanowisko. Następuje tylko rozrost biurokracji ale organizacja zachowuje funkcjonalność.
    I teraz było moje pytanie: dlaczego u nas ta zasada nie obowiązuje i ludzie awansują mimo iż dawno osiągnęli swój poziom niekompetencji?

  98. Indoor!
    Czytałam oczywiście *Zasadę Petera* i znam ten schemat. Z góry zakładam, że obecni na blogu też ją czytali i znają, więc nie ma potrzeby wykładania jej po raz kolejny. Problem w tym, że w naszej rzeczywistości ten schemat został rozszerzony i *ubogacony* o zupełnie nowe elementy.
    Aby awansować na wysokie stanowisko, już nie trzeba być dobrym w jakiejkolwiek dziedzinie, bo wystarczy być krewnym, przyjacielem, towarzyszem partyjnym kogoś ważnego, aby wskoczyć na stanowisko i brać duże pieniądze za samo bycie tym kolegą z podwórka.
    Dziś nie słyszy się często o awansie w jakiejś dziedzinie. Dziś trzeba mieć *plecy* i dobrze płatna fucha jest na wyciągnięcie ręki.
    Nie będę dawała przykładów, bo każdy widzi tych osieroconych w katastrofie, co nagle ni w pięć, ni w dziewięć stali się godni poselskich, senatorskich i pomniejszych foteli, kanap, krzeseł i stołków.
    Gdzie jest Główny Kadrowy?
    ;
    No Właśnie.

  99. Mądrej głowie dość dwie słowie…

  100. ”Przed nami jeszcze wiele lat doświadczeń i to ciężkich, bo wciąż nie dowierzamy wypracowanym procedurom i chcemy improwizować tam, gdzie na improwizacje miejsca być nie może.”
    ANCA!
    Tak i nie. Organizacja np. produkcji to sztuka. Firmy, szczególnie jeśli muszą współpracować z kimś stosunkowo szybko się dostosują do standardów, wymagania są stosunkowo jasne i firma łaski nie robi – PESA chce eksportować do Niemiec i to np. uczestniczyć w przetargach rządowych lub samorządowych? Musi spełniać standardy i przygotować się do tego iż wymagania będą konsekwentnie egzekwowane i kontrolowane. Coraz więcej tego jest na szczęście.
    Gorzej, że czasami standaryzacja połączone z naszą administracją staje się własnym zaprzeczeniem – mam na przykład wrażenie, że wymagania np. odnośnie ukończonych bardzo drogich kursów z zarządzania projektami są albo preferencjami określonych ludzi (którzy akurat te kursy ukończyli) albo też naganiają klientów organizacjom które te szkolenia prowadza. (Bynajmniej nie jestem przeciwnikiem szkolenia się z zarządzania projektami, wprost przeciwnie)

  101. ”nie ma potrzeby wykładania jej po raz kolejny”
    trudno, stało się. Można napisać najwyżej podanie do Administratora by wykasował. 🙂

  102. ”Aby awansować na wysokie stanowisko, już nie trzeba być dobrym w jakiejkolwiek dziedzinie, bo wystarczy być krewnym, przyjacielem, towarzyszem partyjnym kogoś ważnego, aby wskoczyć na stanowisko i brać duże pieniądze za samo bycie tym kolegą z podwórka.”

    I o to chodzi. Jednak pewne drogi biurokratyczne (hierarchiczne) się uchowały – na przykład w wojsku.
    Ja postawiłem tezę: organizacja (państwo) w zasadzie utraciła funkcjonalność, Prezydent w kuriozalnych okolicznościach ginie wraz z delegacją w Smoleńsku, a państwo nie jest w stanie ani wyjaśnić co się stało ani wyciągnąć konsekwencje w stosunku do ludzi którzy ewidentnie zawinili.
    A media biją pianę w sprawie pseudo-problemu czy bardziej brzoza złamała skrzydło czy też skrzydło złamało brzozę.

  103. Jesteśmy jeszcze w okresie nowenny święta „Dzień świra”, jak ktoś tu zaproponował, wypada więc, abym się ponownie włączył do nurtu smoleńskiego. Nurt coraz szybszy i bardzo mętny, aż nawet brudny. Nie mam na myśli zanieczyszczeń helem, sztuczną mgłą, paliwem z bomby lub trotylem, bo przez cztery lata już poszły z nurtem, teraz pozostały męty, te żywe i umowne – psychiczne. Na blogu pojawiło się szereg nowych nicków, są i trolle – być może zatrudnieni przez Macierewicza – ale jest nieco dobrej zabawy z ich komentarzami. Niektóre wypowiedzi podobają mi się i w zasadzie z nimi się zgadzam – tych nie skomentuję. Skrytykuję trochę inne komentarze w mojej samozwańczej roli jako prawdziwego staruszka, gdyż z drobnych faktów, podawanych przez znajomych blogowiczów (np. pesele czy dziecięce obserwacje z czasów wojny) wyciągam wniosek, że chyba jestem seniorem seniorów, bo pamiętam rzeczy z przed wojny, gdyż od Wielkanocy 1939 uczęszczałem do szkoły, a noc przed wybuchem wojny pamiętam dokładnie (mobilizacja – zniknięcie ojca z domu).

    Od kilku dni pojawiło się tyle komentarzy, że trudno je rozebrać na czynniki pierwsze i podać wszędzie źródła, raczej scalę mój komentarz do wyrwanych fragmentów z kilku tekstów, dyskutując jakby z konkretnymi osobami. Bardzo płodny był Indoor (ten prawdziwy, nie świąteczny). Nieraz mieliśmy bardzo zbliżone poglądy, czasem wręcz przeciwnie, ale zawsze czytałem uważnie jego komentarze. Z tej powodzi ostatnich, smoleńskich, wyłowiłem kilka spraw, gdzie ja się z nim nie zgadzam:

    1) Rozważania typu „czy to się mogło zdarzyć na Heathrow” są bezsensowne, bo tam działa ILS i pilot wykonałby zadanie nawet wbrew woli kontrolerów. Byłoby gorzej na Okeciu, jeśli bowiem nie ustawili poprawnie wysokościomierzy – jak sugeruje Czesław – to rozbiliby się przy zawracaniu samolotu z powodu złych warunków pogodowych w Smoleńsku.

    2) Według mnie niepoprawnie interpretuje Zasady Petera. Nie ma od niej odstępstw w danej hierarchii (normalnej). Jeśli osoba jest już na stanowisku, na którym osiągnęła pułap kompetencji, a z jakichś względów ma zwolnić to stanowisko dla kogoś, wtedy są dwa wyjścia. Najrzadziej zostaje zwolniona, ale zazwyczaj dostaje pozorny awans – arabeska boczna – dłuższy tytuł, może u wojskowych dodatkową gwiazdkę i zwalnia miejsce dla osoby kompetentnej (na poprzednim stanowisku).

    3) Nie bardzo zgadzam się z oskarżeniami komisji Millera o fałszowanie, nawet w sprawie generała. Jeśli komisja miała jako obowiązującą wersję ekspertyzę polskich speców z akustyki, że generał „milczał”, wtedy byli zmuszeni (być może z radością) do częściowego wybielania generała. Stwierdzili więc, że nie ma dowodu na bezpośredni nacisk generała na załogę. Tak musieli napisać, pozostając w granicach prawa. Nigdy nie jest ważna prawda, tyko to co można udowodnić. Prawda jest jak dupa, każdy ma swoją. W sądach i takich komisjach ważne jest to co można udowodnić, a nigdy prawda. Dlatego tyle niewinnych ludzi siedzi. Każdy czytający raport może sobie prywatnie uważać, że generał robił co mógł, aby zarobić na dalsze gwiazdki i dewizową fuchę w USA – piloci nawet jawnie o tym mówili, ale prawna ocena nie może bazować na prawdopodobnych przypuszczeniach. Uczynienie z generała świetlanej postaci i uhonorowanie po śmierci jest haniebne, ale widać komuś to potrzebne.

    4) Zarzut istotny, że tylko całkowanie zależności przyspieszenia pionowego w funkcji czasu pozwala na ustalenie prawidłowego toru i nie byłoby skoków typu „ruchów pijanego marynarza” wokół ścieżki schodzenia, nie jest według mnie zasadny. Nie wiem, jak czarna skrzynka rejestruje zmiany tego przyspieszenia, (skokowo czy w sposób ciągły), nawet nie znam fizycznego związku wartości tego parametru z odczytami jakiegoś czujnika, lub zasady jego działania. Problem określenia prędkości pionowej i zmian wysokości (dwa całkowania) nie muszą dać w ruchach samolotów gładkich torów.
    Sam pamiętam wpadanie samolotu do dziur powietrznych i gwałtowne zmiany wysokości, oraz odczuwałem te przyspieszenia w burzy nad Waszyngtonem. W przypadku próby ujęcia ilościowego tego zjawiska, należałoby znać zmiany sił aerodynamicznych na skutek zmian np. parametrów powietrza w okolicy samolotu i nie ma szans na dokładne obliczenia teoretyczne bez znajomości tych sił. Naiwny, jaki jestem, myślałem, że prawdą jest pionowa prędkość przy lądowaniu, taka, jaką ustawia pilot na autopilocie (np. 7 m/s), niwelującym różnice ustawieniem systemów hamujących, gdy rzeczywista prędkość jest inna niż ustawiona – tak sobie wyobrażam automatykę, której specem jest Indoor. Kłopot może być tylko, gdy realna wartość wykracza poza ekstremalne możliwości regulacji, taki automat szlag trafi – znam to z przyrządów fizycznych w laboratorium, a w samolotach Indoor coś takiego sugeruje przy automatach ciągu w TU 154M, a w katastrofie „francuskiej” wadliwie działająca rurka Pitota.

    5) Ostatnio mało zaglądałem do blogów, bo śledziłem Flight radarem ruchy samolotu z Wrocławia przez Monachium, Abu Dhabi na Seszele – podróż wnuka do statku w Porcie Victoria. Program podaje niektóre parametry lotu, m. in. prędkość pionową. Ta się zmienia, zarówno jej wartość jak i znak. Są też nagłe skoki na wysokości normalnego lotu (około 30000 stóp), takie chyba dziureczki w powietrzu. Każda zmiana prędkości świadczy o istnieniu przyspieszenia, a przyspieszenie według Newtona jest wywołane siłą. Gdy ta nie jest stała, wtedy jest kłopot przy obliczeniach, choć dobre próbkowanie tego parametru pozwala na numeryczne całkowanie, ale moja głowa do tego się nie nadaje, a Indooor to potrafi (to nie zarzut, to podziw).

    Tyle uwag do tekstów Indoora.

    Dodam na razie tylko krótką uwagę do komentarza „nowego dla mnie” blogowicza:

    @Stary outsider
    10 kwietnia o godz. 18:51

    ****Jakie były ostatnie słowa pilotów tutki?
    – K??wa!!!!
    A prezydenta?
    – Panie prezesie, melduję wykonanie zadania.***
    Stary outsider się myli! Nie mógł słyszeć tego sławnego meldunku prezesowi partii!!! Nie było tyle czasu! Starczyło tylko na dłuuuugą k….!
    Poza tym telefon satelitarny był już wyłączony po rozmowie o zdrowiu mamusi (tej powtórki rozmowy przed odlotem).

  104. Logika
    Skreślają cię ? więc po co piszesz ?
    Lepiej skreśl się sam .
    O K
    uklony

  105. ”Bardzo płodny był Indoor”
    Bo jestem na urlopie 🙂
    Co do Heatrow – prosiłem by nie gadać o braku jaru przed pasem i ILS-ie. Chodzi o to, że jak angielski kontroler powie ”nie ma warunków do lądowania” to załoga odpowie ”tak jest” i koniec. Jak powiedział w Smoleńsku to załoga powiedziała ”sprawdzam”.
    Wysokościomierze były poprawnie ustawione, ciśnienie było prawidłowo podane z ziemi.
    Co do obliczania toru na podstawie zanotowanego w czarnych skrzynkach przyspieszenia – piszesz ”określenia prędkości pionowej i zmian wysokości (dwa całkowania) nie muszą dać w ruchach samolotów gładkich torów.”
    Ale dają. Dają gładki i sensowny tor odpowiadający pozostałym parametrom. Nie było dziur w powietrzu, nie było uskoku wiatru, nie było nawet ruchu wolantem – samolot się zniżał na autopilocie i nie robił żadnych manewrów obecnych na wykresie komisji Millera.
    Dalej: pamiętaj, że na tym autopilocie nie ustawia się prędkości zniżenia, są trzy tryby pracy, ale tak zaawansowanego nie ma. Samolot leciał przy ustawionym na autopilocie nachyleniu.
    Co do całkowania w głowie powtórzę : nie służy do obliczania toru, do tego trzeba (było) całkować numerycznie w komputerze.
    Całkowanie w głowie pozwala tylko zweryfikować (negatywnie) tor określony w raporcie komisji Millera.
    Nie ma takiej funkcji co by miał dwa ekstrema na danym odcinku, a druga pochodna na tym samym odcinku nie zmieniła znaku.

  106. Indoor Prawdziwy
    11 kwietnia o godz. 11:45
    Wiem, wiem… te moje skróty…
    Po prostu zakładam, że wymieniam się uwagami z mądrzejszymi od siebie, bo o swoich walorach intelektualnych mam przekonanie średnie.
    Często z tego powodu skracam nadmiernie swoje wypowiedzi, albo też czegoś nie dopiszę, licząc na oczywiste zrozumienie przez tę drugą stronę.
    Czasami nie jest to niestety oczywiste i zbieram cięgi.
    Ale się zbieram w sobie i brnę dalej.

  107. Wspomnienia młodości przywiodły Moją Starą do echa syndromu komputerowej daty 2000.01.01 i zażyczyła sobie zamiany Windowsa dla eXPerience na Windowsa najnowszego zaprojektowanego do kontaktów z inteligentnymi inaczej.

    W gazetowej reklamie kramarstwa urządzeń dla kuchni i dla szkół specjalnych znalazła Moja reklamę kompa i stronę internetową tegoż ogólnpolskiego kramu. Po zasięgnięciu dodatkowego klasycznego calla z użyciem wynalazku Bella dowiedzieliśmy się, że nasze poniedziałkowe zamówienie w filli odleglej o 1 (literowo: jeden) kilometr nastąpi w czwartkowe, już minione południe – nie wcześniej.

    Darme musi czekać, a amardegeon wraz z apoCalypso’m kakaowym lizanym po latach wyjętych z zamrażarki możemy przechytrzyć spacerkiem 2 x 1 km.

    Młódka apetyczna i naturalnie uśmiechająca się dowiedziała się, że zależy nam dokładnym Windowsie 8.1, a na stanie były maszyny zaokrąglone do 8. Za to dostaliśmy księgę dla nowicjusza mniejszą niż instrukcja do aspiryny i system 64-obitowy (spuchł między sklepem internetowym a sklepem tradycyjnym, bo łącze jest szerokopasmowe).

    Wszyscy zakochani w buźkach będą szcęśliwii. Po kwadransie macania ekranu kursorem (jak babę po ciemaku) zaczęuem poszukiwania metody zatrzymania na ekranie ikon pokazujących się na czas wyrażony cyfrą 0,17 sekundy.

    Bez dodatkowych lekcji religii i zwiekszenia puli bonusowych świętych obrazków siem nie obejdzie. W tak bałaknianym międzyczasie @Kartka poda link do reportażu z wyłupywania oczu Andrzejowi Rublowowi. Bo bez kursu ikonografii siem nie obejdzie.

    Uprzedzam, że bez wykładowców historii Hakaty i pragmatyki rozróżniania manetki od bliźniaczego wolanta siem nie obejdzie i trzeba będzie przeczytać dalsze rozdziały Mistrza i Małgorzaty zachwycające czytelników opisem opanowania siedziby Putina przez kota – no jak mu tam? – Wolanta! A to potrwa.

    Miła i świeża w latach sprzedawczyni myłiła Davida z Bilem, sądziła, że Cameron to nowy taniec i zapytała czy ten Dawid temu Goliatowi zapłacił tyle w funtach szwajcarskich za jeszcze rok używania Windows XP przez Radę Królewską.

    Gdy coś uda ci się nieeXPerience użyytkowniku chycić po ściągnięciu 1GB rożnicy między 8 a 8.1 to wyszukiwarka krzyknie Bingo!. Wcześniej jednak będziesz musiał przymuszony zwolenniku nowości umieścić imię babci po kądzieli w chmurze inteligencji microsoftowej. Obrót gotówkowy w Microsoftcie został dla bezpieczeństwa hakerów zarzucony i bez koncika i numeru biustoniosza kochanki zakodowanym w haśle nie da rady i nie da karetki. Zalecam wcześniejszą receptę na nitroglicerynę pod język.

    Literatura blogowa jeszcze ma się choraszo: Ą:-|

    Buźka Twa Mać i Ojciec!

  108. mag
    9 kwietnia o godz. 22:33 pisze……

    Jakoś to się wszystko kupy trzymało nawet za komuny,…….ze wierzy ciagle w komune…..lub kupe wlasnych niedorzecznosc…….

    Saldo mortale

  109. Antonius
    11 kwietnia o godz. 11:56
    Nie wiem, jak czarna skrzynka rejestruje zmiany tego przyspieszenia, (skokowo czy w sposób ciągły), nawet nie znam fizycznego związku wartości tego parametru z odczytami jakiegoś czujnika, lub zasady jego działania. Problem określenia prędkości pionowej i zmian wysokości (dwa całkowania) nie muszą dać w ruchach samolotów gładkich torów.

    Mój komentarz
    Dla obserwatora zewnętrznego to jest problem. Na wykresie parametrów lotu w załączniku do raportu Millera pokazane są przebiegi prędkości przyrządowej samolotu, wysokości radiowej oraz przyspieszenia pionowego. Wykres jest pewnie skanem z jakiegoś protokołu i nie jest czytelny na tyle, by móc dokładnie całkować.

    Podobnie wygląda wykres parametrów lotu w raporcie MAK.
    W obu raportach można się dopatrzyć następujących szczegółów

    a) Na wykresach obu raportów zarówno szybkość, wysokość radiowa jak i przyspieszenie pionowe skaczą drobniutkimi zygzaczkami jak chcą.

    b) Oba wykresy są w funkcji czasu. Na wykresie prezentowanym w raporcie Millera da się odczytać w przybliżeniu podziałkę – na 30 s przypada około 12 działek skali. Szerokość niektórych „kolumienek” i „schodków” na wykresie równa jest w przybliżeniu jednej działce, co pozwala z grubym przybliżeniem założyć, że cykl próbkowania parametrów wynosiła co najwyżej 2,5 sekundy (12 na 30 sekund), ale z drugiej strony dla np. przyspieszenia pionowego w niektórych miejscach wykresy (w części końcowej, gdy samolot podrywa się w górę i jest „przeciągnięty”) zygzaki są węższe, co by wskazywało na krótszy cykl próbkowania, np. 1 – 2 s.

    Nie doczytałem się w obu raportach szczegółów na ten temat. Autorzy raportów się nie pochwalili (albo ja nie doczytałem). Tylko w raporcie Millera jest podana następująca informacja:
    „Jednostka struktury danych w systemie MSRP. Trwa 5 s i zawiera 10 kadrów. Pierwszy bajt każdego kadru służy do zapisu tzw. danych służbowych (godzina, minuta, dzień, miesiąc, ostatnia cyfra roku, nr rejsu, nr kodowy samolotu). Kolejne kadry w subkadrze zawierają kolejne z 10 bajtów danych służbowych.”

    Pisanie, ze KBWL sfałszowała tor lotu, bo wykres toru lotu w raporcie Millera jest jakiś taki garbaty, jest naciąganiem czytelników na niewiarę w raport. Wykres toru lotu jest pociągnięty linią poglądową opartą o zarejestrowane wartości z przyrządów samolotu. Istotne są wysokości na jakich samolot znajdował się nad gruntem Te są pokazane na wykresie parametrów lotu i dokładnie zapisane w rejestratorach.
    Pzdr, TJ

  110. Antonius
    Nie będę się upierał, ale nieboszczyk prezydent swoją ostatnią wypowiedź przez telefon komórkowy rozpoczął wcześniej niż piloci. Zaraz po tym, jak uruchomił zapalnik czasowy bomby, której eksplozja – w myśl najnowszej wersji zamachu według Macierewicza – zniszczyła prezydencką salonkę.

    A z nie całkiem innej beczki. Co może kryć się za enigmatycznym określeniem: „Z przyczyn technicznych„?
    Zdarzyło się to dzisiaj rano na lotnisku w Gdańsku. Boeing linii SAS z Kopenhagi przy dobrej pogodzie podchodził do lądowania. Na kilka chwil przed przyziemieniem pasażerowie usłyszeli komunikat, że z przyczyn technicznych samolot wraca do Kopenhagi. (W tym czasie na gdańskim lotnisku odbywał się normalny ruch, rozkładowe starty i lądowania.) Samolot wylądował w Kopenhadze bez żadnych zakłóceń dostrzegalnych przez doświadczonych pasażerów. (Niektórzy z tych mniej obytych już klepali zdrowaśki.) Na krańcu lotniska, na bocznej płycie postojowej już czekał inny boeing tego samego typu. Zamiana samolotów była niezauważalna z terminalu, a trwała około kwadransa. Pasażerów poproszono o zajęcie tych samych miejsc, co w poprzednim samolocie – nikt nie ubył. Przeładowano bagaże, uzupełniono catering i bez dodatkowych perturbacji dowieziono pasażerów do Gdańska.
    Za mało wiem o organizacji ruchu lotniczego, by snuć jakieś przypuszczenia. Najprawdopodobniej samolot miał drobną usterkę, wymagającą jednak naprawy przed kolejnym startem. Więc SAS-owi łatwiej i taniej jest ją wykonać w Kopenhadze, we własnej bazie technicznej, niż w Gdańsku.

  111. @Indoor Prawdziwy
    11 kwietnia o godz. 12:14

    Wygląda na to, że znów sprzeczamy się o szczegóły z fizyki, bo techniczne rozwiązania nie są moją domeną.

    ***Wysokościomierze były poprawnie ustawione, ciśnienie było prawidłowo podane z ziemi.***

    To nie jest prawdą!!! A jest właściwie „pół prawdą”. Ciśnienie faktycznie podano załodze dobrze, ale z niego nie skorzystali w pełni. Nie wiem, jak pozostałe wysokościomierze baryczne były ustawione, ale ten najważniejszy, ślicznie świecący, umieszczony w okolicy pierwszego pilota, sprzężony z systemem TAWS i dobrze obserwowalny przez nawigatora, był świadomie zafałszowany przez załogę, aby oszukać TAWS przy zbliżaniu się do ziemi. Załoga nie lubiła paskudnego wrzasku ostrzeżeń poniżej pewnej wysokości nad pasem startowym. System bez ILS traktował normalne lądowanie jako groźbę zderzenia z ziemią. Drugi, analogiczny przyrząd cyfrowo-elektroniczny był w okolicy kolan drugiego pilota, ale ja jestem pewny, że pilot go olał i próbował wzrokiem przebić mgłę. W czasie, kiedy nawigator stwierdził, że cały czas wysokość wynosi 100 m (na przyrządzie radiowym), należało rzucić okiem na ten przyrząd, który mógł pokazać około 50 m, a nie 100 m. Wtedy drugi pilot mógł zadziałać i uratować samolot. Po prostu nie było właściwego podziału ról – to nie była zgrana i świetnie szkolona załoga, a zbieranina przypadkowych i nieuprawnionych do pracy żołnierzy, zebranych z łapanki, bez należytego przygotowania. Widzieli się podobno dopiero krótko przed odlotem. Do tego nawigator, odpowiedzialny za kontaktowanie się z kontrolerem naziemnym, bez znajomości języka wroga…
    Pracował tak naprawdę tylko pierwszy pilot. Można było zaoszczędzić na pensjach dla pozostałej trójki. Zamiast pomóc pilotowi, tylko wprowadzili go w błąd. Dodatkową korzyścią byłyby trzy miejsca siedzące dla gapiów w mundurach generalskich.

    *** Dają gładki i sensowny tor odpowiadający pozostałym parametrom. Nie było dziur w powietrzu, nie było uskoku wiatru, nie było nawet ruchu wolantem ? samolot się zniżał na autopilocie i nie robił żadnych manewrów obecnych na wykresie komisji Millera.***

    Skoro samolot zniżał się po prostej, to znaczy, że były stałe obie prędkości (zniżania i pozioma), a wtedy przyspieszenie wynosiło cały czas zero! To po jakiego licha całkować to zero, skoro wystarczyło dodać składowe prędkości i kierunek wypadkowej prędkości wyznacza jednoznacznie tor samolotu. Sens całkowania jest w przypadku, gdy występują przyspieszenia, różne od zera, np. od momentu, gdy byli poniżej pasa startowego i próbowali uciec z pułapki..

  112. TJ!
    Elementarz. Akcelerator w TU-154 to konstrukcja z lat 60-ych, bezładnościowo – potencjometryczny (rurka, ciężarek, gumka i potencjometr, ale działa) zamontowany w tylnej części kokpitu. Pomiar jest ciągły, ale notowany jest 2 razy na sekundę (albo 4 pisze gdzieś w dokumentacji MSRP64M nie chce mi się szukać. ) rozdzielczość akcelerometru z tego co pamiętam 0.025g. Pomiary nie skaczą, są zupełnie w porządku, nadają się do całkowania numerycznego. Oczywiście jesli będą na granicy to będzie zigzak. Normalne.
    Dokumenty MAK to pdf-y wektorowe, można je spokojnie skalować, gorzej z dokumentami komisji Millera. Jeśli masz jakiś kłopot z danymi – możesz pobrać wersję źródłową z MAK w języku angielskim, na rysunkach 21-25 masz wszystkie parametry nagrane w rejestratorze z rozdzielczością jak na taśmie.
    http://www.mak.ru/russian/investigations/2010/tu-154m_101/finalreport_eng.pdf

    Co do skakania danych – przyspieszenie skacze jak mu rozdzielczość każe, wysokość radiowa skacze jak mu krowa pod spodem się przesuwa.

  113. @ TJ
    11 kwietnia o godz. 18:23

    Przy moim słabym wzroku nie miałem szans na przyzwoite studiowanie toru w raportach MAK i Millera. Musiałbym rysunek powiększyć kilkakrotnie i wydrukować na arkuszu bristolu. Nie mam takich szans technicznych. Podobał mi się szkic tego Ruska (Amielin?) mimo jego ewidentnych braków, które próbował zniwelować różnymi symbolami dla odczytanych wysokości przez różnych „mierniczych”. Umiałem go powiększyć na ekranie monitora, a nawet w wydruku, aby próbować poobliczać różne rzeczy (szacować).
    Nakrywały się dwie skale – na osi odciętych był i czas i położenie. To jest sensowne w przypadku stałej prędkości (w poziomie).
    Autor miał tylko problem z „doborem” typu wysokościomierza do usłyszanych odczytów – poniżej 400 m.
    Nie uwzględnił widocznej na rysunku rzeźby terenu i to spowodowało takie dziwne skoki samolotu.

  114. Antoniusie!
    Fantazjujesz i knujesz co by było gdyby. Jak zwykle mieszasz swoje gdybanie z faktami. Najpierw twierdzisz, że źle były wysokościomierze ustawione i po powrocie do Warszawy rozbiliby się (kompletna bzdura) żeby za chwilę przejść do szczegółu że jeden z wysokościomierzy został przestawiony i wpadasz od razu sprzeczność – jeśli załoga przestawiła by TAWS nie gadał to wiedziała że przestawiła więc nie mogła się zasugerować niewłaściwym wskazaniem. Poza tym caly czas twierdziłeś do tej pory że wysokościomierzy jest 7 i to za duzo. Więc się zdecyduj. Według mnie wydziwiasz (zgodnie z programem)

    Po drugie to, że tor jest gładki nie oznacza że jest linią prostą. Nie ma nagłych skoków, nie ma załamań.

  115. Indoorze!

    Dziękuję za elementarz! Wyobrażam sobie już taki przyrząd. Myślałem, że korzystano z zasady dynamometru (sprężyna), ale gumka z majtek jest pewnie lepsza.

  116. TJ.
    Teraz sedno.
    Zrobiłem kiedyś taki film porównujący tor lotu według komisji Millera, według MAK
    https://www.youtube.com/watch?v=WcE67LOTAOA
    Na początku jest wykres Millera (czerwomo pomarańczowy) przeskalowany z załącznika pierwszego raportu.
    wykres MAK (niebieski pod nim) pojawia się po chwili w tej samej skali czasu i wysokości (trudno było je zgrać, ale się udało)
    W pewnym momencie na wykres MAK nakładam grubą czerwoną linią wynik kontrolnego całkowania numerycznego z przyspieszenia. Różnica niewielka wynika prawdopodobnie z innej metody całkowania.
    Różnica jest kolosalna. Wynika to z faktu, iż od pewnego momentu komisja Millera poszła na łatwiznę i nie uwzględniła rzeźby terenu, tylko przesunęła wynik pomiarów z wysokościomierza radiowego o 15 metrów w górę. W efekcie wysokość został powiększony o każde wgłębienie terenu. Stąd takie dwa wyskoki.
    Gdyby traktować to jako ”fałszerstwo” (w końcu na tej podstawie oskarża komisja kontrolerów) to jest to wyjątkowo infantylne fałszerstwo, coś jakby Cio ktoś chciał wciskać fałszywe dollary z napisem ”One fałszywy dollar”. Nie trzeba znać jaki jest prawdziwy tor. Po prostu porównując pomiary z wysokościomierza radiowego i wykres widać, że wykres nie może być prawdziwy.
    Ale dobrze – powiedzmy że było to lenistwo lub nieudolność i zostawili, bo ładnie wygląda.

  117. Szanowni państwo blogowiska pani Janiny PARADOWSKIEJ – nic nie wskazuje na to, że Antoni Macierewicz jest w stanie zmienić bezlitosne orzeczenie MAK-u (ale także i Komisji Millera), że przyczynami katastrofy smoleńskiej były: i tu wymienia się trzy podstawowe oraz pięć dodatkowych (jakby okoliczności towarzyszących) a wśród nich na pozycji piątej: lądowanie na podstawie radiowysokościomierza, a nie wysokościomierza barometrycznego. Jedynie ten ostatni pokazuje faktyczną wysokość nad poziomem lotniska.
    MAK odrzucił także większość przedstawionych przez Polskę zastrzeżeń do raportu, ponieważ nie mają charakteru technicznego ale są związane z ustaleniem odpowiedzialności i winy poszczególnych osób, co nie jest przedmiotem prac komisji (Aleksiej Morozow).
    http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1512158,1,raport-makprzyczyny-k
    Dla potrzeb wewnętrznych blogu pani JP mogą pojawiać się (i pojawiają!) różne przyczyny tego zejścia poniżej wysokości dopuszczalnej, ale to nie będzie miało najmniejszego wpływu na tworzone teorie wybuchu, bo go po prostu n i e b y ł o. I to jest udokumentowane, a co gorsze lokalizacja wraku nie ma na to najmniejszego wpływu!!!
    Szanowna Gospodyni sugeruje BIAŁĄ KSIĘGĘ Rządu RP. Gdyby próbować ją założyć i wypełnić pracą (niewdzięczną, bo i pozycja wyjściowa zespołu, to prawie „narożnik ringu”) zespołu pana LASKA, który ma za zadanie „prostować”, coraz to durniejsze pomysły Macierewicza oraz zatrudnionych dla jego potrzeb „ekspertów” (ostatnio jakiegoś Duńczyka), to powinna ona posiadać, pewien rodzaj wstępu, w formie oświadczenia pana premiera TUSKA, w którym skomentuje przyczyny ataku na sformułowane (przez panią ANODINĘ) w raporcie MAK-u przyczyny i okoliczności katastrofy smoleńskiej.
    Prawdopodobnie Premier, nie był zorientowany o postępującej degradacji poziomu moralnego personelu latającego, jak i szkoleniowego załóg w przelotach na obce lotniska w TWA na lotniska nie posiadające współczesnego wyposażenia w techniczne środki (ILS tupu I lub II) zabezpieczenia lądowania w TWA (nawet we mgle i bez widoczności ziemi).
    Różne przesłanki ukazywano w raportach – po katastrofie, o których pan premier z całą pewnością nie wiedział: a to fałszowanie uprawnień pilotów, a to zaniechania szkolenia w lotach w TWA wg procedur USL i RSL. Okazało się to szczególnie groźne i sdamobójcze podczas lotu na lotnisko pod Smoleńskiem. Pozwolicie, ze nie będę tematu rozwijał – czyniłem to wiele razy, ale z pewną satysfakcją przeczytałem punkt piąty (że wykonywali lądowanie wg. danych radiowysokościomierza) raportu MAK-u, o czym także wspomina – między wierszami i raport Millera i pan Lasek o tym mówi coraz głośniej. Co gorsze, nawet na tym blogu jeden z kolegów sugeruje, że piloci 36 spltr, pod kierownictwem pana płka pilota inżyniera M.Gr. opracowali i trenowali procedurę specjalną, którą sprawdzali w praktyce w czasie lądowania z prezydentem RP i pod okiem dowódcy SP RP na lotnisku pod Smoleńskiem w dniu 10 kwietnia 2010 roku!!
    Wycofanie się Premiera „z tej pochopności” w ocenie raportu MAK-u, prawdopodobnie otworzyło by drogę do ataku na Macierewicza i Kaczyńskiego, czy odwrotnie, bo cholera jedynie wie, kto kogo inspiruje. Prawdopodobnie może dojść do niegroźnej w skutkach „kolizji” z Prezydentem RP, bo to on mówił – z przekonaniem chyba, o polskich pilotach i drzwiach od stodoły.
    Dopiero tak otwarta BIAŁA KSIĘGA ma sens i może stworzyć szanse na powodzenie trudu zespołu pana LASKA, a Premiera wypuścić z narożnika ringu. Nie tłumaczenie – dość tego, a jedynie atak może powstrzymać tendencje w odbiorze poczynań Macierewicza (odsetek wierzących w zamach rośnie i to nie tylko w szeregach zwolenników PiS-u).
    P.S. Ten „Duńczyk – wzorem Kamińskiego (tego od CBA), na zakończenie swego wywodu przed kamerami TVPInfo o brzozie zwrócił się do publiki słowami: chyba teraz wiecie na kogo trzeba głosować?
    Serdecznie państwa pozdrawiam – Czesław.

  118. PS

    Indoorze!

    Znów nie czytałeś uważnie. Nie twierdziłem, że załoga nie ustawiła ciśnienia na Okęciu. Pisałem tylko, że Czesław tak sugeruje i przy nagminnym łamaniu procedur przez tę załogę, uważam to za prawdopodobne. Po co się męczyć, gdy nie planowali powrotu do Warszawy przy złej pogodzie, a radiowy doprowadzi ich bez jarów przed Okęciem na ziemię?
    Nie ma to żadnego związku z faktem, że elektroniczny przyrząd pierwszego pilota był świadomie i celowo ustawiony na ciśnienie normalne i wtedy przyrząd twierdzi, że samolot jest około 150 m wyżej i TAWS śpi. Pamiętam rozmowę kpt Protasiuka z kimś, gdy kontroler podał ciśnienie w Smoleńsku (było chyba tak – „Robercik ustawi”).
    Musiałbym sprawdzić, ale liczyłem przyrządy, podające wysokość i było ich 8, a nie 7. Ósmy przyrząd w zasadzie podawał chyba szybkość zniżania, ale równocześnie podawał wysokość. Był gdzieś na środku między pilotami, dokładnie przed nawigatorem. Bardzo niewygodny, wskazówkowy, i chyba w amerykańskich jednostkach.
    Kiedyś znałem wszystkie nazwy i u Gugla sprawdzałem, co o nich wie. Nie chce mi się od nowa czytać raportów, aby uściślić, bo jestem przekonany, że nikt nie korzystał z tych siedmiu, tylko nawigator z ósmego, radiowego, bezprawnie!

    Widziałem w działaniu zachowanie się wysokościomierzy, oglądając film z lotu z Moskwy do Murmańska, wspaniały film. Pokazano jaką procedurą przygotowano lot, z tym guzikiem „UCHOD” włącznie – na ziemi. potem start i dojście do 10000 m i lądowanie. Mogłem bez problemu odczytać cyferki na świecącym ekranie przyrządu przed pierwszym pilotem.
    Był to TU 154M, ale z trzyosobową załogą. Nawigator siedział z boku pewnie tak, jak technik w polskiej tutce i nie miał bajerów polskiej tutki, lepiej wyposażonej.

  119. To jednak trzeba wygooglać u wujka Googla (raport mak o przyczynach katastrofy smoleńskiej). Wg. prof Żylicza z punktu widzenia prawa międzynarodowego liczy się jedynie raport MAK-u. Spełnia on wszelkie konieczne kryteria (z udziałem naszego przestawiciela w pracach Komisji włącznie – płk pil. E. KLICH, z grupą polskich ekspertów). Niestety nic nie poradzimy w tej sprawie. – Czesław.

  120. Antoniusie!
    Od 4 lat powtarzasz te same frazy
    1. podoba Ci się wykres Amielina. Przekonuje Cię, bo możesz sobie powiększyć. Wykres został sporządzony przed opublikowaniem danych i nie ma nic wspólnego z rzeczywistym torem lotu. Ale Ci się podoba. Zapewne jest jeszcze kolorowy.
    2. Oglądałeś film ”lot na pólnoc” i policzyłeś wysokościomierze.
    A ja przeczytałem 2 raporty, (jeden ma 8 załączników drugi chyba 12). Przeczytałem wszystkie książki które się ukazały na ten temat i nie były gniotem propagandowym ze stajni Macierewicza (dwie książki Prószyński i spólka, jeden Amielina, jeden Edmunda Klicha), przetłumaczyłem sobie i przestudiowałem dokumentację techniczną automatyki TU-154, przelatałem na symulatorze lotów TU-154 od groma godzin, zejść robiłem kilka tysięcy (z wykorzystaniem automatu ciągu) nastepnie przeanalizowałem wykresy które tworzy rejestrator symulatora.
    A się nie chwale.

  121. Indoor Prawdziwy
    11 kwietnia o godz. 21:35
    TJ.
    Teraz sedno.
    Zrobiłem kiedyś taki film porównujący tor lotu według komisji Millera, według MAK
    https://www.youtube.com/watch?v=WcE67LOTAOA
    Na początku jest wykres Millera (czerwomo pomarańczowy) przeskalowany z załącznika pierwszego raportu.
    wykres MAK (niebieski pod nim) pojawia się po chwili w tej samej skali czasu i wysokości (trudno było je zgrać, ale się udało)
    W pewnym momencie na wykres MAK nakładam grubą czerwoną linią

    Mój komentarz

    1) Niestety nie zrozumiałem nic z Twojego filmu na youtube. Jaki sens ma sporządzanie filmu, a właściwie serii widoków kolejnych wykresów pokazywanych metodą przenikania się bez głosu lub chociażby napisów objaśniających?

    2) Nie rozumiem także Twojego tłumaczenia o fałszowaniu toru lotu w raporcie Millera celem fałszywego oskarżania kontrolerów. Prawdę mówiąc nie tylko nie rozumiem, ale nie wiem o co Ci chodzi.

    Nie mogę się doszukać sensu w tym:

    „komisja Millera poszła na łatwiznę i nie uwzględniła rzeźby terenu, tylko przesunęła wynik pomiarów z wysokościomierza radiowego o 15 metrów w górę. W efekcie wysokość został powiększony o każde wgłębienie terenu. Stąd takie dwa wyskoki.
    Gdyby traktować to jako ?fałszerstwo? (w końcu na tej podstawie oskarża komisja kontrolerów) to jest to wyjątkowo infantylne fałszerstwo,”

    Co ma nieuwzględnienie rzeźby terenu z przesunięciem o 15 m w górę wyników pomiarów i dlaczego istotne jest, że te wyniki zostały powiększone o każde wgłębienie terenu? A czy każde wgłębienie terenu nie powiększa wysokości nad przeciętną uśrednioną linią dna?
    Ja zrozumiałem opis w raporcie Millera następująco – komisja zsynchronizowała wyniki pomiarów wysokości radiowej z rzeźbą terenu. Tyle. Dorób lepsze tłumaczenie, jaśniejszą interpretację, która by wskazywała o co Ci chodzi.

    Rozumiem Ciebie tak – chcesz pokazać, że samolot był wyżej o 15 m niż faktycznie i Ty to potwierdziłeś całkowaniem podwójnym przyspieszenia pionowego i na tym polega fałszerstwo raportu. I dalej kontynuujesz – komisja sfałszował raport by oskarżyć kontrolerów.

    Zachodzę w głowę o co mogłaby oskarżyć komisja Millera kontrolerów.
    Samolot był poniżej pasa lotniska, kołami macał drzewa i krzaki, co komisja Millera szczegółowo opisała, jak również komisja MAKu.
    O co w tym króciutkim tragicznym odcineczku lotu, kiedy szanse wyrwania się w górę spod poziomu pasa były prawie żadne, komisja by mogła oskarżyć kontrolerów? Że nie widzieli samolotu wzrokowo i na wskaźniku radaru?

    Ale mniejsza o to. Nie przemawiają do mnie żadne Twoje tłumaczenia, ponieważ są niesystema-tyczne i enigmatyczne.
    Dawkujesz je kroplówką, nie domawiasz, dorzucasz wciąż nowe wyjaśnienia, które nie są konkretne, niczego nie wyjaśniają.
    Pzdr, TJ

  122. @ Czeslaw
    Czym jest MAK wedlug opinii rosyjskiej:
    Z prof. Igorem Trunowem, rosyjskim adwokatem specjalizującym się w sprawach wypadków i aktów terrorystycznych, rozmawia Piotr Falkowski
    Jako pełnomocnik ofiar albo rodzin ofiar katastrof z reguły staje Pan w śledztwie i w sądzie przeciwko instytucjom państwowym. To chyba nie jest światowy standard?

    – Chodzi o to, że we wszelkie katastrofy technogenne w pewien sposób zaangażowane jest państwo, np. w 2004 r. zawalił się w Moskwie dach centrum sportowo-rozrywkowego Transwal-Park. Na miejscu zginęło 28 osób, sto zostało inwalidami. To centrum było prywatne, ale okazało się, że jego właścicielem była Jelena Baturina, żona ówczesnego mera Moskwy Jurija Łużkowa. Do dzisiaj nie daje się pociągnąć tych instytucji do odpowiedzialności. Sprawy karnej w ogóle nie skierowano do sądu – umarła na etapie śledztwa. Nikt nie został nawet zatrzymany.

    Sąd jest w Rosji przedłużeniem państwa, a sędzia – urzędnikiem państwowym. Sędziowie mianowani są w ramach logiki funkcjonowania państwa i oczywiście nie stoją po stronie obrony praw i interesów pojedynczych osób.

    Podobnie jest z katastrofami lotniczymi?
    – W okresie ostatnich około 15 lat widać tendencję, by sprawy karne nigdy nie trafiały do sądu. Proszę zrozumieć, że śledztwo jest u nas specyficzne, zamknięte i utajnione, nie trafia do rąk osób przypadkowych. Można zobaczyć, co zrobili śledczy, jakie mają dowody, tylko w sądzie, gdzie możliwa jest jakakolwiek przejrzystość. W ciągu ostatnich 15 lat żadna katastrofa lotnicza nie trafiła do sądu i nie wiemy, dlaczego do nich doszło. Znamy tylko wywody, w których wszystko zrzuca się na nieżyjących lotników. Albo źle hamowali, albo byli pijani, zażywali jakieś lekarstwa, nie mieli doświadczenia itd. W przypadku katastrofy pod Permem (14 września 2008 r.) znaleziono ślady alkoholu rzekomo znajdującego się we krwi pilota, którego ciało spłonęło i zostały zwęglone resztki. Jak można znaleźć krew w popiołach, a w niej jeszcze spirytus, który przecież sam się spala?

    Alkohol to częsty motyw w obwinianiu uczestników katastrof lotniczych?
    – MAK razem z Komitetem Śledczym mają chyba na etatach pisarzy science fiction, bo niektóre ich pomysły naprawdę wyróżniają się oryginalnością. Weźmy choćby katastrofę w Jarosławiu (7 września 2011 r.). Tam stwierdzono, że podczas startu był zaciągnięty hamulec kół i to wpłynęło na rozbieg. Na pasie nie ma śladów tego hamowania. Poza tym samolot uniósł się już 6 metrów nad ziemię. A wtedy hamulce kół już tylko ściskają zawieszone w powietrzu koła, nie wpływają na silniki ani skrzydła.

    Dlaczego władze Rosji pozwalają sobie na coś takiego, przecież taka liczba katastrof lotniczych musi niepokoić. To wpływa na zaufanie obywateli do państwa, pogarsza wizerunek kraju za granicą.
    – To wszystko ofiary imperialnych ambicji państwa. Ofiary te pochłania potwór złożony z MAK, Komitetu Śledczego i ministerstwa transportu. Dlaczego? Otóż działania MAK rozciągają się na 12 krajów, byłych republik Związku Sowieckiego, w których posiada on w efekcie spore wpływy. Tylko Ukraina utworzyła własne struktury i bazę normatywną, w efekcie praktycznie uniezależniła się od MAK. Pozostałe państwa (poza oczywiście Rosją) nie są w stanie stworzyć własnych struktur lotniczych na wystarczającym poziomie profesjonalizmu.

    Nie boi się Pan latać samolotami?
    – Po tej rozmowie być może i pan niezbyt pewnie będzie się czuć, wsiadając do samolotu. Mnie jest o wiele bardziej nieprzyjemnie. Znam wiele szczegółów, nazwisk, faktów. Wiem więcej niż inni, bo zajmowałem się zawodowo siedmioma dużymi katastrofami lotniczymi. Systematycznie wymaga się ode mnie podpisu, że nie będę tego rozgłaszał, grożąc odpowiedzialnością karną. Staram się korzystać tylko z usług zachodnich linii lotniczych albo rosyjskich, ale wykonujących loty nad państwami zachodnimi. To dlatego, że mamy podwójne standardy. Samolot latający tylko nad terytorium Federacji Rosyjskiej jest ubezpieczony według rosyjskich przepisów o ubezpieczeniach i odpowiedzialności materialnej. Jeśli natomiast leci nad terytorium zagranicznym (choćby leciał tylko do Kaliningradu), musi się ubezpieczyć według zasad europejskich. Różnica jest ogromna. W Rosji ubezpiecza się na 2 mln rubli, a w Europie na co najmniej 12 mln rubli. Do Europy latają więc inne samoloty, inaczej się je remontuje, obsługuje, gdyż jeśli coś się stanie, od razu linie lotnicze ponoszą ogromne straty związane z ubezpieczeniem.

    Próbowaliśmy raz w sądzie zaskarżyć raport MAK. Napisano nam, że się nie da – MAK nie podlega wymiarowi sprawiedliwości. Na ponad 300 katastrof badanych przez MAK ani jeden raport nie został skutecznie zaskarżony przed sądem.

    Nie da się jakoś zachować politycznych korzyści, jednocześnie eliminując te patologie, które przecież szkodzą najbardziej Rosji?
    – To nie jest wcale takie proste. Tatiana Anodina i jej struktura istnieją na podstawie porozumienia 12 państw. Jest pytanie o prawomocność tego porozumienia, o ratyfikację, wiele różnych wątpliwości prawnych można postawić i zakwestionować to porozumienie i w ogóle istnienie MAK.

    Ale przecież Kreml posiada zapewne jakieś środki oddziaływania na szefostwo MAK bez zbierania dwunastu prezydentów?
    – Z prawnego punktu widzenia nie ma takiej możliwości. Pewnym środkiem pozostaje finansowanie. MAK dostaje jakieś pieniądze z budżetu federalnego, więc można obiecać ich więcej w zamian za określone działania albo dać mniej. Oczywiście państwo może wpływać na MAK w sposób nieoficjalny, i to robi.

    Wygrał Pan kiedyś z instytucjami państwowymi związanymi z lotnictwem?
    – Nigdy w tym zakresie, w jakim powinno tak się stać. Ponieważ ja za wygraną uważam sprawę, w której do odpowiedzialności karnej zostaną pociągnięci wszyscy winni. Nie kwestionuję tego, że w poszczególnych przypadkach winę ponoszą lotnicy, nie kwestionuję tego, że z nimi jest problem, że jakość ich przygotowania bardzo mocno szwankuje, że lotnicy, szczególnie pracujący na maszynach zachodnich, nie mają odpowiednich nawyków. Ale katastrofa lotnicza to zawsze kompleks problemów, przyczyn i winnych. Jeśli sadza się człowieka zupełnie nieprzygotowanego za sterami boeinga i on się rozbija, to odpowiedzialność powinien ponieść także ten, kto tego człowieka wyznaczył do wykonywania lotu.

    Wszystkie ostatnie katastrofy, którymi się zajmowałem, dotyczyły rejsów międzynarodowych. Były więc ubezpieczone według zasad europejskich. Okazywało się, że państwo płaciło i tak 2 mln rubli, a nie 12 mln jak zapisano w polisie. Wyjątkiem był jeden przypadek, gdy wypłacono wszystko zgodnie z prawem. Wtedy odbywało się to przez sąd, a odszkodowanie dotyczyło bliskich urzędnika administracji prezydenta gen. Giennadija Troszewa, który zginął w katastrofie permskiej. Na stronie internetowej naszej kancelarii pokazaliśmy wyrok w tej sprawie i za każdym razem pytamy, skąd taka różnica, że Troszewowi wypłacono 12 milionów, innym 2 miliony.

    I co odpowiadają?
    – Utajniają postępowania. I każą podpisać zobowiązanie do zachowania tajemnicy. Złamanie jej zagrożone jest karą do 10 lat pozbawienia wolności. Więc nie mogę panu powiedzieć. Nie mogę tego powiedzieć też swoim klientom – bliskim ofiar np. po katastrofie donieckiej (26 sierpnia 2006 r. nad Ukrainą rozbił się Tu-154M lecący z Anapy do Sankt Petersburga) same linie lotnicze uznały roszczenie w wysokości 12 mln rubli dla każdej rodziny, a są to linie należące do kancelarii prezydenta. Sąd przyznał jednak od 50 tys. do 800 tysięcy. Skąd takie różnice? Nie wiadomo. Taki był wyrok i koniec. Kiedy ten wyrok upubliczniłem, z tymi dziwnymi różnicami, także te postanowienia, począwszy od katastrofy permskiej, utajniono.

    Zdarza się, że Komitet Śledczy dochodzi do wniosków zasadniczo innych niż MAK?
    – Rzecz w tym, że to, co ustalił MAK, jest prawdą obowiązującą w całej Federacji Rosyjskiej, w Komitecie Śledczym również. Werdykt MAK jest niepodważalny i niezaskarżalny. Jako podstawę w śledztwie zawsze bierze się raport ekspertów MAK. Wszystko inne to dopełnienie tej ekspertyzy. Śledztwo nigdy nie wychodzi poza ramy tej ekspertyzy, żeby jej zaprzeczyć. Po katastrofie jarosławskiej zaprosiliśmy ekspertów z ośrodków wojskowych. Zrobili dla nas niezależną ekspertyzę. Przedstawiliśmy ją śledczym, pokazaliśmy, że jest sprzeczna z raportem MAK, i chcemy go na tej podstawie zaskarżyć. Sąd powiedział, że tak nie wolno robić. Zrobiliście sobie ekspertyzę, to fajnie, ale weźcie ją sobie. Sąd Najwyższy tak powiedział.

    Ma Pan jakieś doświadczenia w postępowaniu przy katastrofach statków powietrznych państwowych, którymi nie zajmuje się MAK, tylko komisja ministerstwa obrony?
    – Na pokazach lotniczych w Żukowskim wojskowy Su-27 uderzył w daczę. Zniszczył całą budowlę, wbijając się w nią na 6 metrów. Nastąpił wybuch paliwa, wszystko spłonęło. Ludzie przebywający w daczy oczywiście zginęli. Reprezentowałem ich bliskich. Te ofiary, właściciele daczy, były również wysokimi rangą urzędnikami. Sprawa do sądu nie trafiła, wszystko zakończyło się na etapie śledztwa, winę zrzucono na nieżyjących pilotów. Ponieważ pokazy były ubezpieczone, firma ubezpieczeniowa wypłaciła odszkodowanie pokrywające stratę tego budynku, natomiast wojsko zawarło z rodziną porozumienie o dalszym zadośćuczynieniu, ale już beze mnie. Budżet wojskowy jest na tyle duży, że może sobie pozwolić na wyciszanie spraw tego rodzaju za pomocą pieniędzy.

    Katastrofa smoleńska należy do tej kategorii, chociaż zajmował się nią z dość niejasnych przyczyn MAK, a teraz Komitet Śledczy. Czy państwo polskie albo rodziny ofiar mają jakieś prawa, z których mogliby skorzystać?
    – Mam wrażenie, że coś zablokowało tę drogę. Były już ze mną rozmowy o możliwości uczestniczenia w tej sprawie. Byłem tym bardzo zainteresowany, ale rozmowy niczym się nie kończyły. To, jaki to był lot i kto powinien go badać, to decyzja, którą można zaskarżyć.

    To nie MAK zdecydował, tylko określone osoby pełniące urzędy w systemie prawa rosyjskiego. Poprzez określone środki odwoławcze można byłoby wyjść aż do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Poprzez ETPC byłaby szansa doprowadzenia tej sprawy przynajmniej do otwartej rozprawy sądowej, w której można byłoby postawić także kwestię niezależności ekspertyz. Mam wrażenie, że polskiej stronie wcale na tym nie zależało.

    Takie zaskarżenie jest jeszcze możliwe?
    – Dopóki prowadzone jest śledztwo, sprawa nie jest zakończona. Konstytucja Federacji Rosyjskiej mówi wyraźnie, że każde działanie lub zaniechanie dowolnej osoby urzędowej podlega zaskarżeniu. Oczywiście taka jest teoria. Praktyka bywa oryginalna.

    Co mogą jeszcze teraz zrobić na terenie Rosji rodziny ofiar chcące korzystać ze swoich praw i poznać pełną prawdę o katastrofie?
    – Mają oczywiście status pokrzywdzonych z mocy prawa. Możliwości działania w ramach rosyjskiej procedury karnej jest bardzo dużo. W praktyce nie da się tego skutecznie wykonać bez pomocy rosyjskiego adwokata, który ma do dyspozycji całe spektrum narzędzi w postaci wniosków i skarg.

    Czy jest realna możliwość, że Komitet Śledczy uzna nieżyjących pilotów polskiego samolotu za winnych i będzie ich sądzić tak jak Siergieja Magnitskiego?
    – Niestety, tak. Dzięki rozstrzygnięciu Sądu Konstytucyjnego (wydanemu w ramach wygranej przez nas sprawy dotyczącej wypadku drogowego na Leninskim Prospekcie) bliscy osób zmarłych uznanych za winnych mają prawo występować w postępowaniu sądowym. Przypadek Magnitskiego jest specyficzny, ma tło polityczne. Ale każde przestępstwo oznacza jakąś stratę. Wyobraźmy sobie, że lotników, którzy zginęli, uznaje się za winnych spowodowania katastrofy. Muszą więc naprawić wyrządzoną szkodę, wypłacić zadośćuczynienie rodzinom pozostałych ofiar. Wtedy już na etapie śledztwa w oparciu o samo podejrzenie konfiskowana jest cała ich własność – domy, samochody – na poczet tych należności. Więc rodziny tych nieżyjących winnych mają prawo wystąpić przed sądem w ich obronie, bo zgodnie z konstytucją tylko sąd może uznać kogoś za winnego i nałożyć odpowiedzialność materialną. Jeśli okaże się, że to dotyczy polskich pilotów, ich rodziny także mają takie prawo.

    Na razie nie wiadomo jeszcze jednak, czy Komitet Śledczy uzna ich za winnych.
    – Sam status podejrzanego daje określone prawa w postępowaniu karnym. Gdy tylko sprawa trafi do sądu, strony mogą zapoznać się z aktami. Dzisiaj więc krewni zmarłych mogą zrobić coś ogromnie ważnego i pożytecznego dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Dziwię się, że tego jeszcze nie robią. To byłby niesamowity ból głowy dla naszego Komitetu Śledczego.

    Dziękuję za rozmowę.

  123. TJ!
    Komisja Millera oskarża kontrolerów lotu o kilka rzeczy
    1. nie ostrzegali samolot, że jest poza ścieżką
    2. zbyt długo zwlekali wydaniem ”komend” odejścia na drugi krąg.
    Poza tym o to, iż
    1. załoga wieży przeklina
    2. dzwoni do kochanek w trakcie służby
    3. rozmawia z kimś z Moskwy
    Na szczęście Komisja zrezygnowała w ostatniej chwili przed totalną kompromitacją oskarżając publicznie ”międzynarodowego numer jeden” że podjął decyzję o lądowaniu samolotu. Zrezygnowali po tym, gdy minister transportu FR na dwa dni przed planowaną konferencją prasową komisji Millera ostrzegł ”polskich kolegów” że ”międzynarodowy numer jeden” to kryptonim samego samolotu a nie żadna ważna osobistość w Moskwie, jak komisji się wydawało.
    O tym, że takie oskarżenie było planowane świadczą przecieki prasowe na kilka dni przed konferencją prasową (ja sam pamiętam artykuł, gdzie trzej byli szefowie polskiego wywiadu się zastanawiają nad tym kto to może być ”międzynarodowy numer jeden” w Moskwie. Tylko jeden zgadł że to kryptonim samolotu).

    Co ma do tego tor lotu?

    Sprawa jest oczywista: należy narysować tor lotu, należy na tym samym rysunku zaznaczyć prawidłową ścieżkę a jeśli samolot jest poza ścieżką to kontroler ma odesłać samolot na drugi krąg. Oczywiście im bardziej odstaje tor lotu samolotu od ścieżki – tym bardziej będzie widoczne jak to ”kontrolerzy sprowadzili na śmierć” samolot.
    Tak też robi komisja Millera.
    Obliczając tor lotu samolotu komisja posługuje się następującą metodą:
    pomiar wysokości radiowej, notowanej w czarnej skrzynki koryguje o wysokość gruntu mierzoną w danym miejscu, gdzie w danym momencie samolot się znajdował i z tak obliczonych punktów układa wykres.
    tyle, że samolot leci prędkością 300 km/h więc w ciągu sekundy przelatuje około 75 metrów. Biorąc pod uwagę niedokładność i rozdzielczość notowanych danych (a każdy ze składników wchodzących do obliczeń jest obarczony niedokładnością) jest duże ryzyko, że nie da się co do metra określić gdzie jest w danym momencie samolot. Im dalej od pasa startowego tym bardziej trudno.
    Z ukształtowania terenu (głębokie wąwozy po drodze) wynika, że jeśli do określenia miejsca samolotu wkradnie się błąd obliczony tor będzie zawyżony w stosunku do właściwego.
    Na początku komisji nawet im wychodzi. Podają tor z dużą dokładnością, widać pewne lustrzane odbicie gruntu świadczące o tym, iż prawdopodobnie już są przesunięcia ale jest do przyjęcia.
    Od 6. kilometra już prawdopodobnie całkiem im nie wychodzi więc zrezygnowali z korekty na wysokość gruntu i do pomiaru wysokości radiowej dodają po prostu 15 metrów. Żeby o tym przekonać należy wykres wyników pomiaru radiowego (są w danych źródłowych ) porównać z wykresem obliczonego przez komisję toru. Dosyć trudno bo tamten podaje w skali czasu, ten w skali odległości – ale można.
    Oczywiście w ten sposób obliczony tor lotu będzie zafałszowany o nierówność terenu – tam gdzie wąwóz – pojawia się jako ”garb” na torze samolotu.

    Rosjanie z kolei robią inny numer – podają właściwy tor lotu, ale ”skorygują” ścieżkę i dopuszczalne odchylenie. Według mnie całkiem niepotrzebnie, bo jeśli chcą kontrolerów bronić to powinni w inny sposób. Ale to akurat mało istotne.

    Minimum co powinna robić komisja Millera to skonfrontować (zweryfikować) swoje obliczone dane z innymi parametrami notowanymi w czarnej skrzynce – głównie z przyspieszeniem pionowym. Niestety komisja tego nie zrobiła, ale jak Czesław zauważył – raport jest na krajowy użytek, a ”środowisko” będzie milczał jak w grobie.

  124. Indoor(ku)

    ” trzej byli szefowie polskiego wywiadu się zastanawiają nad tym kto to może być ?międzynarodowy numer jeden? w Moskwie. Tylko jeden zgadł że to kryptonim samolotu)”

    Czys ty swoje przemyślenia smolenskie pomiescil po czy przed wyprowadzeniem psów na spacer? To jest bardzo wazne

  125. Orteq!
    Po śniadaniu, przed spacerami z psami.

  126. Podsumuję jeszcze raz (bodajże rok temu napisałem to samo) i skończę na ten rok temat smoleński. Mam co prawda urlop, ale muszę robić taki mały remont chałupy.
    1. Załoga w wysokości 500 metrów pokłóciła się jaką prędkością mają lecieć. Zwyciężyła koncepcja Dowódcy. Samolot wbrew sugestiom Drugiego Pilota przystąpiła do ścieżki zniżania prędkością ustawioną 300 km/h na nastawnika automatu ciągu. 300 km/h nie można lądować, ale można bezpiecznie manewrować.
    2. W wysokości 300 metrów załoga ponownie się pokłóciła o prędkość samolotu. Tym razem górą okazała się koncepcja Drugiego Pilota i mimo protestów Dowódcy zredukował prędkość zadawaną do 280 km/h.
    3. W efekcie tej nieplanowanej przez Dowódcę zmiany prędkości gdy Dowódca w wysokości 100 metrów przystąpił do ”odejścia w automacie” – automat nie zadziałał.

    Powyższe twierdzenia wynikają z najnowszego stenogramu (IES) który się czyta na tle najstarszych danych z rejestratora parametrów lotu (raport MAK).

  127. TJ
    piszesz „Zachodzę w głowę o co mogłaby oskarżyć komisja Millera kontrolerów.”

    Cytuję z raportu
    „Kontrolerzy popełnili dużo błędów i nie byli wsparciem dla załogi polskiego Tu-154M, ustaliła komisja. Takie wsparcie jest niezbędne zwłaszcza podczas próby lądowania w ekstremalnie trudnych warunkach atmosferycznych – podkreślił zastępca szefa komisji Mirosław Grochowski.”

    „Pułkownik lotnictwa Robert Benedict, który przedstawił symulację lotu powiedział, że kilka minut przed katastrofą polski samolot nie znajdował się na ścieżce schodzenia. Odchylenie przekraczało momentami sto metrów. Kontroler lotów powinien w tym momencie reagować, ale – jak powiedział pułkownik – nie zrobił tego nawet wtedy, gdy Tupolew niebezpiecznie obniżył lot. Za późno padła również komenda „HORYZONT”. Zdaniem polskich ekspertów padła ona o 11 sekund za późno. Komenda oznacza, że samolot musi odejść na drugi krąg.”

    Jak widzisz wystarczy przeczytać i jest jasne o co Komisja oskarża kontrolerów. Sek w tym, że to oskarżenia bardzo mocno mocno naciągnięte. (niektóre bezsensowne)

  128. Indoor Prawdziwy
    12 kwietnia o godz. 6:53
    Co ma do tego tor lotu?
    Sprawa jest oczywista: należy narysować tor lotu, należy na tym samym rysunku zaznaczyć prawidłową ścieżkę a jeśli samolot jest poza ścieżką to kontroler ma odesłać samolot na drugi krąg. Oczywiście im bardziej odstaje tor lotu samolotu od ścieżki ? tym bardziej będzie widoczne jak to ?kontrolerzy sprowadzili na śmierć? samolot.
    Tak też robi komisja Millera.

    Mój komentarz

    Autorze, zupełnie nie rozumiem Twoich rozważań, z których ma wynikać celowe fałszowanie raportu Millera (o 15 m wysokości), by oskarżyć klontrolerów o niedopełnienie obowiązków

    1) Zajrzałem do raportu MAKU. Stoi tam na str. 174, że:

    „Faktyczna trajektoria zniżania statku powietrznego w płaszczyźnie pionowej pokazana jest na rysunkach 45 i 46.”

    Obejrzałem rysunki. Na rys. 45 trajektoria jest pokazana w funkcji czasu, na rys. 46 w funkcji odległości od progu pasa lotniska
    Prosta analiza rysunków 45 i 46 pokazuje, że:

    a) Tor podejścia do lądowania ma dwa garby. Zgrubnie odczytałem wysokości
    Około 8,3 km od progu pasa samolot był około 110 m nad osią ścieżki, trzydzieści kilka metrów powyżej dopuszczalnego odchylenia w górę ścieżki.
    Około 6,2 km od pasa samolot był około 110 m powyżej osi ścieżki, pięćdziesiąt kilka m powyżej odchylenia dopuszczalnego.

    W tym czasie wieża potwierdzała – „na kursie, glissadie”

    b) Samolot wszedł w pas ścieżki w odległości 3400 m od pasa
    c) Samolot przeciął oś ścieżki w odległości 2800 m od progu pasa,
    d) Samolot zszedł na wysokość około 15 m poniżej progu pasa w odległości 1000 m od progu pasa, po czym tuż przed upadkiem na ziemię zaczął się wznosić na bardzo krótkim odcinku.

    2) W raporcie Millera przedstawione są następujące wartości na poglądowym rysunku:
    a) przewyższenie toru lotu Tu-154M wynoszące 130 m ponad oś ścieżki w odległości 8300 m od progu pasa
    b) przewyższenie toru lotu wynoszące 120 m ponad oś ścieżki w odległości 6500 m od progu pasa
    c) przewyższenie toru lotu wynoszące 60 m ponad oś ścieżki w odległości 4600 m od progu pasa
    d) przecięcie osi ścieżki w odległości 2700 m od pasa i lot w dół, po czym na krótkim odcinku w górę

    Jak z powyższego wynika, samolot leciał nad ścieżką, następnie ostrzej poszedł w dół i znalazł się w końcowej fazie w sytuacji bez wyjścia – pod ścieżką, około 15 metrów pod poziomem pasa.

    3) Katastrofę „spowodowało” nie tylko zagłębienie terenu (obniżające się zbocze) i przecięcie ścieżki schodzenia w dół (i wyjście poza ścieżkę) w reakcji załogi (kapitana) w ostatniej fazie podchodzenia na błędne wysokości nad pasem czytane z radiowysokościomierza będące wysokościami nie nad pasem,, czy równinnym gruntem, tylko nad zboczem.

    Nawet gdyby podejście mieściło się idealnie w ścieżce (w płaszczyźnie pionowej), to w poziomie samolot był przesunięty w lewo względem osi pasa do lądowania, co oznacza, że gdyby w ostatniej chwili (a przy tej widoczności nie było innego wariantu niż w ostatniej chwili) wyszli z mgły, to nie trafiliby w pas i samolot by się rozbił.

    Tragedia jeśli chodzi o wyszkolenie, naciski, traktowanie kontrolerów jak idiotów – „warunków do lądowania niet”, a my dalej lecimy, głupie rozmowy z Jakiem-40 – „jak tam? – nam się udało (!!!), bo ja wiem, możecie spróbować”, otępienie naciskowe w czasie podchodzenia do lądowania – ” nic nie widać”, 80, 60, 40, 20 m…, brak współpracy w załodze, nie kwitowanie wysokości, nie podawanie do wieży pozycji względem ścieżki ani na początku, ani w trakcie, brak w ogóle współpracy z wieżą, brak współpracy w zespole załogi, itd.
    Pzdr, TJ

  129. TJ!
    Chyba się nie zrozumieliśmy.
    Mnie nie interesują kontrolerzy – mnie interesuje jakość i wiarygodność raportu. Czy zawarte w nim dane i analizy są wiarygodne i spójne czy nie. To, że dane podrasowane służą do oskarżenia kontrolerów to jest fakt i coś tam tłumaczą , ale to jest kwestia interpretacji.
    Podobnie nie interesuje mnie jak się ma tor do ścieżki. Ten samolot nie trzymał się żadnej ścieżki, latał własnymi ścieżkami.
    Mnie interesuje czy tor lotu samolotu może coś wyjaśnić czy nie. Bo jest co nieco do wyjaśnienia : brak logiki w postępowaniu załogi
    Stwierdzam: ten brak logiki jest pozorny. Załoga doskonale wie co robi, ma plan i na podstawie ostatnich odczytów dokonanych w IES można nawet ten plan odtworzyć.
    W zasadzie ostatni odczyt IES dostarcza klucz do zrozumienia całej ścieżki.
    Oczywiście tor musi być dobrze odwzorowany – korzystam więc z własnego toru (który dostałem po całkowaniu przyspieszenia. W duzym stopniu pokrywa się z torem obliczonym przez MAK)
    Co widać?
    1. Samolot na początku zamiast lecieć w dół – leci w góre. Nie wiadomo dlaczego.
    2. samolot leci w dół. To akurat wiadomo dlaczego (bo chcą podejść do odejścia czy lądowania)
    3. Samolot wyrównuje lot w wysokości 400-420 metrów. Nie wiadomo dlaczego.
    4. Samolot znowu leci w dół (wiadomo dlaczego, nie wiadomo dlaczego tak ostro 7 m/s zamiast 3.5-4 m/s)
    5. Samolot zwiększa i tak szybkie schodzenie na jeszcze szybsze (8.5 m/s)

    Stwierdzam, że ostatni odczyt z IES wyjaśnił wszystko do 4. punktu. Okazuje się bowiem, że w momencie gdy samolot osiągnął prędkość 7 m/s drugi pilot mówi ”…jest siedem metrów” Więc 7 m/s było planowe a nie przypadkowe, nie słychać też żądnych uzgodnień typu ”daj mi znać jak będzie siedem” . Na dodatek 7 m/s nie występuje w żadnej instrukcji.
    W momencie gdy 2P wypowiada ”…jest siedem metrów ” Dowódca minimalnie zredukuje prędkość opadania do 6.5 m/s.
    Wyjaśniło się przy okazji po co wyrównano lot w wysokości 400-420 metrów. Otóż startując z 550 metrów Dowódca wprowadza samolot własnie opadanie prędkością 7 m/s i wyrównuje lot. Po prostu sprawdził ile traci wysokości samolot w tej konfiguracji przy tej prędkości, wagi, wyważeniu itd. (dlatego też nie szukali potrzebne dane w tablicach co MAK zarzuca)
    Wiadomo też dlaczego samolot na samym początku leciał w górę zamiast w dół – byli nieco za nisko do tego dodatkowego wyrównania lotu.

    W zasadzie komisja Millera wykreślając tor nieprawidłowy odmówił załodze logiki i zrobił z nich idiotów, którzy z nieznanych przyczyn lecą to w górę to w dól.

    Pozostanie otwartą kwestią dlaczego samolot wobec tego zwiększył prędkość opadania z 6.5 n a 8.5 m/s, ale o tym drogie dzieci, opowiem w kolejnym odcinku. Również do tej kwestii klucz dostarcza ostatni odczyt IES>

  130. Indoor Prawdziwy
    12 kwietnia o godz. 13:01

    Mój komentarz
    Indoorze, gonię króliczka, króliczek wciąż odskakuje. Tak mniej więcej wyglądają Twoje opisy i moje ich rozumienie.
    Było o fałszowaniu raportu Millera, było o możliwości oskarżenia kontrolerów, było o ostatnim odcinku lotu, potem cofnąłeś się daleko w tył i jest już o czymś innym.
    Teraz w dość długim tłumaczeniu opowiadasz – schodzili w górę, potem w dół, jest 7 metrów, mieli plan działania, pozornie nie było w tym logiki, ale logika była, itd. W ogóle nie rozumiem o co chodzi, nie kojarzę.

    Opisałem zasadnicze punkty toru lotu podane w raporcie MAKU, a Ty prawisz o sensach, zamiarach, pozornym braku logiki, itd.

    Zadziwiające jest Twoje stwierdzenie, że dochodzisz do tych zawiłości przez, jak piszesz:

    „Oczywiście tor musi być dobrze odwzorowany ? korzystam więc z własnego toru (który dostałem po całkowaniu przyspieszenia. W dużym stopniu pokrywa się z torem obliczonym przez MAK)”

    Zawarta jest w tym sugestia, ze Twój tor lotu, który wyznaczyłeś w oparciu o podwójne całkowanie przyspieszenia pionowego jest lepszy, bardziej wiarygodny niż tor MAKu i komisji Millera.
    Po co podwójnie całkujesz przyspieszenie pionowe by otrzymać tor lotu, skoro tor lotu w raporcie MAKu jest przedstawiony, wyrysowany na dwóch wykresach (rys. 45 i 46) w funkcji odległości od progu pasa i w funkcji czasu, przedstawiony jest tam także szereg innych przydatnych do analizy lotu wielkości, jak wysokość barometryczna i geometryczna, profil terenu, szybkość wznoszenia (opadania), itd.

    Powiadasz – scałkowałem podwójnie przyspieszenie pionowe i mam swój własny tor. Do czego Ci jest potrzebny Twój własny tor? Czyżby MAK nie wiedział, że istnieje taka metoda jak całkowanie podwójne przyspieszenia pionowego i daje lepszy wynik niż bezpośrednie pomiary wysokości, szybkości, itd?

    Wygląda na to, że wszyscy kombinowali, tylko indoor potrafił wyznaczyć właściwy tor lotu.

    W badaniu katastrof liczą się twarde, konkretne fakty i te fakty w obu raportach są przedstawione.

    Twoje interpretacje są coraz bardziej zawiłe. Wyznaczasz swój własny tor lotu i doszukujesz się drugiego dna w katastrofie.
    Pzdr,. TJ

  131. ~znetu : Żużel, dykta i patyki, papa, glina, stare rury…
    Stanie pomnik nad pomniki, stanie pomnik ponad chmury !

    Z ekologią stanie w zgodzie ten monument narodowy
    Nowoczesny stacjonarny a jak trzeba objazdowy

    Nozdrza helem będą zionąć, mgła pojawi się wnet wszędzie
    usłyszymy dwa wybuchy, Jasiu Pietrzak śpiewać będzie.

    Pod pomnikiem zaś, w otchłani, krypta będzie, ciemna grota
    a w niej dwie miejscówki tylko, dla Jarusia i dla kota

    Oświetlimy neonami, oblepimy cekinami,
    pazłotkami po cukierkach, rózowymi pluszakami…

    Cokół cały dookoła krzyżykami się obłoży
    a na szczycie, wśród obłoków restaurcję się otworzy

    Dania świeże, zimne, ciepłe – tatar, bigos oraz flaki
    Specjalnością z kaczki dania, pop corn, precle i buraki.

    Każdy Wolak, warchoł, ciemniak tam zostanie doceniony
    przez Antosia, mistrza kuchni, głupotami napasiony

    Taki będzie pomnik Lesia, Kim Ir Sena kraju tego
    Największego męża stanu, w małym ciałku zawartego.

    Więc prezesie, śpij spokojnie, z kotem, co tam nocne wiatry,
    pomnik stanie na 100%, lecz jak wrócisz od psychiatry zwiń
    ===============

    Czyż nie śliczne podsumowanie?

  132. maciek.g
    12 kwietnia o godz. 9:28
    TJ
    piszesz ?Zachodzę w głowę o co mogłaby oskarżyć komisja Millera kontrolerów.?

    Mój komentarz
    Autorze, kolejny raz mieszasz zadania i cele komisji z obowiązkami organów ścigania. Komisja Millera opisała okoliczności podchodzenia do lądowania, w tym nieprawidłowości, które stwierdziła zarówno ze strony polskiej jak i rosyjskiej.
    Komisja nie jest od oskarżania, czy orzekania o winie. Przedstawiła fakty, zdarzenia, przebieg wykonywanie procedur i ich zgodność z przepisami. Stwierdzenie niezgodności pewnych komunikatów kontrolerów z przepisami było uzasadnione, tak jak stwierdzenie wielu nieprawidłowości w wykonywaniu podejścia przez załogę TU-154M.

    Samolot znajdował się na pewnym odcinku podejścia nad ścieżką podejścia 2 40, wieża meldowała – na kursie, glissadzie”. Można się zastanawiać dlaczego tak meldowała, może radar był mało dokładny, może za szybko wszystko się działo – Jak-40 – lądowanie bez zezwolenia, Ił-76 – nieudane podejście, i w końcu TU-154M, ale to nie jest sprawa komisji. Komisja podała fakty, które można obejrzeć na rys. 45 i 46 w raporcie MAKu. Co w tym jest naciąganego?
    Pzdr, TJ

  133. Szanowny panie @TJ (11.49 dnia 12.04.) – 250-cio godzinny kurs matematyki, jaki zaaplikowano mnie na ASG w Warszawie (ściślej w Rembertowie), ponad 50 lat temu, nie pozwala mnie uczestniczyć w dyskusji o podwójnym całkowaniu we łbie składowych lotu Tu-154M (prędkości postępowej oraz opadania lub wznoszenia) na torze lotu do początku pasa lądowania. Odnoszę wrażenie (chyba jednak uzasadnione), że pan @Indoor Prawdziwy założył sobie i d i o t y c z n ą możliwość, że personel latający, w ścisłym współdziałaniu z płk-iem pil. inż. M.Grochowskim o p r a c o w a ł, gdzieś tam na boku ćwiczył tę procedurę metodą „pieszo latając” – by ją sprawdzić i przetestować w rzeczywistych, trudnych warunkach atmosferycznych, z w i a d o m y m s k u t k i e m, w dniu 10.04.2010 roku!!!
    Trudno mi prorokować, ponieważ z dostępnych mi komentarzy i wpisów pana @Indoora Prawdziwego, trudno dociec, czy ta (opracowywana w tajemnicy) procedura obejmowała również lądowanie we mgle, czy tylko z za chmur. 😆 ❓ Jedno jest pewne, że to, co napisał o godz. 13.01 dnia 12.04 –
    ten samolot nie trzymał się żadnej ścieżki, latał własnymi ścieżkami. Mnie interesuje czy tor lotu samolotu może coś wyjaśnić czy nie. I dalej, bo jest co nieco do wyjaśnienia: brak logiki w postępowaniu załogi.
    Stwierdzam: ten brak logiki jest pozorny. Załoga wie doskonale co robi, ma plan i na podstawie ostatnich odczytów w IES można ten plan odtworzyć. W zasadzie ostatni odczyt IES dostarcza klucz do zrozumienia całej ścieżki. Oczywiście tor musi być dobrze odwzorowany – korzystam więc z własnego toru (który dostałem po całkowaniu przyśpieszenia. W dużym stopniu pokrywa się z torem obliczonym przez MAK), itd. do frazy: ciąg dalszy, drogie dzieci nastąpi później, – ma ścisły związek z tym co napisał do pana o godz. 22.20 dnia 8.04.
    Zacytuję dla przypomnienia: Załoga dokonuje coś czego nikt nie rozumie. Obsługuje samolot wbrew instrukcji obsługi, ląduje wedle nieznanych procedur, przy czym robi to w przypadkowym zespole czteroosobowym…. i każdy wie co ma robić!! Nikt się o nic nie pyta tylko robi swoje i do tego zupełnie co innego niż przewidują znane instrukcje!!! Wynika z tego jasno, że te nietypowe procedury były uprzednio uzgodnione i ćwiczone. Prawdopodobnie również opracowane i szkolone w 36. Pułku. Nie jest wykluczone, że również potwierdzone w Inspektoracie d/s Bezpieczeństwa Lotów MON.
    Za powyższe udzieliłem mu porady – za darmo, by w towarzystwie wielu „napoleonów”i „einsteinów” poczytał sobie materiał z pod linku: http://www.polot.net/?p=290 a tam rozdział: ZARYS HISTORII NAWIGACJI. RADIOLOKACJA NA LOTNISKU 2013 roku i inne.
    Widać z tego nie skorzystał i truje wnętrzności dalej. Gdyby chociaż powiedział, że chodzi mu o odtworzenie topografii podejścia do lądowania – na podstawie toru lotu Tu-154M, który wykonywał podejście wg. danych radiowysokościomierza, można by zrozumieć, że chce uzyskać aktualniejszy przekrój poprzeczny podejścia do początku pasa lądowania z kursem 259 st. (może zamówiono coś takiego, ale wstydzi się przyznać ??).
    P.S. Pan Grochowski powinien pozwać @Indoora Prawdziwego za zniesławienie, bo to jest posądzenie o udział w nieumyślnym spowodowaniu śmierci 96-ciu osób. Nie znam osobiście pana gen. br. pil. Czabana (dowództwo SP), ale w kontekście oskarżeń sugerowanych przez pana @Indoora Prawdziwego pod adresem M.G. jest on niewinny. Żal mi go, bo to kolega, mojego kolegi – św.p. Jurka P. Czesław.

  134. TJ!
    Wyjaśniam (kilka rzeczy)
    MAK z jednej strony ujawnia dane źródłowe czarnych skrzynek na wykresach (bodajże) 21-24. Wykresy są skalowalne, można je zdigitalizować i obrabiać cyfrowo.
    Z drugiej strony dokonuje pewne obliczenia i gromadzi je w wykresach 45-46. To już nie są dane źródłowe, tylko częściowo pochodzą z obliczeń, przy czym nie jest podane w jaki sposób te obliczenia zostały dokonane. Obliczone są prędkość pionowa i wysokość (tor lotu) na wykresie gdzie wartości są ujęte w funkcji czasu, zaś wszystkie, które są podane jako funkcja odległości.
    Żeby uniknąć podejrzenie, że ja na czuja ufam obliczeniom nieudokumentowanym MAK a nie ufam obliczeniom równie nieudokumentowanym komisji Millera, na wszelki wypadek korzystam nie z wykresu MAK, tylko z identycznych wykresów stworzonych przez siebie przy okazji weryfikacji obliczeń dokonanych przez MAK.
    Generalnie staram się korzystać tylko z danych źródłowych publikowanych na wykresach 21-24 raportu MAK.

    Druga rzecz ogólna: gonienia króliczka – zacząłem pisać ale nie mam czasu więc skasuję, może Ci kiedyś wyjaśnię.
    Bardzo krótko: cały czas się zastanawiam jak należałoby bardzo krótko wyjaśnić laikom o co chodzi. Między nami laikami, bo ja też fachowcem nie jestem.
    Pierwszą rzeczą jest wyjaśnienie tego – co nie jest wyjaśnione.
    W zasadzie o to chodzi, że po opublikowaniu pierwszej wersji stenogramu (w którym według Prezydenta Komorowskiego ”nic nie ma”) wielu ludzi stawiało sobie masę pytań. Pytania nie stawiali tylko lotnicy lub hobbiści, tylko każdy który przeczytał stenogram.
    Niestety żaden z raportów na większość pytań nie odpowiedziało.
    Najważniejsze pytanie to – o co w tym wszystkim chodzi!
    Co ta załoga wyrabia? Co znaczy odchodzimy i nic? Czemu nie reagują nawet gdy mijają po raz trzeci(!) 100 metrów? Dlaczego nie ma nawet śladu niepokoju lub paniki wśród członków załogi?
    Przekonywującej odpowiedzi na te pytania nie udzielił żaden z raportów. Ani brak szkolenia, ani jar na te pytania odpowiedzi nie udzielą.
    MAK zrozumiem. Nie ich Prezydent zginął.
    Ale komisja Millera?
    A gdyby te wszystkie pytania w jednym zawrzeć to się pojawi to, co ja nazywałem ”logiką postępowania załogi”.
    Nie przekonuje mnie wyjaśnienie doświadczonych lotników, którzy co chwilę wytykają załodze błąd. Nie wierzę w to, by załoga średnio 5 razy na minutę popełniła błąd.
    Jeśli załoga co chwilę postępuje niezgodnie z instrukcją to znaczy ma inną ”instrukcję”.
    Ja do tej ”instrukcji” doszedłem. MAK nie musiał. Komisja Millera nie chciała lub nie umiała.
    Kwestia jak to wytłumaczyć.
    Uważam, że najłatwiej na konkretnych przykładach – gdzie komisja Millera mija się z prawdą.
    a mija się w następujących sprawach:
    1. źle określa tor lotu
    2. źle określa prędkość zadaną samolotowi
    3. źle interpretuje określenie ”.. odchodzimy w automacie”

    Dziwnym trafem wszystkie te drobiazgi dotyczą to samo – uniemożliwiają zrozumienia tego, co załoga próbowała zrobić.

    Na razie omówiłem pobieżnie połowę punktu 1.

    🙂

  135. TJ
    12 kwietnia o godz. 16:04
    A ty uparcie piszesz , że „Komisja nie jest od oskarżania, czy orzekania o winie. Przedstawiła fakty, zdarzenia, przebieg wykonywanie procedur i ich zgodność z przepisami”
    O ile pierwsza część zdania nie podlega dyskusji i oczywiście w raporcie nic nie ma o winie i oskarżaniu , to nie znaczy,
    że raport jest rzetelny i przedstawił fakty , zdarzenia, przebieg wykonywanie procedur i ich zgodność z przepisami.
    Dokument taki jak raport będzie właśnie wykorzystywany jako materiał do ewentualnego wskazywania winnych tego wypadku. Jeżeli raport jest nierzetelny w stosunku do kontrolerów i informuje, że nie wykonywali tego co wykonywać powinni (do czego zobowiązują właśnie przepisy), to oczywiście stanowi materiał, który można wykorzystać do oskarżenia kontrolerów o łamanie przepisów i błędy, i wskazywać ich współwinę w sprawie tego wypadku. Nie wiem dlaczego uparcie nie chcesz tego zrozumieć i wciąż mówisz, że mieszam i wciąż przypominasz że raport nie jest dokumentem orzekającym o winie itd.

  136. O co Ci Czesiu znowu lata?
    Gen. Czaban był szefem szkolenia SP i został zwolniony poi wypadku. To Ty cały czas twierdzisz (a ja cały czas poprawiam) że zastępca Jerzego Millera to szef szkolenia.
    W rzeczywistości zastepcą Jerzego Millera (wiceszef) w komisji to szef Inspektoratu do spraw Bezpieczeństwa Lotów MON, płk. Grochowski, który z racji pełnionej funkcji odpowiedzialny był za badanie powypadkowe CASA, za sformułowanie wniosków i nadzór nad ich wdrożeniem. To jest obraźliwe? Same ważne i odpowiedzialne funkcje.

  137. Indoor Prawdziwy
    12 kwietnia o godz. 21:53

    Mój komentarz
    Indoorze, wybacz, ale gdy czytam, że komisja Millera nie wytłumaczyła, MAK nie wytłumaczył, a Ty wyjaśniłeś i to po prawidłowym zdigitalizowaniu wykresu (?) i wyznaczeniu właściwszego toru lotu niż wyznaczony przez obydwie komisje, to mi się czerwone światełko zapala w głowie i nie chce zgasnąć.

    Niestety przychylam się do opinii Czesława w jej części merytorycznej – budujesz teorię, która jest nie do zrozumienia.
    Przez nawarstwianie kolejnych domysłów tworzysz jakąś teorię, ogólną hipotezę, dla której nie widzę żadnego uzasadnienia. Między innym z tego powodu, że tyle uzasadnień i wskazówek już natworzyłeś, że nie wiem, której się chwytać by błędnik wytrzymał.
    Pzdr, TJ

  138. maciek.g
    12 kwietnia o godz. 21:56
    Jeżeli raport jest nierzetelny w stosunku do kontrolerów i informuje, że nie wykonywali tego co wykonywać powinni (do czego zobowiązują właśnie przepisy), to oczywiście stanowi materiał, który można wykorzystać do oskarżenia kontrolerów o łamanie przepisów i błędy, i wskazywać ich współwinę w sprawie tego wypadku. Nie wiem dlaczego uparcie nie chcesz tego zrozumieć i wciąż mówisz, że mieszam i wciąż przypominasz że raport nie jest dokumentem orzekającym o winie itd.

    Mój komentarz
    Napisałem jasno i wyraźnie – raport Millera wskazuje na niezgodności z obydwu stron. Nie ma nić naciąganego w stwierdzeniu np. faktu, że kontroler oznajmiał – na kursie i glissadie”, a samolot nie był na glissadzie.
    Raport nie zajmuje się tym czy to jest wina, czy wina jest mała czy duża, itp., tylko oznajmia niezgodność z procedurami. Niezgodność wystąpiła, więc została zaraportowana. Czy to nie jest dostatecznie jasne?
    Raport po prostu punktuje niezgodności. Faktów nie da się unieważnić poprzez głośne wyrażanie zwątpienia lub moralnego potępienie w rodzaju – tak napisali, bo chcieli oskarżyć i chcoieli znaleźć współwinnych.

    Cimoszewicz powiedział – 95 % winy po stronie polskiej. I to jest mniej więcej trafiona ocena przyczyn wypadku
    Pzdr, TJ

  139. TJ!
    Nie szkodzi. Kiedyś Ci się poskłada w całość.
    Co do MAK – powtarzam : oni zrezygnowali z wyjaśnienia. Podali dane i powiedzieli – wyjaśnijcie sobie tą swoją katastrofę.
    Co do komisji Millera – z jednej strony prawdopodobnie jest tam kilka przypadkowych , bardzo słabych merytorycznie starych wyjadaczy, kilka ludzi którzy mogą być osobiście zainteresowani by zagmatwać sprawę i zapewne kilka dobrych fachowców.
    Jak już pisałem : klucz do zrozumienia co się stało dostarcza dopiero ostatni odczyt taśm dokonany w IES. Do tego nie mieli dostępu ani MAK ani komisja Millera.
    Tyle, że żeby taki klucz się przydał trzeba było mieć pewne podstawy.
    Ja dokładnie dlatego zaczynam od tego : czym się różni raport MAK od raportu Millera? Żeby nie było tak, że ja wyjaśniam to co żadna komisja wyjaśnić nie mogła na podstawie własnych badań.

  140. Poprawiam ostatnie zdanie:
    Żeby nie było tak, że ja na podstawie własnych badań wyjaśniam to co żadna komisja wyjaśnić nie mogła. MAK mogła wyjaśnić. Obawiam się nawet że od początku wiedzieli co się stało, ale ”nie wypadało” im ujawnić.

  141. I jeszcze jedna uwaga TJ na temat jak to możliwe, że komisje nie dojdą a ktoś spoza komisji dojdzie:
    1. Zauważ, że Czesław dokładnie to samo twierdzi i jakoś Cię to nie razi. Dlaczego? Otóż dlatego, że Czesława zadanie jest takie na tym blogu (moim zdaniem) – krytykować komisje a jednocześnie podtrzymać wszystkie twierdzenia komisji. Inaczej – zilustrować, że doświadczony lotnik swoimi metodami do tego samego dojdzie jak komisja i że wszystko jest jasne.
    A nie jest jasne.
    2. Owe ”podstawy” co trzeba mieć (żeby klucz zawarty się przydał)
    W 2010 po przeczytaniu pierwszej wersji stenogramu ja też ułożyłem możliwy obraz toru, tyle że
    – nie uwzględniłem dane poniżej 100 metrów
    – ułożyłem wykres w funkcji czasu a nie terenu. Dlatego tak zrobiłem że uznałem że mało istotne co było pod spodem. Ważniejsze jest kiedy podejmowano decyzje.

    Jako że zakładałem, iż podczas podejścia do lądowania na tym odcinku będzie podejmowana tylko jedna decyzja wpływająca na tor lotu (załamująca) szukałem dwie parabole które zawierają określone czasy.
    Wyszło mi, że ostatnie zniżenie zaczyna się wysokości 400 metrów (w rzeczywistości 420m.) i krzywe się krzyżują (tor się załamuje) w wysokości 250 metrów (dokładnie tak jest na wykresie MAK) przy czym się parabola druga minimum osiąga około 50 metrów nad gruntem ale to już inna rzecz.
    Zapytałem wówczas pewnego lotnika rosyjskiego (pilot myśliwca ) o dwie rzeczy:
    1. co trzeba robić by lecieć takim torem – odpowiedział, że trzeba ”wyłączyć silniki” (zredukować moc silników do minimum)
    2. czy taki manewr można ”zaimprowizować” – odpowiedź – absolutnie wykluczone – trzeba zaplanować i ćwiczyć.
    Powyższe informacje już rok temu napisałem tu tylko powtórzę :
    – można było już na podstawie pierwszego stenogramu (w którym ”nic nie ma”) dojść do tych wniosków, których ostatni odczyt IES moim zdaniem potwierdza.
    – wszyscy popełnili zasadniczy błąd próbując układać tor lotu na tle gruntu. W wyniku powstał wykres ładny ale pogubi się najważniejsza informację – kiedy podejmowano decyzje.
    Ja cały czas szukam odpowiedzi na pytanie – co się stało na 250 metrach?
    Więc mnie nie interesuje co się działo wokół brzozy. To jest skutek a nie przyczyna.

  142. Jak Biała księga to Biała księga. Dopiszę swoje trzy kartki. Może być w rozdziale ”startowali jeszcze” 🙂
    zanim przejdę (jak się wygrażałem) do piątego odcinka toru pewna uwaga historyczna, przy okazji uzupełnienie rozdziału inni nie wiedzą ja twierdzę, że wiem.
    Problem jaki istnieje jest następujący: Dowódca steruje samolotem podczas zniżenia za pomocą gałki autopilota – ustawia nachylenie samolotu. Niestety ani pozycja gałki ani wartość ustawień nie są notowane w czarnej skrzynce. Nie wiadomo więc jakie decyzje podejmuje dowódca podczas zniżenia. Za wolant chwyci dopiero w ostatniej chwili – to jest odnotowane. Inne czynności Dowódcy – nie.

    Ze dwa lata temu na blogu prof. Artymowicza pewien młody człowiek wyskoczył zaskakującą tezą (nick nie pamiętam, blog zamknięty. Było – nie ma)
    Młody człowiek zadał pytanie :”Jak to możliwe, że ktoś w samolocie do ostatniej chwili bawi się z wyważaniem samolotu” (chodziło mu o to, że zgodnie z instrukcją obsługi w zależności od rozmieszczenia pasażerów załoga powinna ustawić trymer wolantu. Jako ilustrację podał długą kolumnę cyfr (on tak robił). Ja z kolei jestem raczej do grafiki przyzwyczajony więc odszukałem odpowiedni zapis w parametrach lotu. Rzeczywiście ”ktoś” nawet na chwilę przed zderzeniem z brzozą ”wyważał samolot”.
    Jako że ja byłem akurat w trakcie zapoznania się z działaniem autopilota, sprawdziłem w schemacie trymer wolantu – okazało się, że jest połączony z autopilotem. W opisie technicznym autopilota z kolei znalazłem jedno zdanie, które twierdziło iż zmiana ustawienia nachylenia w autopilocie dokonuje również zmianę trymera wolantu po to, by w razie ustania warunków automatyki (pilot naciśnie przycisk autopilot off) wolant był we właściwiej pozycji.
    Ma to kapitalne znaczenie, bo okazuje się, że wbrew temu co wszyscy twierdzą istnieje możliwość śledzenia nie tylko co załoga mówiła, ale również co załoga robiła więc można stwierdzić kiedy i jakie Dowódca podejmuje decyzje podczas zniżenia. I że podejmuje takie decyzje.
    Swoje spostrzeżenia skonsultowałem z fachowcami na rosyjskim forum smoleńskim i potwierdzili że zmiana ustawienia trymera widoczny na wykresach na tym odcinku powinno odpowiadać czynnościom Dowódcy na gałce za pomocą której steruje samolotem. Pozycja gałki ani ustawiona wartość jako takie bowiem nie są niestety notowane.
    Podzieliłem się tymi rewelacjami na blogu prof. Artymowicza – zostałem wyproszony z bloga przez komentatorów którzy pilnowali polityczną poprawność wypowiedzi.

    Raport MAKu na stronie 111. analizuje poczynania Dowódcy za pomocą pokrętła ale nie zdradza skąd te informacje czerpie Zakłada, że pilot się non stop mylił bo nie umie korzystać z pokrętła. Zakłada że pilot usiłuje lecieć zgodnie z instrukcją obsługi gdy instrukcja w ogóle nie przewiduje sterowanie pokrętłem podczas zniżania. Jest to więc pewien błąd logiczny. Istnieje jeszcze jeden gruby błąd merytoryczny na tej stronie raportu, ale nie jest to teraz istotne.
    Raport komisji Millera takimi niuansami się nie zajmuje.
    Fakt iż można śledzić sposób sterowania przez dowódcę jest mi potrzebne do czego innego – o tym za chwilę.

    TJ. Masz racje. Sprawy są skomplikowane. Niech Ci co ich nie interesuje (albo wszyscy ) przeskoczą te moje wpisy.

  143. Wrócę do piątego odcinka toru lotu.
    Dla przypomnienia samolot leci w górę (1) samolot leci w dół(2) wyrównuje na 420 metrach (3) ponownie leci w dół prędkością 7 m/s skorygowaną po chwili do 6.5 m/s(4)
    i nagle w wysokości 300-250 metrów zwiększa prędkość zniżenia do 8.5 m/s(5)
    Dla przypomnienia – prawidłowa prędkość opadania to 3.5 – 4 m/s. Dowódca po informacji od Drugiego Pilota ”jest siedem metrów” zredukował do 6.5 m/s więc skąd ta nagła zmiana?
    Sprawa po dokładniejszym badaniu okazuje się jeszcze bardziej zagadkowa.
    Jak napisałem w poprzednim komentarzu istnieje możliwość śledzenia w sposób pośredni sposób sterowania samolotem przez Dowódcę.
    Jak sprawdzamy po kolei co spowodowało poprzednie zmiany (1-4) okazuje się, że przed każdą taką zmianą pilot dokonał odpowiednie zmiany na swoim pokrętle. Nawet ślady drobnej korekty z 7 na 6.5 m/s można odnaleźć na odpowiednim, wykresie.
    A zmiana prędkości zniżenia z 6.5 na 8.5 m/s nie została poprzedzona żadną czynnością ze strony Dowódcy było więc niezamierzone i niezależne od woli pilota. Pilot po chwili próbuje prędkość opadania zmniejszyć bez większych skutków zresztą.
    Powtórzę innymi słowami – pilot przed każdą poprzednią zmianą kręci gałką więc zmiana jest wynikiem akcji pilota. W przypadku ostatnia zmiany toru (z 6.5 na 8.5 m/s) kręcenie gałką następuje dopiero po zmianie. Zrobiłem o tym też film rok temu, ale nie będę teraz prezentować. Widać gołym okiem.
    Uważam, że niezamierzona zmiana toru nastąpiła w wyniku owej kłótni o prędkość zadawaną pomiędzy Dowódcą a Drugim pilotem, do której to kłótni włączył się jeszcze ktoś. Ktoś nierozpoznany przez odczytujących w IES, więc ktoś spoza załogi, ale dokładnie zorientowany w niuansach poczynań załogi.
    Dialog brzmi:
    2P : Dwa i osiem dobra?
    (D): Trzysta!!!! (to jest okrzyk gdyby ktoś nie słuchał nagrań z kokpitu)
    ? : jakie trzysta?

    Z pozoru dialog niewinny, tym bardziej, że odbywa się w wysokości 300 metrów.
    Zgodnie z raportem komisji Millera dialogu nie można zinterpretować prawidłowo bowiem raport błędnie twierdzi iż samolot miał od wysokości 500 metrów ustawione 280 km/h (MAK twierdzi i jest w stanie udowodnić, że wówczas było 300 km/h a zmieniono później – nie wiadomo kiedy)
    A prawda jest taka, że to jest ten moment gdy Drugi Pilot wbrew rozkazowi Dowódcy zmienia podstawowy parametr jakim jest prędkość zadawana automatowi ciągu, który to automat ciągu steruje pracą silników

  144. Mam propozycję do szanownych koleżanek i kolegów blogowych, byśmy zaprzestali pisać o technicznych przyczynach tej katastrofy, a spróbowali raczej skupić się na czynnikach politycznych i ustrojowych, które według mnie tą katastrofę wywołały. W polskim systemie sprawowania władzy wykonawczej istnieją dwa ośrodki tej władzy i to jest tego systemu podstawowa wada, ale są i zalety! Skupmy się na wadach, bo to one stały się podstawową przyczyną, która sprowadziła całkiem sprawny samolot nad osnute mgłą kiepskie lotnisko.
    Nowa konstytucja uchwalona siłami lewicy postkomunistycznej i części tzw. opozycji demokratycznej (UW) okroiła kompetencje prezydenta, ale zostawiono niejasny zapis, że jest on strażnikiem konstytucji i zwierzchnikiem sił zbrojnych. Mniejsza o rolę strażnika konstytucji (tu chyba Tusk miał na myśli żyrandole), bo tu i tak rozstrzyga kwestie sporne TK, a przyjrzyjmy się jak wyglądało i na czym polegało zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi. Jak sięgam pamięcią, spory w tej kwestii pomiędzy rządem i prezydentem dotyczyły zawsze kwestii personalnych. Każdy ośrodek władzy miał swoich kandydatów do nominacji generalskich, a ci wiedząc o tym, doskonale dopasowali się do sytuacji. Z mojego skromnego doświadczenia wnoszę, że tacy ludzie (kandydaci do awansu) będą tylko lojalni wobec swojego pryncypała i mogą sobie pozwolić na obniżenie standardów wykonywanej pracy. Tym to sposobem doszło do całkowitego upadku przestrzegania dyscypliny i standardów szkolenia pilotów, którzy też zostali podzielenie na krótko przed tą katastrofą na prezydenckich i zdrajców.
    Zdaję sobie sprawę, że ledwie temat liznąłem, bo trzeba by wyciągnąć z pamięci te wszystkie przepychanki, które miały miejsce od początków szorstkiej przyjaźni Kwaśniewskiego z Millerem do jawnej wrogości Kaczyńskiego do Tuska.
    Pozdrawiam

  145. TJ
    12 kwietnia o godz. 16:04
    Aby oceniać pracę kontrolerów rzetelnie raport powinien odnieść się do faktów które były dostępne kontrolerom na ich stanowisku pracy.
    Tego w raporcie nie ma.
    Jak można pisać w sposób sugerujący, że kontrolerzy nie zadeklarowali i nie próbowali współpracować z załogą samolotu kiedy z zapisów czarnej skrzynki widać, że piloci olali kontrolerów i to oni nie podjęli współpracy.
    Ty oceniasz, że raport Millera jest w zakresie oceniającym kontrolerów bezbłędny , ja uważam, że tak nie jest. Sprawdź co na prawdę można ocenić przy pomocy radaru jaki dysponował Smoleńsk i z jaką dokładnością można oceniać przy pomocy niego położenie samolotu.
    Nie po to ta cało procedura lądowania z warunkiem i konieczna zgoda kontrolerów na lądowanie

  146. Uważam ostatnie dywagacje Indoora za ciekawe, ale nie mam szans na pełne ich zrozumienie, a tym bardziej na zweryfikowanie sensu, bo za mało wiem o działaniu autopilota i tej sławnej gałki, którą pilot kreci, aby zmienić szybkość zniżania. A ten trymer w wolancie dobił mnie ostatecznie. W sprawie lotnictwa jako takiego jestem absolutnym laikiem, ale znam podstawowe prawa fizyki, które musiały być wykorzystane przez konstruktorów samolotów. Pytania do fachowców na blogu mam takie:

    Jeśli pilot ustawia gałkę (chyba z jakąś skalą?) na określoną wartość, czy wtedy przyrząd, mierzący szybkość zniżania (to chyba wariometr?) pokazuje to samo lub zmierza do tej samej wartości, działaniem autopilota?
    Czy to jest ta zmiana „po” lub „przed” w komentarzu?
    Czym steruje ten autopilot, aby dojść do ustawionej wartości i co ma na to wpływ?

    Pytam dlatego, że Indoor wiąże to z szybkością poziomą, zadaną automatowi ciągu (300 albo 280) i krecią robotą drugiego pilota, który wiedział „lepiej” niż kapitan statku.
    Dla mnie jest jasne, że szybkość opadania samolotu jest zależna od działania kilku sił – grawitacji, oporu powietrza i aerodynamicznej, która to w ogóle pozwala na latanie ciał cięższych od powietrza.
    Grawitację usztywnił Newton, na te drugie ma wpływ pilot.
    Indoor tłumaczył mi, że zmiana szybkości zniżania jest realizowana zmianą nachylenia samolotu. Nie przekonuje mnie to, choć może mieć rację. Jako pasażer nigdy nie zauważyłem przechyłu podczas lądowania (ale nie latałem sztukasami). Wyobrażam sobie zniżanie samolotu wypoziomowanego (jak helikopter), jeśli wspomniane siły odpowiednio dobrać. Nie przeczyłoby to prawom fizyki, ale nie wiem oczywiście, jak wygląda praktyka.

    Jednakże również taka zmiana nachylenia samolotu też jest realizowana zmianami oporu powietrza przez jakieś tam elementy, o których nic lub niewiele wiem. Nawet pozioma prędkość zależy nie tylko od siły ciągu, a od „klapek” czy od spadochronu za myśliwcem, lądującym na lotniskowcu. Na pewno nie ma podczas lotu działających hamulców mechanicznych jak w samochodach, raczej zmiany konstrukcyjne, zwiększające siłę oporu powietrza.

    Byłoby nieźle, gdyby fachowcy przyjrzeli się uważnie jego rozważaniom, choć nawet ta nieregulaminowa, nadmierna szybkość zniżania nie musiała być gwoździem do trumny, gdyż zapas wysokości wystarczyłby na odejście w siną dal, zamiast w dziurę, brzózkę i zaświaty.

    PS

    Indoor wspomina o nowym stenogramie, jakby poprawionym, oraz o możliwości odsłuchania rozmów w kokpicie. Proszę o linki, może się dokształcę przed dziesiątą rocznicą „zamachu”.

  147. @maciek.g
    13 kwietnia o godz. 11:39

    ***Jak można pisać w sposób sugerujący, że kontrolerzy nie zadeklarowali i nie próbowali współpracować z załogą samolotu kiedy z zapisów czarnej skrzynki widać, że piloci olali kontrolerów i to oni nie podjęli współpracy.***

    Święte słowa! Jednakże Twoja rada dla TeJota –

    ***Sprawdź co na prawdę można ocenić przy pomocy radaru jaki dysponował Smoleńsk i z jaką dokładnością można oceniać przy pomocy niego położenie samolotu.***

    – jest perfidna, bo nie ma nawet szansy dla oceny, czy tym zdezelowanym sprzętem pracowali właściwie!
    Intuicja i pewne drobiazgi pozwalają na wniosek, że działali niezbyt dobrze z tymi zapewnieniami o „glissadzie”.
    Ten drobiazg to „nieoczekiwane” (ha, ha, ha) popsucie się po fakcie(!?) rejestratora ich pracy. Pewnie nie da się udowodnić, kto i kiedy popsuł ten rejestrator lub wymienił kasetę na czystą, więc rosyjska prokuratura nie może udowodnić kontrolerom winy zaniedbania, a my możemy tylko zgrzytać zębami. Prawnie sprawa nie ma następstw, choć ja nie awansowałbym tych kontrolerów, jak prezydent Błasika po Mirosławcu, ani nie uhonorowałbym ich uchwałą Dumy…

  148. Śleper
    13 kwietnia o godz. 11:30

    Mój komentarz
    Śleper, podzielam Twoje zdanie.
    Nurzanie się w szczegółach technicznych katastrofy smoleńskiej jest na forum ogólnym mało produktywne, ponieważ jest hermetyczne, zrozumiałe tylko dla fachowców oraz osób technicznie przysposobionych i zapoznanych z problemem.

    Podłoże polityczne i kulturowe było praprzyczyną wypadku.
    Niejasności w konstytucji odnośnie zwierzchnictwa prezydenta nad armią oraz udziału prezydenta w polityce zagranicznej przyciągnęły duet braci K. do wykorzystania przepisów konstytucji w państwie dla destabilizacji rządu, zawłaszczania niektórych jego kompetencji, do zdominowania premiera w poplityce zgranicznej, utrwalenia w społeczeństwie przekonania, że skoro prezydent jest głową państwa, to prezydent współrządzi, co najmniej współ.
    By osiągnąć swe cele bracia K. zmuszeni byli wzniecać konflikty, bo tylko w sytuacjach krytycznych jest szansa na uzyskanie przewagi.

    Konflikty paraliżowały państwo, osłabiały centralne organa władzy (centralnie, a nie centralistyczne), generowały bałagan w państwie. Symbolem takiego bałaganu była dobrowolnej decyzja szefa kancelarii prezydenta, który po uwolnieniu się od obowiązków szefowania powiedział wprost – ciągłe zmiany decyzji, decyzje na ostatnią chwilę, brak planu pracy, nie idzie tam pracować.

    W tej sytuacji byłoby dziwnym, by bałagan nie zaistniał także w wojsku, a szczególnie w 36 pułku lotniczym, którego personel był bardzo blisko władz i czuł dokładnie na ile sobie może pozwolić. Także prezydent, jak piszesz Autorze, by budować środowisko zwolenników, był zmuszony do lewych awansów, przymykania oczu w reakcji na przymilanie się, podlizywanie i obietnice wierności odbierane od ludzi pragnących wywyższenia. Powstało niebezpieczne dla państwa sprzężenie zwrotne, które coraz szybciej napędzało bałagan.
    Wynik znamy – od Mirosławca do Smoleńska.
    Pzdr, TJ

  149. Antonius!
    Autopilot w TU-154 to stara konstrukcja i mało inteligentna. Może pracować w trzech trybach – z tego jeden się nazywa ”stabilizacja nachylenia” i lot odbywa się w tym trybie. Autopilot robi w tym trybie jedną rzecz – stabilizuje nachylenie samolotu, nie wchodzi w nic ponadto. Elementem wykonawczym jest ster wysokości. Automatyka więc tak steruje sterem wysokości, by stabilizować nachylenie jakie jest w chili wciskania przycisku aktywującego działanie autopilota. Nachylenie pilot może zmniejszać lub zwiększać za pomocą gałki, ale gałka nie jest kalibrowana lub skalowana – w zależności od innych parametrów zmiana będzie większa lub mniejsza. Oczywiście człowiek który tą gałką kręci nie interesuje samo nachylenie tylko prędkość zniżenia lub wznoszenia który przy okazji nachylenia zostaje również stabilizowana.
    Jeśli pilot chce zmieniać np. prędkość zniżenia kręci gałką, zmodyfikuje minimalnie zadaną wartość nachylenia i następuje zmiana. Jaka będzie nowa prędkość to trzeba sprawdzić na variometrze. Variometr działa wolno, więc za pomocą gałki jest dosyć trudno uzyskać określoną wartość
    Według MAK tego rodzaju sterowanie nie jest stosowane podczas zniżenia, tylko podczas nabierania wysokości lub zniżenia do wysokości kręgu.
    JA bardzo dużo ćwiczyłem na symulatorze i idzie to robić.
    W innych trybach nieco łatwiej opanować. Jest na przykład tryb ”stabilizacja wysokości”. Jeden przycisk (z napisam H) i automatyka taj steruje sterami wysokości by wysokość była stabilna. W wysokościach pozwala pilotom zjeść śniadanie. W pobliżu ziemi może mieć zupełnie inne przeznaczenie. Lecąc na przykład dużą prędkością w kierunku ziemi (np. 7 m/s) w pewnym momencie, na przykład w wysokości 100 metrów wciskasz przycisk i samolot po chwili zaczyna podnosić nos, zmniejsza prędkość opadania , wyrównuje lot i dalej w górę i wraca na 100 metry. Tam stabilizuje wysokość i leci prosto.
    Jak drugi raz robisz to samo to <b.dokładnie po tej samej torze powtórzy manewr. Oczywiście jeśli parametry wejściowe (waga samolotu, prędkość zniżenia itd.) były podobne.
    Ciekawą kombinację daje gdy dodatkowo samolot leci pod kontrolą automatu ciągu.
    O ile przycisk wcisnąłeś w sytuacji gdy konfiguracja samolot (prędkość, klapy, podwozie) była gotowa do lądowania , to przez cały tor lotu samolot będzie gotów do lądowania.
    Również w najniższym punkcie toru lotu.
    Jeśli w tym momencie zwolnisz przycisk – samolot jest gotowy do lądowania. Nie wciśniesz – poleci z powrotem. I to bez udziału pilota.
    Dodatkową zaletą jest że może wykonać jeden człowiek bez pomocy pozostałych. A samolocie wojskowym różne rzeczy się zdarzają.

    Zwracam uwagę na to iż gdy nie wyciśnie się przycisku ”H” w tym najniższym pubnkcie toru lotu to samolot odchodzi w automacie – automat ciągu dodaje dokładnie tyle gazu i wtedy gdy trzeba. Pilot przez cały czas nie dotyka ani wolantu, ani manetek gazu. Manetki gazu ruszają się same.

    I teraz uwaga: nie tylko manetki gazu się ruszają, ale wolant też się rusza. Nie musiałby, bo sterowanie od wolantu jest odłączone. Ale po to żeby w razie wyciśnięcia przycisku automatyki wolant był adekwatnym stanie do stanu sterów wysokości. Jest to zrobione przez trymer wolantu.

    A stan trymera jest notowany w parametrach lotu. I w trybie stabilizacji nachylenia odzwierciedlają ruch gałką.

    Stenogram sporządzony przez IES w Krakowie znajduje się tutaj:
    http://static.presspublica.pl/red/rp/pdf/stenogram16012012.pdf

  150. Antonius
    13 kwietnia o godz. 11:53

    Mój komentarz
    Antonius, raport MAKu omawia sprawę użycia pokrętła ?Opadanie-Wznoszenie? dość szczegółowo. Cechą podstawową tego sterowania jest pewna bezwładność, z powodu której nie używa się go w czasie podejścia do lądowania.

    Indoor na kanwie działania tego pokrętła buduje piętrowe teorie, których nie jestem w stanie zrozumieć.

    Najistotniejszy fragment wytłuściłem.

    Oto cytat z raportu MAKu, str. 177

    „Załoga rozpoczęła zniżanie po ścieżce zniżania z odległości około 9 km od progu WPP, przechodząc na sterowanie ABSU [automatyczny pokładowy system sterowania] w kanale podłużnym pokrętłem ?Opadanie-Wznoszenie?. Na początku załoga nie mogła osiągnąć stabilnego zniżania. Prędkość pionowa zwiększyła się prawie do 8 m/s na odległości około 8 km od progu WPP, a następnie na odległości 7 km była zmniejszona praktycznie do zera.

    Regulacja prędkości pionowej z wymaganą dokładnością przy pomocy pokrętła wymaga określonych nawyków od pilota. Zwykle piloci wykorzystują to pokrętło na zakresach naboru wysokości i zniżania, gdzie nie jest wymagana wysoka dokładność sterowania prędkością pionową, a czas, w którym pilot ?dobierze? właściwe pochylenie dla zachowania stałej prędkości lotu, nie jest tak istotny. Na zakresach podejścia do lądowania, gdzie wymagane jest w krótkim czasie i z dostatecznie dużą dokładnością osiągnąć wymaganą prędkość pionową, wykorzystanie pokrętła ?Opadanie-Wznoszenie? jest niecelowe, gdyż wymaga to znacznego czasu na ustawienie prędkości pionowej, co zachodzi, z zasady z przeregulowaniem. Można to wyjaśnić po pierwsze, dużym opóźnieniem wariometru (szczególnie wariometru systemu TCAS) [wariometr mierzy szybkość opadania lub wznoszenia] i długim łańcuchem sprzężenia zwrotnego: pilot – pokrętło ?Opadanie-Wznoszenie? – autopilot – samolot – wariometr – pilot.

    Z tego powodu korzystanie z pokrętła ?Opadanie-Wznoszenie? do sterowania prędkością pionową zniżania przy podejściu do lądowania jest uciążliwe i niecelowe, wymaga podwyższonej uwagi i czasu, odrywa od kontroli innych parametrów lotu i zwiększa obciążenie pilota. W praktyce piloci Tu-154M przy podejściu do lądowania wg nieprecyzyjnych systemów lądowania wykorzystują sterowanie ręczne.”
    Koniec cytatu
    Pzdr, TJ

  151. Śleper i TJ –
    Nareszcie na temat. Wszelkie rozważania – coraz to bardziej szczegółowe na techniczne aspekty nieuchronnej katastrofy są, nie zaprzeczam bardzo interesujące i wzbogacające intelektualnie, ale…
    Są to jedynie zajęcia hobbystów. Nie techniczne powody leżały u podstaw całej tragedii, lecz jak zawsze tzw. czynnik ludzki, choć nie lubię tego określenia. Zwracałam na to uwagę od samego początku, zaraz po katastrofie. Jest to jednak rozstrzygnięcie zbyt wulgarne, aby poważni specjaliści brali je pod uwagę w pierwszej kolejności.
    No i mamy to co mamy. Bicie piany na wysokich obrotach, fachowcy przechodzą sami siebie i to po wielokroć, teorie powstają i padają jedna za drugą a winnych jak nie było, tak nie ma, ale w zamian powstają kolejne pomniki tych, co życiem zapłacili za bezmyślność.
    Pozostały egzorcyzmy, a jeśli nie odniosą oczekiwanego skutku, to już tylko odczynianie i wudu. Za rok.

  152. Antonius jeszcze coś. Jak pisałem ale niezbyt jaśnie – manewry z wykorzystaniem kombinacji autopilot- automatyka ciągu są powtarzalne (więc można w wysokości 500 metrów sprawdzić jak się zachowa samolot 400 metrów niżej) ale żeby była powtarzalna nie wolno już później zmieniać parametrów (prędkość , klapy itd.)
    A tak się dokładnie stało w wysokości 300 metrów gdy zmieniano o te głupie 20 km/h prędkość zadawaną automatyce ciągu.

  153. Wielce szanowny panie @Indoorze Prawdziwy (6.48 13.04.) oraz częściowo do komentarza z (22.03 dnia 12.04.) – pisze pan w pkcie 1: zauważ, ze Czesław dokładnie to samo twierdzi i jakoś Cię to nie razi. Dlaczego? Otóż dlatego, że Czesława zadanie jest na tym blogu (moim zdaniem) – krytykować komisję a jednocześnie podtrzymać wszystkie twierdzenia komisji.
    Totalna bzdura i nieporozumienie. Dla mnie (kelnera w kasynie lotnym, jak oceniłeś moje kwalifikacje), mjra pil. dra Fiszera oraz byłego przewodniczącego PKBWL – płka rez. pil. Klicha (akredytowanego wraz z grupą polskich specjalistów do pracy i współdziałania z MAK), od początku było jasnym, że św.p. Protasiuk wykonywał lądowanie wg danych radiowysokościomierza co okazało się przedsięwzięciem samobójczym, na takim lotnisku, jak pod Smoleńskiem – z kursem lądowania 259 st. (przewyższenia, zagłębienia i jary znacznych wielkości).
    Krytyka orzeczenia komisji Millera z mojej strony obejmuje:
    – próbę zignorowania tego faktu (prawdopodobnie dla osłony jednego z głównych członków) w orzeczeniu komisji – podjęto nawet jakieś próby wprowadzenia pojęć typu lądowanie precyzyjne i nieprecyzyjne, dla zagmatwania sprawy,
    – próbę nadania anonimowości osobom z bezpośredniego otoczenia załogi, chociaż nikt z otoczenia płka Klicha nie miał najmniejszych wątpliwości czy kłopotów z rozpoznaniem, czyje to głosy zarejestrowano na taśmach (zatrudniono nawet Instytut krakowski do tego). Celem tego było wyeliminowania jednej z przyczyn katastrofy (wg. MAK-u) presja psychiczna na załogę ze strony przełożonych skierowana na wymuszenie lądowania za wszelką cenę
    – próbę wybielenia gen. Błasika z zarzutu nietrzeźwości . Moim zdaniem, obojętnym jest fakt, czy jeszcze nie wytrzeźwiał po nocnej libacji (na różnych poziomach), czy korzystał z „małpek” w czasie lotu – w momencie badania było 0,6 promila alkoholu. Kropka.
    Z pozostałymi wnioskami komisji Millera trudno się nie zgodzić, a co gorsze są zbieżne z MAK-iem !!!
    Wracając do pana gen. Czabana (22.03 dnia 12.04.) – otóż od momentu, w którym oskarża pan płka Grochowskiego o współudział w spisku załogi w celu opracowania nowej procedury lądowania Tu-154M w TWA z całkowitym pominięciem procedur związanych z zastosowaniem metod lądowania z za chmur, wg. USL lub RSL (wymagają bezwzględnego wykorzystywania danych, wyłącznie z wysokościomierza barometrycznego), potajemnych treningów oraz próby (skutecznej, niestety !!!!! ) wprowadzenia jej w życie podczas lądowania we mgle na lotnisku pod Smoleńskiem – pan gen. Czaban jest niewinny!! I to miałem na myśli. Serdeczne pozdrowienia dla pana @TJ-ota – Czesław.

  154. To jeszcze
    1.rozwinięcia dialogu na 300 metrach po którym samolot zmienił nachylenie. Miał on – dialog – bowiem początek w wysokości 500 metrów.
    2. W jaki sposób wpłynęła ta zmiana prędkości zadawanej automatyce ciągu na dalsze losy samolotu.

    i skończę.

    Zwracam uwagę, że to nie są tylko szczegóły techniczne.
    Tu chodzi o to, że załoga kłóci się,/b> jak kto woli <spiera się w takiej kwestii – jaką prędkością ma samolot lecieć.
    Jest też językoznawstwo i psychologia.
    Czy się różni wypowiedź ”siedem metrów” od ”jest siedem metrów” szczególnie jeśli ani o sześciu ani o ośmiu informacji nie ma i jeśli partner rozmowy na to zdanie reaguje.

    Bo dla mnie oznacza że owe siedem metrów było oczekiwane, więc planowe.
    Zgodnie z instrukcją obsługi gdy prędkość zniżania przekroczy 5 m/s drugi pilot ma wypowiedzieć określoną formułkę. A nie ”jest siedem metrów”.
    Ale na razie poskrobię ścianę (bo mam remont, żeby nie było nieporozumienie 🙂 )

  155. Dialog na 300 metrach jest bardzo ciekawe, jeśli traktujemy go w kontekście raportu komisji Millera.
    Pewne jego fragmenty pojawiają się już w stenogramie stanowiącym załacznik do raportu, ale komisji nie przywiązuje do niego żadnej wagi.

    Jest to zrozumiałe
    1. raport źle określa tor lotu i w tym momencie według raportu nic się nie dzieje. Ot ktoś powiedział ”dwa i osiem”, drugi podał (zapewne wysokość ) 300 i samolot leci dalej. W rzeczywistości tor lotu tuż po tym dialogu się załamuje.
    2. raport przyjmuje błędnie, że samolot od 500 metrów leciał prędkością zadawaną automatowi ciągu wartość 280 km/h więc wypowiedź ”dwa i osiem” nic dla komisji nie oznacza.
    3. raport niewłaściwie interpretuje wypowiedź Dowódcy ”w razie nieudanego podejścia odejdziemy w automacie”. ”w automacie” dla załogi oznacza automat ciągu (z autopilotem) a nie autopilota. Ciekawe jest o tyle, że mało co tak jasno załoga wyraża w stenogramie niż to, co to oznacza ”w automacie”. o godz. 8:34:23 w raporcie IES jest nastepujący dialog:
    D: ”w automacie”
    I: ”i automat włączony” . W parametrach lotu w tym samym momencie włączony zostaje nie autopilot (autopilot jest cały czas włączony) tylko właśnie automat ciągu.

    Dlatego też komisja mało zwraca uwagę na mechanizmy związane z działem automatu ciągu.

    Dlatego też komisja nie widzi, że Dowódca już grubo wcześniej próbował ”odejść w automacie” niż tuż przed brzozą. Widać to po kręceniu gałką.

    Ale komisja nie widzi kręcenia gałką, bo nie wie gdzie trzeba patrzeć (trymer wolantu) a Dowódca kręci. Tylko automat nie zadziałał.

    Żeby wyjaśnić – odejście zaczyna się od dodaniu gazu (do dechy). Gdy się korzysta z automatyki ciągu to gaz pojawi się automatycznie. Wystarczy kręcić gałką i podnieść nios samolotu i gaz pojawia się w sposób automatyczny. O ile oczywiście automat zadziała. W tym przypadku nie zadziałał.

    Informacje dla Antoniusa.
    Automat ciągu to stosunkowo prosty sterownik PiD to znaczy śledzi prędkość przyrządową samolotu, dodaje do tego przyspieszenie (różniczkę wartości prędkości wytwarzanej na prostym układzie różniczkującym) i porównuje to z prędkością zadaną. W zależności od wyniku porównania zwiększa lub zmiesza ciąg silnika. Prędkość zadawać może tylko drugi pilot, bo nastawnik jest przy jego lewej ręce. (Teoretycznie Dowódca też mógłby, ale musiałby się wysilać i niechcący potrącić jakiś przełącznik)

  156. Zaczyna się na 500 metrach gdy załoga nadaje samolotowi konfigurację jak do lądowania. Powoli zmniejsza prędkość już wykorzystując automat ciągu. Mechanizm jest cały czas taki sam i dialogi też się powtarzają – Dowódca podaje nową prędkość – Drugi pilot potwierdza i ustawia, Dowódca podaje nową wartość klap, drugi pilot potwierdza i ustawia.
    Samolot po pierwszej operacji (zmiana prędkości zadawanej w dół) zdejmuje gaz bo automat ciągu wyczuwa iż lecą za szybko (w stosunku do zadanej) Podczas kolejnej operacji (wysuwanie klap) samolot dosyć nagle przyjmuje nową prędkość (bo klapy hamują) i ponownie dodaje gaz.
    Typowy dialog redukcji prędkości odbywa się (stenogram IES) o godz. 8:36:26
    D: ”trzydzieści trzy”
    2P: ”trzy trzy zero redukuję”
    D: ”klapy dwadzieścia osiem”
    2P:”klapy dwadzieścia osiem”
    Ten sam dialog się powtarza kilka razy aż nagle następuje zgrzyt.
    D:”Trzysta”
    2P: ”Słucham?”
    D: ”Trzysta”
    2P:”… trzysta”

    po chwili

    2P: ”na klapach trzydzieści sześć mamy dwa i osiem”
    D: ”Proszę klapy”

    Ma podstawie tej rozmopwy komisja Millera przyjęła że samolot wystartował do ścieżki zniżenia prędkością 280 km/h i prędkość ta już nie została zmieniona.
    Niestety nie jest to prawda.
    Z parametrów lotu jednoznacznie wynika, że podczas pierwszej fazy (lot w górę) i podczas wyrównania lotu (trzecia faza toru) samolot leci prędkością 300 km/h a automat ciągu dodaje gaz. Wynika z tego niezbicie iż w tym czasie jeszcze prędkość zadana automatyce wynosiło 300 km/h.
    Zmieniono dopiero później.
    Kiedy?
    Jeszcze raz cytuję dialog z 300 metrów (8:41:21 w stenogramie IES):

    2P : ”Dwa i osiem dobra?”
    (D): ”Trzysta” (jest to okrzyk – to jest moja uwaga)
    ? : ”jakie trzysta?”

    Dodam jeszcze : dialog ten się toczy w momencie gdy samolot po zwiększeniu prędkości podczas ostatniego nurkowania (4. faza lotu) wreszcie wyhamował do ustawionej prędkości 300 km/h więc od tego momentu można było liczyć na działanie automatu ciągu. Do tego momentu samolot leciał (w wyniku nurkowania) zbyt dużą prędkością.
    Po chwili samolot wytraci prędkość poniżej 300 km/h – gdyby prędkości nie zmieniono silniki powinni nabierać obroty. Nie nabierają. Jest to jednoznaczny dowód na to, że po i podczas tego dialogu Drugi Pilot zmniejszył prędkość zadawaną automatyce ciągu do 280 km/h.
    Dlaczego zwiększył samolot prędkość zniżenia po zmianie zadanej prędkości – nie do końca jest jasne. To trzeba by sprawdzić na właściwym samolocie, symulator nie wystyarcza. Silniki już i tak pracowały na małym gazie (bieg jałowy) więc teoretycznie dalsza redukcja ciągu nie wchodzi w rachubę. Widać na wykresie minimalną zmianę obrotów jednego z turbin więc wykluczone nie jest. Istnieje też możliwość, że wynika to z własności aerodynamicznych samolotu, może przekroczono jakąś krytyczną wartość.

    Zresztą sam wzrost do 8.5 m/s chociaż szokujący dla pilotów TU-154, wedle moich doświadczeń przeprowadzonych na symulatorze – tragedią jeszcze nie jest. Na pewno prędkość samolotu zmniejsza się wolniej, niż gdyby dalej się zniżali 6.5 m/s . W naszym przypadku w ogóle ‚zawisł” na dłuższy czas na 290 km/h.

  157. Indoor Prawdziwy
    13 kwietnia o godz. 15:04

    Czyli sugerujesz, że panowie piloci mieli opracowaną procedurę lądowania, którą stosowali AUTOMATYCZNIE, rutynowo……
    I nieuzgodnione wcześniej ustawienie przez II pilota na automacie prędkości 280 km, spowodowało że zabrakło tych kilkunastu metrów wysokości.
    Bo przy niższej prędkości bezwład był większy.

    Niewykluczone……..
    Potwierdzić istnienie takiej procedury mogliby jedynie inni piloci latający na tutkach.
    Czy będą chcieli?
    To raczej wbrew ich interesom.

  158. wiesiek59.
    Mechanizm dojścia do wypadku był nieco bardziej skomplikowany( z bezwładnością ma niewiele wspólnego). Przyczynę bezpośrednią można nieco inaczej sformułować (”nieporozumienie pośród członków załogi odnośnie prędkości zadawanej automatowi ciągu” w wersji light) ale i tak tego nieopisanego w literaturze (instrukcja obsługi) manewru ”odejście w automacie” ominąć nie sposób.
    Potwierdzić oczywiście mógłby tylko jakiś skruszony lotnik 36. pułku i zapewne tego nie zrobi.
    Jest jeszcze taka możliwość, że opisane przeze mnie sposób lądowania wyszedł poza pułk. W stenogramach Sejmowych nawet jest mowa o jakimś ”nowym rodzajem podejścia dla samolotu TU-154” którego uwzględnienie w szkoleniu był jednym z wniosków powypadkowych po CASA.
    Generalnie nikomu nie leży w interesie. Masz rację.

  159. Antonius
    13 kwietnia o godz. 12:13
    Masz rację, że ze względu na popsucie się rejestratora nie ma szans na stwierdzenie czy kontrolerzy pracowali poprawnie i dlatego nie można im postawić zarzutów.
    Prawdopodobnie masz rację, że rejestrator został celowo „popsuty” by nie wyszły błędy które być może kontrolerzy popełnili.
    Jednak możesz sobie sprawdzić jaką dokładność ma sprawna aparatura taka jak była zainstalowana w Smoleńsku i dlaczego to potwierdzanie wysokości było tak istotne. (a wiadomo, że piloci tego wieży nie podawali). Bez tego potwierdzania kontrolerzy byli zdezorientowani i dlatego w ostatniej fazie takie zamieszanie na wieży i panika (pewnie po zniknięciu samolotu z radaru). Stąd tak komenda Horyzont (podana bo kontroler uznał, że zbyt długo coś to trwa). Ta komenda nie została podana bo oceniono, że samolot jest zbyt nisko, to podano na wyczucie, że coś idzie nie tak.
    Bez sensu jest więc stwierdzenie w raporcie Millera, że komendę podano zbyt późno.
    I jeszcze
    Smoleńsk ma tylko radar ogólnego naprowadzania, który pokazuje lot samolotu z dokładnością do 200 metrów.
    W dodatku przez ostatnie 1,5 km od pasa praktycznie nie widać maszyny na radarze i załoga musi polegać wyłącznie na przyrządach pokładowych.

  160. maciek.g
    13 kwietnia o godz. 17:41

    Dodaj do tego fakt, że samolot w pewnym momencie znalazł się POD poziomem pasa startowego…….
    Żaden radar nie byłby w tym momencie pomocny.
    Chyba że georadar……..do umiejscowienia szczątków……
    Sprawdza się w archeologii…

  161. Wiedziałem, wiedziałem. Wystarczy wejść na blog red. Paradowskiej, aby dyskutujących zastać w tutce. Panowie, wyjście jest z lewej strony, proponuję sprawdzić spadochrony.

  162. Szanowny panie @maćku.g (17.41 dnia 13.04.) – zbyt wysoko sobie pana cenię, by podejrzewać, że nie skorzystałeś z podawanego wielokrotnie linku (http://www.polot.net/?p=290), okazuje się to jednak zawodne, bo przypuszczam, że raczej nie, ponieważ – co wyczuwam z Twojego wpisu do pana @Antoniusa, chcesz za wszelką cenę wciągnąć do młyna współodpowiedzialności za spowodowanie katastrofy smoleńskiej operatorów systemu RSL lotniska pod Smoleńskiem.
    Z zapisów na taśmach wynika jednoznacznie, że św.p. Protasiuk nie podjął współpracy z operatorami systemu. Co prawda nie powiedział, żeby się od niego od….. , ale pozostawienie bez odpowiedzi komend operatorów (powinien za każdym razem podawać w odpowiedzi wysokość barometryczną – a skąd miał ją niby wziąć ??) co na jedno wychodzi . Drogi @maćku.g, lotnisko pod Smoleńskiem, z kursem lądowania 259 st. dysponowało, w miarę sprawnymi urządzeniami RSL-u (oczywiście można było lądować również wg. systemu USL – szczegóły w opisie i na wykresach, jeśli skorzystasz z podanego linku) – jako jedynymi do wykorzystania, pod warunkiem oczywiście, że pilot wie jak to zrobić 😆 ❓
    Na jakiej, podstawie chcesz zatem oskarżać operatorów RSL-u o niedopełnienie obowiązków? To nasi piloci nie mieli zielonego pojęcia o sposobie wykorzystania tych skromnych możliwości, jakie „oferowało” im lotnisko pod Smoleńskiem i nie podjęli z nimi współpracy.
    Ba! – zakładali nawet, że lotnisko posiada ILS, przynajmniej kategorii II-giej !!! Stąd seria niezliczonych błędów, jakie spowodowało zastosowanie autopilota. Zrezygnowano z jego „usług” dopiero po nieudanej próbie odejścia „w automacie” od zamiaru lądowania.!!!
    P.S.: szanowny panie @Wieśku59 – kiedyś, bardzo dawno temu, w którymś z odcinków J-23, pan Fetting powiedziałbył, że nie ma sprawy nie do załatwienia, kwestia tylko w tym, za ile!! Można, takiego „skuszonego pilota” z (byłego już) 36 spltr z n a l e ź ć – wystarczyłoby pomóc takiemu w „rozszyfrowaniu” skromnej kumulacji w Totto Lotku, panowie, Indoorze i Ty @Wieśku59.
    Serdecznie pozdrawiam – Czesław.

  163. Smołeńsk
    Dwa razy mi skreślono więc i teraz pewnie się to powtórzy.
    Indorowi //nie ważne któremu// zaproponowałbym by do swoich
    ”technicznych dywagacji” dołączył to co proponowałem w tych dwu skreślonych a mianowicie:
    W czasie lądowania wszyscy pasażerowie powinni siedzieć na swych miejscach i być przypięci do foteli – stewardesa zameldowała ze samolot przygotowany pasażerowie na miejscach.
    Szanowny Indorze , co się stanie gdy paru generałów nagle wparuje do pomieszczenia zaraz za kokpitem – pewnie ten samolot straci wyważenie którym tak się zajmujesz i trzeba będzie ”bawić ”się manetką do wyważania – – twoja broszka więc głębiej nie wchodzę.
    Co prawda TY widzisz jakiś wredny palec kręcący pokrętłem – nie wiem czy to możliwe – twoja teoria.
    Panów generałów było przynajmniej dwu plus szef co przyniósł wiadomość o braku decyzji . Jakoś mi wychodzi minimum czterech dodatkowych ludzi z przodu samolotu i mniej o tych czterech na swych miejscach – takie zmiany mogły samolotem bujać wyżej /niżej i przeszkadzać pilotowi i to w najbardziej niebezpiecznym czasie czyli lądowaniu.
    Tak poza programem to ktoś z grona lekarskiego mógłby się wypowiedzieć na temat czasu przenikania alkoholu do krwi i wątroby
    – sekcja była prowadzona dokładnie, wiadomo co i gdzie stwierdzono więc i na takie obliczenia pozwala .
    Było by wiadome czy O,6 jest wczorajszym czy sprzed paru minut.
    PIS powoływał tylu fachmanów więc ten jeden więcej nie kosztował by zbyt wiele a przynajmniej sprawa byłaby jasna.
    ukłony

  164. I jak się tu dziwować tzw. wyznawcom religii smoleńskiej, skoro…..

  165. Według różnych badań 10 procent spożytego alkoholu czyli np. 2 g z 20 g zawartych w 0,5 l piwa zostaje rozłożone już w żołądku. Pozostałych 18 g zostaje wchłoniętych przez jelita do krwi. Około godziny po spożyciu ustala się równowaga koncentracji alkoholu we krwi i tkankach. Ten proces zależy od masy osobnika i udziału w niej tkanki tłuszczowej.
    Dehydrogenaza alkoholu wynosi ok. 0,1 g na kilogram ciała na godzinę. To oznacza, że 70-kilowy konsument alkoholu „trzeźwieje” o ok. 7 g alkoholu na godzinę albo 0,1 promille.
    Wszystko zależy od indywidualnej przemiany materii, która może wynosić 0,15 promille (mężczyzna), 0,12 prom. (kobieta). Alkoholikom udaje się 0,35 promille na godzinę (Microsomal ethanol oxidizing system), dlatego tak łatwo wpadają w ciąg alkoholowy.

    Metabolizm alkoholu we krwi zaczyna się 1-2 h po spożyciu…

    Po nocnej libacji można mieć rano jeszcze całkiem niezły wynik 🙄

  166. Bardzo szybko skończe.
    Co z tych dialogów wynika? Bardzo dużo. 300 od 280 km/h nie różni się o 20 km/h. Poczytałem swoje notatki sprzed ponad roku. Na podstawie licznych prób podejśc do lądowania pod kontrolą automatyki ciagu wyszło, że o ile lecąc 300 km/h w konfiguracji jak TU-154 w Smoleńsku (klapy 36, podwozie) jestem w stanie wyprowadzić samolot nawet ze zniżania prędkością 13 m/s o tyle lecąc 280 km/h już kłopoty zaczynają się przy 7 m/s.

    Druga ważniejsza sprawa – prędkością 300 km/h nie można wylądować. Do tego potrzebne 280 km/h lub (według MAK) 265 km/h.

    Jedynym więc sensownym wyjaśnieniem tych dwóch dziwnych dialogów jest takie, że kapitan Protasiuk świadomie leciał prędkością, która nie pozwala lądować ale zapewnia bezpieczny przelot nad lotniskiem
    Niestety w wysokości 300 metrów drugi pilot i ten ktoś trzeci przejął dowodzenie statkiem powietrznym.

    Alternatywna opcja jest taka, że przez pomyłkę podchodzili do lądowania niewłaściwą prędkością (300 km/h) i w wysokości 300 metrów postanowili skorygować. Jest to bardzo mało prawdopodobna opcja. Fakt jest taki, że z ust kapitana Protasiuka nie padł rozkaz ustawienia prędkości 280 km/h a jednak taka prędkość została zadana.

  167. Czesław
    13 kwietnia o godz. 20:07
    Chyba jakieś nieporozumienie, wręcz odwrotnie cały czas piszę, że oskarżanie kontrolerów jest bezpodstawne. Zobacz nawet początek mego wpisu na który reaguje P. Antoniusa. http://paradowska.blog.polityka.pl/2014/04/09/w-sprawie-smolenska-niezbedna-rzadowa-biala-ksiega/#comment-163328
    TJ nie chciał przyjąć do wiadomości, że raport Millera może być pomocny właśnie do oskarżenia kontrolerów i starałem mu się wyjaśnić dlaczego. Tj upiera się, że raport jest rzetelny i niczego nie sugeruje w kwestii kontrolerów. Antonius odniósł się do jednej z moich odpowiedzi przypominając, że rejestrator z wieży okazał się niesprawny i zasugerował celowe działanie kontrolerów w tej kwestii. Oczywiście nasuwa to podejrzenie takie jak sugeruje , więc uznaję, że tak mogło być (mogli to zrobić na wszelki wypadek). Jednak w dalszej swej wypowiedzi wyjaśniam dlaczego Panu TJ proponowałem by zapoznał się z radarem jaki był na wyposażeniu lotniska i aby nie zmuszać P. Antoniusa do szukania w necie informuję jaki sprzęt posiadali i jakie miał możliwości.

    Przy okazji informuję dlaczego oskarżenie, że kontrolerzy zbyt późno podali komendę „horyzont” podane w raporcie jest bezsensowne.

  168. Indoor Prawdziwy
    13 kwietnia o godz. 22:26
    Twoje doświadczenia na symulatorze są bardzo ciekawe. Nie przyszło by mnie do głowy, że tak mała różnica prędkości (20km/h) może powodować tak znaczną różnice.
    Szkoda, że obecnie mam zbyt mało czasu , bo chętnie sam bym to poćwiczył.
    Jest bardzo prawdopodobne, że masz rację , że Protasiuk symulował lądowanie, ale tak na prawdę wylądować w tym podejściu nie zamierzał.
    Trudno mnie jednak sobie wyobrazić, że ktoś z poza pilotów włączył się aktywnie do lądowania i coś tam nastawił. (Co innego gdyby nakazał zmianę, ale to wyłapał by mikrofon)
    Czyżby w zamieszaniu piloci przestali współpracować tak jak powinni?
    Na dokładkę to odejście na automacie bez sensu dla tego lotniska

  169. I ostatnia informacja: jaki był mechanizm, który ostatecznie doprowadził do wypadku?
    W przypadku ”odejścia w automacie” (z wykorzystaniem automatu ciągu potrzebne są dwie rzeczy (w dużym uproszczeniu)
    1. prędkość przyrządowa samolotu musi być równy prędkości zadanej automatowi ciągu
    2. silniki nie mnogą zbyt długo pracować na jałowych obrotach
    Dlatego nie mogą pracować długo na jałowych obrotach, że wówczas potrzebują ponad 5 (chyba 7 ) sekund żeby się turbiny rozpędziły.
    W Smoleńsku w momencie gdy zmieniono na 300 metrach prędkość zadawaną automatyce ciągu na 280 km/h samolot osiągnął prędkość dokładnie 300 km/h. Gdyby nie ta nieszczęsna zmiana prędkości, silniki od tego momentu powinny być gotowe do pracy (warunek 1.) Do tego momentu samolot leciał zbyt dużą prędkością, ale wreszcie wyhamował.
    Zmiana prędkości w dół o te 20 km/h spowodowało, że automatyka ciągu w dalszym ciągu uznała że silniki są niepotrzebne (bo prędkość samolotu za wysoka w stosunku do prędkości zadanej) więc przez kolejne x sekund silniki pracowały na jałowych obrotach.
    W efekcie gdy kapitan Protasiuk próbował ”odejść w automacie” ( i kręcił pokrętłem w kierunku nos do góry) – automat nie dodał gazu.
    Gdy podobny manewr dokonał w wysokości 400 metrów – automat natychmiast dodał gaz i lot się wyrównał.
    NA dole ten sam ruch pokrętłem nie dał żadnego efektu.
    Dlatego po słowach ”odchodzimy” nie ma żadnej na pozór reakcji załogi, że owe kręcenie kółkiem komisje (MAK i Millera) nie traktują jako ”odejście”.
    Jeszcze jedno tylko wyjaśnienie (ja też musiałem sobie to uświadomić):
    Gaz (energia) jest potrzebne nie tylko do wzniesienia się ale również do wyrównania lotu. Jest to też praca wbrew grawitacji. Dlatego automat ciagu dodaje gaz podczas wyrównania lotu. Gdy gazu zabraknie – wyrównanie lotu odbędzie się o wiele wolniej.

    To, że do zatrzymania spadku potrzebna jest praca (energia) uprzytomniłem sobie gdy przypomniał mi się okres gdy zajmowałem się rozładunkiem wagonów. Fabryka Papieru była w Budapeszcie, rozładowaliśmy wagony z drewnem z Polski. Przyjeżdżały metrowe kloce akacjowe i bukowe jak też dwumetrowa sosna. Te pierwsze metrowe rozładowaliśmy w ten sposób, że ktoś po jednym wyrzucał z wagonu a ten na dole łapał.
    Po jakimś czasie ten co łapal na dole był tak samo wykończony jak ten na górze. Mimo iż jedyne co robił to wyhamował spadek tych kloców.

  170. maciek.g.
    Zmieniać może tylko drugi pilot. Kwestia kto wydał okrzyk (bo to był okrzyk) ”trzysta” i kto się zdziwił (”jakie trzysta?”)
    Logiczne jest, że pierwsze trzysta musiał powiedzieć ktoś do kogo była adresowana propozycja ”dwa i osiem dobra?” więc kpt. Protasiuk.
    ”Jakie trzysta” w tym układzie musiał powiedzieć gen. Błasik który teraz się zorientował, że załoga nie zamierza podejść do lądowania i tylko gra. Nie widzę innego logicznego wytłumaczenia, ale to jest gdybanie.

    Natomiast ciekawą sprawą jest dlaczego załoga nie gada ze sobą normalnie tylko takim ”szyfrem” . Odpowiedź jest oczywista : bo szefowie są w zasięgu słuchu.

  171. Czegóż to zjełczała sława dziennikarstwa polskiego nie zrobi, żeby odwrócić uwagi od korupcji PO? Nawet się sięga po trupy ale co tam w końcu trzeba coś zrobić w zamian za 590 tysięcy łapówki od PO. Domyślam się, że gdyby to co się działo w Krakowie z korupcją dziennikarzy było robotą działacza PIS to by już pani załamywała rękę ale ponieważ za to był odpowiedzialny mąż posłanki PO to cicho sza nieprawdaż.

  172. Indoorze, wpadłeś w konfabulacje o:

    a) zamierzonym przez załogę odejściu w automacie, czyli odejściu przy automatycznym ciągu (silników), czyli odejściu poprzez kręcenie pokrętłem „Wznoszenie-opadanie”, a nie poprzez przycisk „Uchod”, jak błędnie oznajmiają to raporty MAKu i Millera

    b) o specjalnej procedurze podejścia do lądowania ze zwiększoną szybkością zniżania, która była wdrażana w 36 splt i którą realizowała załoga TU-154M w Smoleńsku, która to procedura charakteryzowała się zwiększoną szybkością zniżania, co w Smoleńsku realizowano na biegu jałowym silników, po to by szybciej opadał samolot.
    Przez tę procedurę z szybszym zniżaniem na biegu jałowym silników samolot nie był w stanie szybko powrócic do wznoszenia, gdy załoga chciała zakończyć pozorowanie podchodzenia do lądowania

    c) o fałszowaniu toru lotu w raporcie Millera, by na podstawie tego fałszerstwa oskarżyć kontrolerów rosyjskich o…

    d) o pozorowanym podejściu do lądowania, bo Błasik patrzył, a załoga posługiwała się półsłówkami, by nie zorientował się o co biega

    e) ktoś powiedział „dwa osiem”, inny powiedział „trzysta”, a Błasik w tym momencie z się załapał i powiedział „jakie trzysta”

    f) Wytłumaczyłeś, że „mały gaz” silników, to bieg jałowy, czyli bez ciągu silników

    Indoorze, z taką wyobraźnią można wiele zdziałać, np. jako pisarz science-fiction, jako doradca w dziedzinie fabularyzowania gier komputerowych, jako scenarzysta filmowy, jako adwokat w procesach cywilnych o obrazę, itp.
    Pzdr, TJ

  173. TJ!
    Proszę o inne logiczne wyjaśnienie przebiegu katastrofy.
    I bez pieprzenia o jarze, błędach w szkoleniu czy RSL i podobnych pseudofachowych bredni propagandowych.
    Co się stało w Smoleńsku?

    To jest generalnie ciekawe w tym wszystkim, że w zasadzie już dawno wszyscy zapomnieli przez ten pseudo problem podsunięty przez POPiS o brzozę, o co w tej potwornie kompromitującej Polskę katastrofie chodziło.
    Więc ja przypomniałem co nie gra.
    Brzoza, beczka … brednie.
    Skąd oni tam się wzięli w tym jarze ?
    Dlaczego nie słychać normalnych podczas podejścia dialogów?
    NA co czeka załoga gdy już trzeci raz (!!!) mijają 100 metrów?
    Dlaczego komisja Millera i MAK podają całkowicie rożny tor lotu samolotu, inne prędkości samolotu, inną interpretacji procedury podejścia.
    W zasadzie są tylko co do tego zgodni, że samolot nie był kradziony.

  174. NO Pani Janino! Koniecznie! Ja się dziwię, że tak długo pani to zabrało!

  175. anumlik
    13 kwietnia o godz. 18:59

    ”Wiedziałem, wiedziałem. Wystarczy wejść na blog red. Paradowskiej, aby dyskutujących zastać w tutce. Panowie, wyjście jest z lewej strony, proponuję sprawdzić spadochrony.”

    I wszyscy dyskutujacy stloczyli sie w kokpicie. Jak w tych warunkach pani red. J. Paradowska ma kierowac blogiem??

    Szkoda, ze to nie samolot mysliwski, bo jednym przyciskiem moglaby ich katapultowac.

  176. naszdziennik.pl/polska-kraj/74154,zarzuty-dla-kontrolerow.html

    „Prokuratorzy prowadzący śledztwo smoleńskie już od roku mają pomysł na jego zakończenie. Osoby, które mogą zasiąść na ławie oskarżonych, to dwóch rosyjskich kontrolerów.
    (…)
    Rosyjscy podejrzani to żołnierze Sił Powietrznych. Kierownikiem lotów był ppłk Paweł Plusnin, obecnie w stanie spoczynku, mieszka w Smoleńsku. To on przekazywał załogom zawyżone wskaźniki meteorologiczne, nie reagował na niebezpieczne sytuacje podczas lądowań i nie zamknął lotniska. Major Wiktor Ryżenko, kierownik strefy lądowania, był operatorem radiolokatora. Błędnie podawał załodze tupolewa (i prawdopodobnie także pozostałym samolotom) odległość od progu pasa oraz przekazywał fałszywy, uspokajający komunikat: ?na kursie, na ścieżce?.
    (…)
    Śledczy wciąż się zastanawiają, czy i jakie zarzuty postawić płk. Nikołajowi Krasnokutskiemu. Wbrew przepisom przebywał w pomieszczeniu, w którym pracowali kontrolerzy, wydawał im polecenia, raz nawet zwrócił się bezpośrednio do załogi Tu-154M (zapytał, ile ma paliwa), kontaktował się z wyższym dowództwem, uzgadniając lotnisko zapasowe. Pod koniec lądowania wyraźnie kazał Plusninowi sprowadzić samolot do wysokości 100 metrów na mocy decyzji bliżej nieokreślonego ?międzynarodowego numer jeden?.

    Formalnie jednak nie odpowiadał za kierowanie lotami i sprawdzanie samolotów.”

  177. http://nowypolskishow.co.uk/?p=1154

    100g ? kolejne kłamstwo raportu Millera: korespondencja z Maciejem Laskiem i rozmowa z prof. Johnem Hansmanem z MIT

    „Wiele milionów Polaków jest przekonanych o tym, że rządowy Tupolew lecąc z prędkością 260 km/h, opadając mniej niż 6 m/s, złamał skrzydło o brzozę na wysokości ok. 6 metrów, po czym nagle zaczął się wzbijać, zrobił półbeczkę, uderzył w podmokły grunt pod małym kątem i roztrzaskał się jak kryształowy wazon na dziesiątki tysięcy kawałków.
    (…)
    Dzięki korespondencji z Maciejem Laskiem, (…) wiemy, że wartość przeciążeń 100g, która znalazła się w raporcie Millera ma się nijak do tego typu zdarzeń. Kto, z imienia i nazwiska, kiedy, gdzie i w jaki sposób ustalił wartość przeciążenia 100g? Takie pytanie zadaliśmy panu przewodniczącemu i uważamy, iż mamy prawo poznać odpowiedź.

    Prezentujemy zapis tej korespondencji i ciekawą rozmowę na ten temat z profesorem Johnem Hansmanem z MIT, doświadczonym pilotem i naukowcem, który jest doradcą wielu instytucji.”

  178. Ooooo! Madzia zagościła u pani red. Paradowskiej/1
    No to WESOŁYCH ŚWIĄT.

  179. Madzia
    14 kwietnia o godz. 12:21
    http://nowypolskishow.co.uk/?p=1154

    Mój komentarz
    Madzia, strasznie naiwne argumenty przytaczasz licząc na to, że jak je podeprzesz „wieloma milionami Polaków”, to blogowicze dadzą się omamić ot tak po prostu, że skoro wiele mionów „jest przekonanych”, to własnie tak jest jak mówisz. Jesteś niemożebnie bezkrytyczna (y).

    1) Bardzo obrazowo piszesz, że Tupolew roztrzaskał się jak kryształowy wazon. Ze niby wszystko wskazuje na wybuch.
    Skąd to porównanie? Tupolew został porozdzierany w kontakcie z zadrzewionym terenem, co zdarza się przy każdej katastrofie tego typu, gdy samolot leci podwoziem do góry, „sufitem” kadłuba do dołu. Górna część kadłuba, czyli ta, która się zderzyła jako pierwsza z zadrzewionym gruntem i była przyduszana płatem, ma relatywnie niską wytrzymałość. To są wręgi (żebra) i blacha.
    Większość szczątków, które widać na zdjęciach, to nie są tylko blachy kadłuba, jak sugerują Binienda i Szuladziński, tylko pourywane części z wnętrza samolotu, a te nie są podatne na rozrywanie, jeśli je coś szarpie i gniecie. Te drobne szczątki służą jako pretekst do budowania metafory – roztrzaskał się jak kryształ.

    2) Samolot nie zaczął się „wzbijać nagle” po zaczepieniu skrzydłem o brzozę, tylko wzbijał się przedtem, był w fazie wznoszenia po osiągnięciu minmum wysokości, wychodził z „wąwozu”, w którym w pewnym momencie był znacznie poniżej poziomu pasa do lądowania.

    3) Wartość przeciążenia 100 g nie dotyczy samolotu, tylko dotyczy uszkodzeń m.in. głów pilotów i pasażerów, które lekarze stwierdzili podczas sekcji zwłok. Wartość tę amerykańscy doradcy zespołu Macierewicza zniekształcili, przedstawili ją szerokiej publiczności jako 100 g – przyspieszenie samolotu (opóźnienie) podczas upadku na ziemię.

    Wartość 100 g nie odnosi się do kadłuba samolotu, tylko do np. głowy, gdy rąbnie w coś twardego. Wtedy głowa się rozbija całkowicie. Gdy ta sama głowa rąbnęłaby np. w tapczan, to przyspieszenie byłoby kilkadziesiąt razy mniejsze i czaszka nie uległaby pęknięciu. Taki jest sens owego 100 g – dotyczy uszkodzeń ciał, a nie katastroficznego hamowania samolotu przez grunt.

    Eksperci Macierewicza pominęli ten niuans, bo byli w potrzebie innej interpretacji i w ten sposób oszukali szeroką publiczność.
    Eksperci pytają podchwytliwie, a kto zmierzył te 100 g? Oczywiście, odpowiedzi nie ma, bo na miejscu wypadku nie było przyrządów w samolocie, ale były uszkodzenia na ludziach i tego typu uszkodzenia anatomopatologowie zakwalifikowali jako uszkodzenia typowe przy przeciążeniu 100 g.

    Obrazowo mówiąc walnięcie głową z byka w poduszkę, to droga hamowania powiedzmy 10 cm. Walnięcie głową w metalową konstrukcję, to droga hamowania mniej niż 1 mm, aż do pęknięcia czaszki. W drugim przypadku przyspieszenie ujemne jest 100 razy większe niż w pierwszym.

    Przeciążenia 100 g nie „zaistniały na pokładzie Tupolewa”, tylko zaszły podczas zderzania się ludzkich ciał z twardymi przedmiotami oraz rozszarpywania ich podczas kontaktu kadłuba z ziemią w pozycji odwróconej.

    W raporcie Millera na str. 73 jest jedyne zdanie na temat przeciążenia 100 g:

    „Oceniając charakter powstałych obrażeń głowy, klatki piersiowej i kręgosłupa, na ciała członków załogi w krótkim czasie oddziaływało udarowe przeciążenie nie mniejsze niż 100 g.”

    Zdanie to dotyczy przeciążeń, jakim podlegały ciała podczas katastrofy, a nie przeciążeń całego kadłuba. Pytanie zadane Laskowi nie miało właściwego fizycznego sensu w tym przypadku., ponieważ samolot, jeszcze jako całość, w pierwszym momencie katastroficznego przyziemienia nie był hamowany z przeciążeniem 100 g.
    Pzdr, TJ

  180. Korekta
    jest
    a te nie są podatne na rozrywanie, jeśli je coś szarpie i gniecie.
    ma być
    a te są podatne na kawałkowanie, jeśli je coś szarpie i gniecie
    TJ

  181. Madzia
    14 kwietnia o godz. 12:21

    Dyskusja kontrolerów z pilotami jest idealnym przykładem:
    „mówił dziad do obrazu……”

    Naprowadzanie wymagało WSPÓŁPRACY i kwitowania wysokości, reagowania na polecenia, czy komendy.
    Stwierdzono coś takiego?

    Zawsze mnie uczono, że za wszystko odpowiada DOWÓDCA.
    Jedyny problem w tym burdelu, to ustalenie KTO DOWODZIŁ…..
    Bo na pewno nie kapitan statku powietrznego.

  182. TJ
    Indoorze, wpadłeś w konfabulacje o:

    Strategię dyskusji stosowaną przez Ciebie znam grubo ponad 15 lat internetowych dyskusji. Polega na tym, że podsumuje się tezy głoszone przez dyskutanta (”Jednym zdaniem chcesz powiedzieć że …” po czym zwykle kilka zdań których ja bym nigdy nie powiedział. W tym przypadku podsumowanie moich tez jest w dużej mierze prawidłowe (nie wszystkie) Nie wykluczam, że ten sposób postępowania na blogach uczą na jakichś kursach, chociaż zagadanie z ośmieszaniem to stary jak świat sztuczka.
    Jak zwykle w swoich komentarzach (Mój komentarz) jesteś na tyle usystematyzowany, że pozwoli to na systematyzowanie mojej dosyć zagmatwanej, chaotycznej i podzielonej na części poglądów.

    a) zamierzonym przez załogę odejściu w automacie, czyli odejściu przy automatycznym ciągu (silników), czyli odejściu poprzez kręcenie pokrętłem ?Wznoszenie-opadanie?, a nie poprzez przycisk ?Uchod?, jak błędnie oznajmiają to raporty MAKu i Millera

    Od tyłu. Przycisk pojawia się tylko i wyłącznie w ”polskich uwagach do raportu MAK”. Gdyby ktoś nie pamiętał – jest to przycisk który działa tylko podczas podejścia na lotnisku wyposażonego w ILS, efekt działania przycisku jest natychmiastowy i widoczny każdemu z członków załogi – manetki gazu posuwają się (automatycznie) do przodu, silniki zawiją i samolot pod ostrym katem wystrzeli. Przycisk ma tendencje do zacinania się i w tym przypadku załoga sam robi to co by robił przycisk – przesuwa manetki gazu do przodu i bierze wolant na siebie.
    Komisja Millera chcąc wyjaśnić bezczynność załogi i przekroczenie 100 metrów wymyśliła, że ”odejście w automatyce” oznacza
    – odejście za pomocą przycisku ,
    – przycisk został we właściwym czasie wciśnięty
    – następnie załoga czekała 13 sekund na zadziałanie i dopiero zainicjowała ręczne odejście.
    Komisja mogła tak twierdzić jako że przycisk nie zostawia śladu w zapisach parametrach lotu. Latali zapasowym TU-154, sprawdzali i wyszło im, że rzeczywiście nie działa i rzeczywiście śladu nie zostawi ale sami doszli do wniosku, że sprawa jest na tyle bezsensowna że zrezygnowali w raporcie z przycisku
    Ślady tej próby zrobienia skończonych idiotów z członków załogi można jeszcze odnaleźć
    w komentarzach Czesława (”załodze się wydawało że lądują na lotnisku wyposażonym w ILS”) bo sama komisja z pomysłu jak wspomniałem – już zrezygnowała na etapie pisania raportu.
    tyle o przycisku
    o pozostałe ‚elementy ”konfabulacji” napiszę po kolei jak tylko mi czas pozwoli.

    Próbuję poszczególne wymienione przez Ciebie twierdzenia podzielić na fakty i na moją interpretację tych faktów.

  183. TJ
    14 kwietnia o godz. 10:12
    Indoor kupił sobie symulator lotu Tu i i sporo czasu poświęcił na latanie na nim, co z pewnością zmieniło jego pogląd na katastrofę.
    Takiego doświadczenia ,jak czytam nikt z blogowiczów nie robił i z pewnością ich wiedza na temat lądowania tym samolotem jest znacznie uboższa i najczęściej oparta na autorytetach w dziedzinie latania lub raportach o katastrofie (tu wśród blogowiczów wiem, że jest jeden były pilot wojskowy i on ze względu na swą profesję na temat latania i lądowań wie najwięcej i z pewnością jest niekwestionowanym autorytetem, ale na samolotach wielosilnikowych typu TU nie latał)) Dzięki tej komputerowej symulacji Indoor zwraca uwagę na szczegóły z rozmów w kabinie na które my nie zwróciliśmy uwagi , a które jak widać są istotne.
    Ja też jestem zdania, że głupotą jest posądzać pilotów smoleńskich o działanie nielogiczne lub samobójcze. Oni jak z rozmów wynikało zdawali sobie sprawę z fatalnych warunków , bo mówili „Może nie będzie tragedii”. Wiedzieli, że Prezydentowi i ich generałowi bardzo zależało by zdążyć na czas i ta presja na nich była wyczuwalna.
    Na pewno założyli jakiś plan działania (oczywiście taki by nie podpaść przełożonemu). Trzeba więc szukać logiki w ich działaniu , bowiem uparte schodzenie poniżej 100m na radiowysokościomierzu trudno zaliczyć do logicznych , ze względu, że z rozmów ich wynikało, że znają ukształtowanie terenu przed lotniskiem w Smoleńsku. Zauważenie dzięki symulatorowi ogromnej różnicy zachowania się samolotu przy prędkości 300 i 280km/h jest bardzo ciekawe i rozmowy na ten temat w kabinie każą się zastanowić czy przypadkiem te 300 nie było celowo ustawione. Wiemy również, że w razie stwierdzenia niemożności lądowania chcieli odchodzić na automacie (a nie przy pomocy przycisku „uchod”).
    Włączenie się generała do pilotowania samolotu (czytanie instrukcji) , z pewnością było przyczyną tego na co zwraca uwagę indoor , a mianowicie dziwnego dialogu.
    Dlatego zaczynam też rozważać czy na pewno Protasiuk chciał lądować? Nie jest nierozsądnym, że widząc że Generał nie chce odpuścić lądowania starał się by myślał, że chce lądować i pokazać że się nie dało. W tych skrajnie niekorzystnych dla pilotowania samolotu warunkach coś poszło nie tak. (być może Błasik zorientował si,ę że prędkość jest zbyt duża i te jakie 300 to jego słowa, a to mogło spowodować, że drugi pilot wykonał korektę, o czym pierwszy nie wiedział – to wystarczyło by już nie dało się samolotu poderwać)

  184. a) zamierzonym przez załogę odejściu w automacie, czyli odejściu przy automatycznym ciągu (silników), czyli odejściu poprzez kręcenie pokrętłem ”Wznoszenie-opadanie”, a nie poprzez przycisk ”Uchod”, jak błędnie oznajmiają to raporty MAKu i Millera

    Więc jak wykazałem powyżej, sprawa przycisku odpada, bo ani w raporcie MAK ani w raporcie Millera słowa o przycisku nie ma.
    Rozumiem, że tym chciałeś zasygnalizować że ja próbuję rozwiązać problem którego nie ma. Więc przyjmij do wiadomości, że problem istnieje. Żadna z dwóch komisji nie dała w ostateczności odpowiedzi na absolutnie najważniejsze pytanie – na co czeka załoga tak długo, co robi pomiędzy zapowiedzią odejścia a czynnościami, które dla komisji oznaczają próbę odejścia.
    Żadne komisja nie neguje faktu (zapisanego w zapisach parametrach lotu) że obie automatyki były włączone do samego końca,
    MAK wprost pisze (może i raport Millera) że do nawigacji w pionie załoga korzystała z pokrętła ”wznoszenie/opadanie”
    to, że wyrównanie lotu jest możliwe za pomocą pokrętła twierdzi raport MAK (załoga wyrównuje lot w wysokości 420 metrów)
    nie widzę więc nic niestosownego w stwierdzeniu, że jeśli w tym trybie za pomocą pokrętła można w pionie manewrować, to w tym czasie, gdy załoga nie wiadomo co robiła – załoga próbowała ”odejść w automacie” taj jak to zresztą sama zapowiadała.

  185. b) o specjalnej procedurze podejścia do lądowania ze zwiększoną szybkością zniżania, która była wdrażana w 36 splt i którą realizowała załoga TU-154M w Smoleńsku, która to procedura charakteryzowała się zwiększoną szybkością zniżania, co w Smoleńsku realizowano na biegu jałowym silników, po to by szybciej opadał samolot.

    Sposób podejścia do lądowania przy jednocześnie włączonym autopilocie i automatyki ciągu jest faktem
    To, że nie przewiduje to instrukcja też (że też nie zabrania jak komisja Millera twierdziła)
    Szybkość była większa niż przewiduje instrukcja i to w pewnym momencie dwa razy większa. Raporty różnie tłumaczą ( ”gonili ścieżkę” nie wiadomo tylko dlaczego jak dogonili to nie zwalniali)
    To jest fakt – ja od siebie dodaję tylko jedną rzecz – wypowiedź 2P ”jest siedem metrów” w momencie gdy jest siedem metrów i reakcja Dowódcy na tą wypowiedź według mnie świadczy o tym, że owe siedem metrów było planowane a nie ”gonienie ściezki”
    Można z tym się nie zgodzić – większej różnicy nie robi.
    Lot na jałowym biegu przez ponad 40 sekund jest faktem, jest zapisany w parametrach lotu, długi czas oczekiwanie na zadziałanie turbin po takim długim locie na jałowym biegu też jest faktem opisanym w raporcie MAK, MAK również wiąże traktuje to jako pewien mechanizm który przyczynił się do tragedii.

    Więc w zasadzie do tego punktu mógłbym nic nie mieć.
    Ale pewien niedosyt pozostanie (to znaczy ja więcej ”pokonfabulowałem” w tym temacie)

    Otóż po tym, gdy samolot daje nura w tym trybie automatyka ciągu zdejmuje obroty, może zdjąć nawet do obrotów jałowych. Podczas zniżenia robi to dwa razy gdy samolot startuje z 500 metrów i ponownie gdy rusza w dół z 420 metrów.
    Za pierwszym razem obroty maleją do 50% , bardziej nie zdążą bo następuje wyrównanie lotu na 420 metrach.
    Za drugim razem automatyka również zdejmuje obroty i po 15 sekundach lotu już jest na minimalnych obrotach (”mały gaz” znaczy po polsku bieg jałowy)
    Żeby automatyka zaczęła obroty podnosić potrzebne jest zrównanie się prędkości zadawanej automatyce ciągu z rzeczywistą prędkością. Póki prędkość samolotu jest zbyt wysokie – silniki działają na małym gazie.
    Faktem jest że silniki podczas wyrównania loty na 420 metrach dodały gaz przy prędkości równej 300 km/h jest dowodem na to iż komisja Millera błędnie twierdzi, że samolot startował prędkością 280 km/h
    Fakt iż ”na dole” zaczyna automatyka dodawać gaz dopiero po osiągnięciu 280 km.h jest dowodem na to iż w tym czasie już ustawione było 280 km/h.

    Uważam więc za udowodnione, że zmiana prędkości zadawanej automatyce ciągu z 300 km/h na 280 km/h
    – nastąpiło w trakcie lotu na ścieżce schodzenia
    – przyczyniło się to do wydłużenia lotu przy obrotach na biegu jałowym

    to nie jest kwestia interpretacji. TO SĄ FAKTY

    Ostaniego twojego zdania jakoby załoga specjalnie latała na biegu jałowym – nie komentuje. Nic takiego nigdy nie napisałem.

  186. b (b)Przez tę procedurę z szybszym zniżaniem na biegu jałowym silników samolot nie był w stanie szybko powrócic do wznoszenia, gdy załoga chciała zakończyć pozorowanie podchodzenia do lądowania

    Gdyby nie to ”pozorowane” to bym sam nie mógł napisać lepiej. To w zasadzie prawie w taki sposób jest napisane w raporcie MAK. Oni nie piszą o ”pozorowanym”.

    To są fakty a nie interpretacja.

    c) o fałszowaniu toru lotu w raporcie Millera, by na podstawie tego fałszerstwa oskarżyć kontrolerów rosyjskich o?

    Tor lotu w raportach MAK i komisji Millera się różnią i to zasadniczo.
    To jest fakt, a nie interpretacja.
    Faktem jest tez, że wykres Millera nie jest spójne z danymi źródłowymi. Wykres MAK jest.
    Faktem jest też, że w ten sposób ułożony tor xostał wykorzystany do oskarżenia (nie w sensie prawnym) kontrolerów.

    Oczywiście nazwanie tego ”fałszerstwem” jest dyskusyjne, tym bardziej, że może to wynikać po prostu z głupoty i słabego przygotowania merytorycznego komisji.

  187. d) o pozorowanym podejściu do lądowania, bo Błasik patrzył, a załoga posługiwała się półsłówkami, by nie zorientował się o co biega

    To, że załoga w ogóle nie chce lądować, tylko podejdzie, żeby odejść (więc w pewnym sensie ”pozoruje” podejście) twierdzi komisja a nie ja. Czy chcieli lądować czy nie był (jest) cały czas przedmiotem dyskusji.

    Więc to, że istniała taka opcja , że załoga nie ląduje tylko chce podejść możemy uznać za fakt.

    Co do półsłówek zaraz wyjaśnię w czym rzecz – faktem jest że pierwszy dialog nastąpił dokładnie po słowach ”Siadajcie” ”siadaj” więc szefostwo był w zasięgu słuch.

    e) ktoś powiedział ”dwa osiem”, inny powiedział ”trzysta”, a Błasik w tym momencie z się załapał i powiedział ”jakie trzysta”

    Rozumiem, że jest to takie zwracanie uwagi, że to są duperele, ktoś coś powiedział …

    Wobec tego wtrącam pewną uwagę: jak ja bym sformułował mechanizm, który doprowadził do katastrofy

    Bezpośrednią przyczyną katastrofy było
    – wykorzystanie nietypowego, niedopracowanego, nieuwzględnionego w instrukcji obsługi i niekonsultowanego z producentem samolotu podejścia do lądowania w pełnej automatyce, a dokładniej błędy podczas wykonania tego manewru, to jest
    – nieplanowana zmiana prędkości zadawanej automatyce ciągu w dół, w wyniku czego
    — podczas zainicjowanego odejścia ”w automacie” silniki nie zareagowały
    — przez wydłużenie się do ponad 40 sekund lot na ”małym gazie” zainicjowany zbyt późno proces awaryjnego odejścia okazał się mało skuteczny bowiem turbiny dopiero były w trakcie nabierania obrotów.

    Powyższe twierdzenia w zasadzie są zawarte w raporcie MAK i częściowo w raporcie
    Millera, natomiast nikt nie poukładał to w ciąg logiczny. To co ja od siebie dodaję to iż ręczne odejście ja uważam za ”awaryjne”. Już przed tym odejściem próbowano odejść w automacie, chociaż tu już moim zdaniem załoga się pogubiła i trudno poszczególne fazy wyodrębnić.

    Rozmowy o 300/280 więc nie są duperelą, tylko dotyczą kwestię która w raporcie MAK jest obecny, w raporcie Millera starannie ukryte są – nawet ślady takiego czegoś dostrzec nie sposób. Zadali na górze 280 km/h i koniec. Zmiana? Jaka zmiana?
    Nie będę powtarzał dialogów, są tutaj. http://paradowska.blog.polityka.pl/2014/04/09/w-sprawie-smolenska-niezbedna-rzadowa-biala-ksiega/#comment-163354

    Dialogi są faktem, faktem są również różnice pomiędzy raportem MAK a raportem Millera w sprawie prędkości jakim samolot startuje z 500 metrów

    Oczywiście interpretacja to jest inna kwestia. Można dyskutować czy to była pomyłka, nieporozumienie pośród członków załogi. Ja interpretuję w ten sposób, bo to mi wyjaśni najwięcej rzeczy.

  188. f) Wytłumaczyłeś, że ?mały gaz? silników, to bieg jałowy, czyli bez ciągu silników

    Oczywiście. To co Rosjanie nazywają ”małym gazem” to po polsku obroty jałowe, ciąg silników wynosi raptem 8kN i podejrzewam, że więcej silniki hamują niż pchają ten samolot.

    To co dla mnie nie jest jasne to to, co spowodowało nagłą zmianę nachylenia samolotu (i wzrost prędkości zniżenia) tuż po redukcji prędkości na 250 metrach. Wiadomo, że nie spowodował to pilot, nie spowodowała automatyka, raczej nie ma też nic wspólnego z faktem redukcji prędkości,. Fachowcy którymi w tej sprawie konsultowałem najbardziej są za tym, że był to jakiś uskok wiatru, przypadek.
    Nie jest to wykluczone, chociaż bardziej prawdopodobne mi się wydaje jednak ta niewielka redukcja mocy w połączeniu z jakimiś cechami aerodynamiki samolotu. Prof. Artymowicz twierdzi, że to czysta fizyka, nawet obiecał problemowi poświęcić notkę na swoim blogu. Niestety notki nie napisał, blog zamknął.

    W każdym razie na to wygląda, że załoga poza tym wszystkim jeszcze miała na dodatek pecha.

    Indoorze, z taką wyobraźnią można wiele zdziałać, np. jako pisarz science-fiction, jako doradca w dziedzinie fabularyzowania gier komputerowych, jako scenarzysta filmowy, jako adwokat w procesach cywilnych o obrazę, itp.
    Masz jakąś propozycję ? 🙂

  189. Bezpośrednią przyczyną katastrofy było
    ? wykorzystanie nietypowego, niedopracowanego, nieuwzględnionego w instrukcji obsługi i niekonsultowanego z producentem samolotu podejścia do lądowania w pełnej automatyce, a dokładniej błędy podczas wykonania tego manewru, to jest
    ? nieplanowana zmiana prędkości zadawanej automatyce ciągu w dół, w wyniku czego
    ? podczas zainicjowanego odejścia ?w automacie? silniki nie zareagowały
    ? przez wydłużenie się do ponad 40 sekund lot na ?małym gazie? zainicjowany zbyt późno proces awaryjnego odejścia okazał się mało skuteczny bowiem turbiny dopiero były w trakcie nabierania obrotów.

    Ponownie polecam film
    https://www.youtube.com/watch?v=_WoVnA0IWrM

    Z góry widać stan silników
    drugi garb z lewej to dodanie gazu przy wyrównaniu lotu na 400 metrach, dołek przed nim to zdjęcie gazu przy nurkowaniu.
    długa prosta linia to lot na jałowych obrotach

    Linia ”nast.nach” to operacje na nastawniku (kręcenie kółkiem) przez Dowódcę, na którego jakoś nie zwraca uwagę ani MAK ani MIller. W 2:07 widać ruch nastawnikiem, identyczny do tego, który 400 metrów wyżej (1:02) wyrównał lot (próba odejścia w automacie – nieskuteczna z powodu braku pomocy silników)
    1:40 Słychać dialog drugi (nie słyszę ”jakie trzysta” , ale wyraźnie słychać ”dwa osiem (dobra?)” i tuż po niej ”trzysta”.

    Na samym początku obliczenie prędkości opadania i tor lotu jako wynik całkowania przyspieszenia pionowego.

    i tyle w tym temacie

  190. To niemożliwe, żeby piloci byli samobójcami
    maciek.g
    14 kwietnia o godz. 16:07
    Mój komentarz
    Maćku, piszesz masło maślane, co oznacza, że katastrofa nie mogła zajść za przyczyną działań pilotów, ponieważ piloci wiedzieli o tym, że nie mogą tak postępować, a zatem tak nie postępowali. Nie byli samobójcami. Z tej tautologii wyciągasz wniosek- przyczyny katastrofy są inne.

    Otóż po pierwsze sprawcy, a jednocześnie ofiary wypadków drogowych, kolejowych, wypadków przy pracy w olbrzymiej większości nie są samobójcami.

    Przyczyny katastrof lotniczych można podzielić na bezpośredni i pośrednie. W lotnictwie bardzo dużą rolę graja przyczyny pośrednie, co oznacza np. niedostateczne wyszkolenie, złe nawyki, niedostateczny nalot, fałszowanie odbytych lotów, które się nie odbyły, egzaminy przez palce, procedury przez palce, itd. Z przyczyn pośrednich wynikają w szczególnych warunkach przyczyny bezpośrednie, np. uderzenie w drzewo.
    Przyczyny pośrednie to taka osnowa, masa zarodowa przyczyn bezpośrednich. Jeśli mówimy, że przyczyną wypadku podczas lądowania była mgła, to powinniśmy zapytać, a po co lądowali we mgle, jeśli lotnisko nie miało oprzyrządowania? Po co w ogóle podchodzili, jeśli nie prowadzili dobrej komunikacji z wieżą?

    Nie można tworzyć wyimaginowanych scenariuszy, przyjmować fałszywych założeń i po ich akceptacji zaprzeczać temu co się stało, bo np. nie potrafimy w coś uwierzyć, bo nasza wyobraźnia nie przyjmuje pewnych faktów, karze je traktować jako wymyślone, kłamliwe, bo nasz zdrowy rozsądek niefachowców lotniczych odrzuca takie sprawy, jak brak nawyków, brak umiejętności, tolerowanie drobnych błędów, czy wykroczeń, itd.

    Przyczyną olbrzymiej większości katastrof są właśnie takie zwykłe czynniki, w które nie jesteśmy w stanie uwierzyć i powtarzamy sobie, nie może być, to niemożliwe, piloci nie byli samobójcami, itd.

    Wczoraj jechałem rowerem formalną ścieżką rowerową przy chodniku, z bramy wyjeżdżał samochód tyłem. W takim momencie zawsze zwalniam do szybkości pieszego i obserwuję zamiary cofającego kierowcy. Oczywiście, wyjechał gładko z bramy tyłem, wycofał się na jezdnię i dopiero tam się zatrzymał. Ja stoję i zwracam mu uwagę, że on cofał, a zatem musiał wyjątkowo uważać. Na to kierowca – ja pana nie widziałem i wsiadł do auta. Oto człowiek, któremu zdarzyło się popełnił rzecz zwykłą, popularną, może i niebezpieczną, ale przy tak wolnej jeździe?
    Taka rzecz jest z punktu widzenia formalnego może i nie do zaakceptowania, ale procedury i przepisy swoje, a życie swoje. Przecież nie będzie kierowca się wysilał i skręcał sobie szyję, gdy wykonuje dość prosty, widoczny, niewinny manewr.
    A co się dzieje, gdy pójdziemy o stopień wyżej i powiemy sobie przy jeździe pod górkę – nic nie jedzie, droga szeroka, szybko wyprzedzę? W 999 przypadkach na tysiąc – nic się nie dzieje.

    Z takiego nic ni dziania się, z takich nieznacznych ryzyk, niemożliwości, tylko nie pojedynczych, a zgrupowanych, działających łącznie, zbiegniętych razem, splecionych in minus powstają katastrofy.

    Oddzielne ryzyka nie szkodzą, połączone razem powodują. A załoga takich ryzyk w Smoleńsku napotkała na pęczki – lotnisko słabo wyposażone, niski pułap chmur, mgła przewiewana i nawiewana, lotnisko z komunikacją radiową w innym języku, innego wojska, zapewne z innymi nawykami, zagłębienia przed lotniskiem o którym można pamiętać, ale można na chwilę zapomnieć, pośpiech bo nie zdążą, niezgrana załoga, brak sensownej komunikacji z wieżą, witamy panów generałów, bo ja wiem p.. tu jest, ale możecie spróbować, nic nie widać, terrain ahead, terrain ahead, itd. Czy to było dużo, czy mało? Jak się okazało, to było za dużo.

    W badaniu katastrof najpierw ustala się bieg wydarzeń, a dopiero potem przychodzi czas na analizy motywów, nacisków, czy ryzyk występujących w trakcie np. podchodzenia do lądowania, Jeśli katastrofa się zdarzy, a zdarza się na ileś tam setek, czy tysięcy lądowań u załóg niewyszkolonych dostatecznie, niedoświadczonych dostatecznie oraz pobłażliwie prowadzonych przez odpowiednie służby.
    W lotnictwie nie mogą istnieć takie sprawy, jak np. pilot trenuje podejście przy pełnej widoczności, a przełożony podpisuje mu, że zaliczył podchodzenie przy zasłoniętej kabinie. Taki przełożony statystycznie (bo nie koniecznie ten niedoszkolony pilot musi spowodować zaraz katastrofę) przyczynia się do zwiększenia ilości katastrof.
    Pzdr. TJ

  191. Arleta Bojke (dziennikaraka TVP) otrzymała to na co zasłużyła – została mianowana banderówką pzrez pospolitoruszeniowców w Doniecku.
    Tak oto parafianie Putina w tym szacownym grodzie pokazali jak wielki jest świat – Donieck, Rosja, a reszta, to faszyści.
    Pzdr, TJ

  192. Szanowny @maćku.g (16.07 dnia 14.04.) – piszesz: ale na samolotach wielosilnikowych typu TU nie latał .
    Samo latanie to kwestia opanowanie kilku szczegółów, które różnią pomiędzy sobą różne typy samolotów /szybowców. Sama zasada latania pozostaje niezmiennie taka sama.
    Oczywiście, latanie na samolotach myśliwskich, jest bardziej skomplikowane niż na samolotach lotnictwa transportowego. Jest/było nawet powiedzenie: kto opanował Jaka-11, w dodatku na lotnisku w Grójcu, będzie latał ma każdym samolocie . Podobieństwo 100%-towe występuje w czasie lądowania w TWA. Podlegamy tym samym zasadom, tak w czasie lotu wg. zasad określonych dla USL-u czy wg. RSL-u (dochodzi, do pomocy pilotowi, operator systemu) – nie widzę również większych różnic gdy wykorzystujemy ILS-a.
    Istnieją ustalone, twarde kanony, których nikt nie ma prawa z m i e n i a ć samowolnie (jak to sugeruje pan @Indoor Prawdziwy, wciągając w to jeszcze pozostałych pilotów pułku oraz Inspektora ze szczebla MON). To co wyprawia ten pan dla udowodnienia swojej tezy (o jakiejś extra metodzie), graniczy po prosu ze śmiesznością 😆 ❗
    Polecieli chłopaki na obce lotnisko, w bardzo TWA, bez wiedzy z jakim to lotniskiem będą mieli do czynienia, bez wiedzy – jak się korzysta z tego skromnego wyposażenia jakie im mogło zaoferować to lotnisko, na którym z powodów „z widzi mi się” przełożonych” i głównego dysponenta wylądować byli zmuszeni „za wszelka cenę”. I to zadanie ich po prostu przerosło . Kończę ze Smoleńskiem nieodwołalnie.
    Pozdrawiam kolegów z bloga – Czesław.

  193. i tyle w tym temacie
    jeszcze autopoprawka.
    Znalazłem. Raport Millera jednak do końca nie usunęła przycisku (po polsku nazywają go pieszczotliwie przyciskiem ”odejście”) jako uwaga na stronie 228. Jest to doklejona uwaga z numerem 131. tyle, że przesunęli w stosunku do pierwotnej wersji o kilka sekund żeby wyglądało bardziej poważnie. Cały ten fragment raportu to jakieś pomieszanie z poplątaniem. Po drugim ”sto” według raportu pilot podjął decyzję ”o zwiększeniu prędkości zniżania”. Po chwili w tym samym czasie
    1. bierze na siebie wolant (w tekście)
    2. wciska przycisk (w uwadze 131.) i ”był zaskoczony brakiem reakcji samolotu na swoje działania”

  194. ”Istnieją ustalone, twarde kanony, których nikt nie ma prawa z m i e n i a ć samowolnie ”
    Bo co? Bo inaczej się rozbija?
    O ile mnie pamięć nie myli to się rozbili.

  195. Pan @Indoor Prawdziwy (21.27 dnia 14.04.) – trudno, nie moja wina, że jesteś menda, której się trudno pozbyć. Napiszę jeszcze ze dwa zdania. Mnie się udało kilka razy, w tym dwa razy w nocy, ale na RSL-u siedział w tym czasie nawigator nad nawigatorami, były pilot – Leszek KRÓL .
    P.S. : ja nie napisałem, że odlecieli na Marsa, ty już zatraciłeś nawet zdolność do logicznego rozumowania a piana wychodzi tobie chyba uszami. Dobranoc – Czesław.

  196. Czesław
    14 kwietnia o godz. 21:21
    Nie mam wątpliwości, że pilot wojskowy w pełni wyszkolony błyskawicznie opanuje sztukę pilotowania samolotu transportowego. Jest jednak zasadnicza różnica pilotowania tych różnych od siebie samolotów. Podstawową jest ta, że pilot myśliwca działa sam , piloci transportowca działają w zespole. Na dodatek samolot ma inne wymiary i reaguje na stery i zmianę ciągu inaczej. Pracy zespołowej oczywiście trzeba też się nauczyć. Na dodatek zupełnie inaczej jest urządzony kokpit , bo jest dostosowany do pracy zespołu.
    Przecież gdy ktoś powie , że kierowca samochodu wyścigowego nie powinien mieć żadnych problemów z prowadzeniem ciągnika drogowego bo przecież zasady są te same, a on świetnie te zasady zna, człowiek znający różnice miedzy tymi samochodami nie przyzna mu racji. Nie sadzę by kierowca nie mający problemów z wozem wyścigowym wsiadł i pojechał z towarem ciągnikiem drogowym bez wcześniejszego potrenowania jazdy takim pojazdem. To jednak tak różne samochody, że trzeba przejść szkolenie zanim będzie pewność że z prowadzeniem nie ma żadnych problemów.

  197. TJ
    14 kwietnia o godz. 20:19
    Tak jak upierałeś się, że raport Millera jest rzetelny , a udowodniłem ci, że w temacie kontrolerów jest delikatnie mówiąc nierzetelny, tak i teraz próbujesz udowodnić, że raport wyjaśnił dokładnie przyczyny wypadku, oraz wskazał gdzie i jakie załoga popełniła popełniła błędy. Ja znów twierdzę, że nie wszystko wyjaśnił, choć wskazał , że złamano tak wiele zasad, że to zupełnie wystarcza by nie mieć wątpliwości, że to był wypadek zawiniony przez organizatora lotu , pilotów i prezydenta jako dysponenta samolotu.
    Widać jednak wyraźnie, że stara się ukryć wpływ generała (generałów) i Prezydenta na katastrofę. Wiadomo, że Prezydent decyduje wg przepisów i wiadomo, że decyzja lądowania została przez prezydenta podtrzymana ( Kazana informuje prezydent jeszcze się zastanawia czy coś w tym guście). Prezydenta do podjęcia decyzji lotu na zapasowe lotnisko powinni przekonać generałowie lotnictwa , a tymczasem jeden z nich włącza się do lądowania. Raport jakoś nad tymi faktami się prześlizguje. Mocno podkreśla, że samolot znacznie odchyla się od ścieżki w pionie i oskarża kontrolerów o brak reakcji na ten fakt , tymczasem piloci nie potwierdzają swej wysokości , a to uniemożliwia kontrolerom ocenę.
    Tymczasem wyraźnie widać, ze stenogramu czarnej skrzynki, że piloci działają niezależnie od kontrolerów i są jakieś zakłócenia współpracy. Na dodatek słychać głos kogoś kto tam w ogóle nie powinien być. Znów raport jakoś na ten fakt nie zwraca uwagi.
    Raport nie potrafi wyjaśnić dlaczego mimo wypowiedzi odchodzimy nie widać żadnej oznaki tego odchodzenia, wciąż wysokość się zmniejsza , co słychać z odczytów wysokościomierza. Wiemy, że to zbyt niskie zejście zakończyło się kolizją z ziemią.
    Z raportu przeciętny człowiek rozumie, że piloci celowo schodzą poniżej wysokości decyzji. Tymczasem to co na symulatorze poćwiczył Indoor pokazuje, że wcale tak nie musiało być. Nierzetelność dokumentu powoduje, że zaczynamy wątpić w to co piszą tam eksoperci

  198. Coście tak przylepili się do Czesława ?
    Wypada jeszcze żeby tłumaczyl Wam że ziemia to jest TOTO CO NA DOLE A W GÓRZE FRUWAJĄ ANIOLKI.
    Wygląda na to ze żaden z Was wolantu w ręku ani drążka nie trzymał
    ale wiecie lepiej od pilota jak się lata stymulatorem .
    Gratuluje odwagi – polatajcie sobie a potem złóżcie sprawozdanie
    jak uniknęliście wypadku.
    Powodzenia
    uklony

  199. TJ
    Ad 1. „Tupolew został porozdzierany w kontakcie z zadrzewionym terenem, …”

    Jeśli samolot był rozdzierany to wyhamowywał, jeśli tak to nie mogło być 100 g. Żeby było 100 g samolot musiałby rąbnąć w betonową ścianę, której tam nie ma. Jest jedynie grząski grunt porośnięty drzewkami i krzakami i do tego samolot tuż przed zderzeniem był nachylony pod kątem 10-12 st. (wg raportu M.)

    „Górna część kadłuba, (…) ma relatywnie niską wytrzymałość.”

    Lądowanie na plecach niekoniecznie oznacza taką rozwałkę samolotu jak w Smoleńsku.
    Tu przykładowe katastrofy (w tym z lądowaniem na plecach): airlinesafety.com/faq/faq9.htm
    np. samolot China Airlines MD-11 rozbija się podczas lądowania w Hong Kongu w czasie deszczu przy silnymi bocznym wietrze. Lądując, maszyna uderza o płytę lotniska, traci skrzydło wraz z podwoziem, przewraca się do góry kołami i staje w płomieniach. Z pośród 300 pasażerów giną 3 osoby a ok. 100 osób nie odnosi obrażeń (!)

    Ad 2.
    ” Większość szczątków, które widać na zdjęciach, to nie są tylko blachy kadłuba, jak sugerują Binienda i Szuladziński,”

    Nie wiem co sugerują ww. panowie, ale raport archeologów ze Smoleńska mówi, że:
    „Aż 2/3 z łącznej liczby 30 tys. znalezisk to fragmenty rozbitego samolotu (konstrukcja, poszycie, elementy stałego wyposażenia)”
    natomiast
    „spoczywające tutaj elementy konstrukcyjne samolotu były silnie rozdrobnione, a niektóre z nich pogięte i osmolone.”

    Ciekawe, że nie słychać by prokuratura zajmowała się wyjaśnianiem dlaczego część z osmalonych szczątków została znaleziona przed(!) miejscem upadku samolotu.

    Można jeszcze dodać iż „przemieszana warstwa ziemi zalega do głębokości co najmniej 60 cm. A ponieważ detektory rejestrowały metalowe przedmioty do głębokości 20 cm, rzeczywista liczba znalezisk w ziemi, w tym wykonanych z innych surowców aniżeli metale, może przekraczać aż 60 tys.”
    – tu się kłania nasz pani (nomen omen) Kopacz ze swoim „metrem w głąb”.

    Natomiast tak wygląda wypadek samolotu z podobnymi parametrami (mniejsza prędkość lecz większy kąt)
    en.wikipedia.org/wiki/File:Kegworth_Air_Crash_Scene.jpg
    (rannych 79, zabitych 47 osób przy czy 8 zmarło w szpitalu)

    Ad 3. ?Oceniając charakter powstałych obrażeń głowy, klatki piersiowej i kręgosłupa, na ciała członków załogi w krótkim czasie oddziaływało udarowe przeciążenie nie mniejsze niż 100 g.?

    – umówmy się, że zespół Millera niczego nie „oceniał” bo nie widział ciał ofiar na oczy. Wszystko sobie grzecznie ściągnęli od pani Anodiny.
    (Opowieści naszej pani marszałek o tym jak „nasi specjaliści pracowali ramię w ramię itd.” można sobie włożyć tam gdzie „pan może pana majstra …”)

    N.b. jak się okazuje Kenny Bräck w wypadku samochodu wyścigowego przeżył przeciążenie 214 g (!) – więc nic tu nie jest takie proste.
    A swoją drogą ciekawe jakim przyspieszeniom podlegają ciała przy wybuchu? 😉
    _
    W tych raportach nic nie trzyma się kupy.

    Niektóre ciała były praktycznie nienaruszone (choć było 100g) – np. pani Walentynowicz – ale przed ekshumacją bo po, okazało się, że nie ma twarzy a w ciele są umieszczone śmieci – takie sobie ruskie szutki.

    Samolot za to rozpadł się w pierdyliard kawałków (no bo pewnie 100g) a kokpit wyglądał gorzej niż ten z Lockerby, który spadł z ponad 9000 m (o bo nasz to tylko z 1 czy nawet 2 piętra! – jak chcą nasi znawcy ).

    U nas ponad 30 tys. szczątków (no bo pewnie 100g) a w Lockerby ponad 10 tys. (wstrząs zarejestrowały stacje sejsmiczne i powstał krater)
    Tu ciekawe zestawienie tych katastrof:
    blog-n-roll.pl/pl/liczba-fragment%C3%B3w-samolotu-w-wyniku-eksplozji-por%C3%B3wnanie#.U0xsyPl_u8E

    Pozdrawiam
    M.

  200. Pisanie
    No i Madzia napisała wszystkim nowego Pana Tadeusza a może i trylogię za jednym zamachem.
    Wie co to jest ”metr w głąb”
    Policzyla ten pierdyliard kawałków co do sztuki , oczywiście też
    rozpoznała bezbłędnie ”ruskie szutki”
    Najważniejszym dowodem na popełnianie wszelkich głupot przez piszących popełnionych było wyjaśnienie dotyczące p Walentynowicz
    Jak mogło być 100g jeśli twarzy nie było a reszta była nietknięta
    widocznie raz bylo 100g a raz może dwadzieścia a i to jest niepewne.
    T J -owi radził bym// jeśli wolno// – nie wdawać się w dyskusję ze specami którzy wiedzą co samolotowi wolno a czego nie bo czytający mogą potem nie rozpoznać HU IS HU.
    ukłony

  201. Pierdyliard kawałków Tu-154M
    Madzia
    15 kwietnia o godz. 1:48
    TJ
    Ad 1. ?Tupolew został porozdzierany w kontakcie z zadrzewionym terenem, ??
    Jeśli samolot był rozdzierany to wyhamowywał, jeśli tak to nie mogło być 100 g. Żeby było 100 g samolot musiałby rąbnąć w betonową ścianę,

    Mój komentarz
    Madzia, głupa palisz. Aby było 100 g wystarczy wsiąść na motocykl bez kasku, niezbyt się rozpędzić się w kierunku muru i pochylić głowę. Głowa + mur dadzą 100 g przysopieszenia. Metalowe części w samolocie, o które uderzali głowami piloci i pasażerowie, sa tak samo twarde jak mur, ale bardziej kanciaste, tak więc 100 g może wystąpić.
    Madzia, udajesz, że 100 g dotyczy samolotu, a nie zderzenia ciał z przeszkodami wewnątrz i zewnątrz samolotu, gdy kadłub był już rozdarty. Fizyka dla Ciebie, to abrakadabra. Na tym bazują Twoi naukowcy opowiadając cały czas, że nie było 100 g przy zderzeniu samolotu z ziemią. Pomijają rozmyślnie fakt,rozchodzi się o 100 g przeciążenia podczas zderzania ciał z przeszkodami.

    Nie wiadomo, czemu ma służyć w dyskusji o 100 g podpieranie się raportem archeologów.
    Raport archeologów jest traktowany jako nowość, sensacja, zatajana prawda. Jaki związek ma raport ze 100 g?

    W tego rodzaju wypadkach, jakiemu uległ Tu-154M, tak się dzieje, że powstaje mnóstwo szczątków.
    Pokazywanie jakiegoś wypadku na lotnisku, w którym nie było takich zniszczeń, jak w Tu-154M, ma być argumentem na co? Ze każdy inny wypadek z uderzeniem plecami w ziemię nie może, nie ma prawa przynieść takich zniszczeń, bo na zdjęciu widzimy co innego?

    W Polsce zdarzyły się dwa duże wypadki samolotów pasażerskich. W jednym z nich samolot nie doleciał do lotniska na Okęciu, rozbił się w lesie. Pole szczątków było większe niż w Smoleńsku, rozdrobnienie podobne, a ciała były równie uszkodzone. Podawanie jednego przykładu nie unieważnia innego.

    Podobnie jest z gadaniem o kłamstwach pani Kopacz. Wypadek już się zdarzył i zamiana ciał, czy nie przekopanie terenu na pół metra wgłąb nie ma tu nic do rzeczy. To są takie mantry, które mają wzbudzić gorliwość w wierze wybuch. Skoro nie przekopano ziemi, a więc coś chciano ukryć, a więc był wybuch – tak mają myśleć wyznawcy wybuchu.

    Wiara w wybuch i wyobrażenia o raporcie archeologów niosą ze sobą grube sprzeczności. Dla przykładu, z jednej strony podkreśla się, że archeolodzy twierdzą, że szczątki zalegają na dużej głębokości i sugeruje, że to wybuch wbił je tak głęboko w ziemię i że inaczej być nie może, bo wybuch to wybuch.
    Z drugiej strony wszyscy eksperci zespołu Macierewicza twierdzą, że wybuch musiał być przed upadkiem samolotu, a zatem na miejsce upadku leciały już szczątki. Gdyby te szczątki tak sobie leciały od miejsca wybuchu do miejsca wypadku, to nie zaszłoby ich wbicie się w ziemię na dużą głębokość na wrakowisku, tylko część z nich leciałaby w dół i zaszłoby wbicie w ziemię bezpośrednio pod miejscem wybuchu tj. daleko od wrakowiska, jak eksperci smoleńscy twierdza, m.in. Rońda – jakieś 500 do 100 m przed miejscem upadku kadłuba. Tu się wszystko kupy trzyma, tylko nie chce pasować do siebie.

    Tezę, że samolot rozpada się na pierdyliard kawałków tylko po wybuchu (a nie ma prawa tak się rozpaść podczas katastroficznego przyziemienia) ukuł dr Szuladziński z Australii. Podchwycili tę tezę wszyscy pozostali eksperci (rzadko który ekspert lotniczy zna się na wybuchach).
    Szuladziński jako przykład na poparcie swojej tezy podał wybuch w beczce z wodą. Sprytny przykład wymyślił i daleko niezgodny z jakimkolwiek wybuchem, który mógłby zajść w kadłubie samolotu. W kadłubie nie było wody, więc model Szuladzińskiego z rozpadem kadłuba na pierdyliard szczątków nie mógł zadziałać.

    Raz puszczona teza w obieg została pochwycona przez wszystkich, którzy chcieli w nią uwierzyć.

    Pierdyliard kawałków nie jest dowodem na wybuch. Wybuch może poczynić wyłącznie miejscowe uszkodzenia, tak jak to jest pokazane na jednej z publikacji zespołu smoleńskiego, gdzie w lecącym samolocie widać z tyłu wybuch wyrywający dziurę w kadłubie. Przeoczono w tej publikacji sprawę i puszczono w obieg obrazek zaprzeczający rozwaleniu się TU-154M na pierdyliard szczątków wyłącznie wskutek wybuchu.
    Pzdr, TJ

  202. Prosiłam ostrzegałam. Nadaremno!
    Nihil novi w temacie, poza tym, że panowie – rzecz jasna – za łby się wzięli i mnie lub bardziej gromko pohukują –
    Golono? Nie, strzyżono! A właśnie że golono! Kiedy mówię, że strzyżono!
    A już bratanek węgierski w szczególności poczuł się ekspertem i ostro ruga zawodowego, bądź co bądź, pilota.
    Jedynie TJ z kamiennym spokojem i nie słowiańską, brytyjską raczej flegmą prostuje ścieżki poszukiwaczy prawdy o szczegółach technicznych katastrofy. Nawet niewieście Madzi, która stara się dorównać (jednak dżender!) panom obyciem lotniczym.
    Cała nadzieja w red. Paradowskiej. Może podrzuci jakieś świeże mięsko?

  203. „… a w ciele są umieszczone śmieci ? takie sobie ruskie szutki.
    Pani Madziu, przy okazji – witam na „nowym” blogu ,
    – od anatomopatoplogów zdarzało mi się słyszeć w przeszłości, że po przeprowadzonych sekcjach do ciał zmarłych zaszywane są różne rzeczy, nie tylko wycięte organy wewnętrzne zmarłego. Podobno powszechnie zaszywane są zużyte gazowe ręczniki i opatrunki, papier (gazety np.), czasem także – wióry ( jeśli są dostępne ) i robi się tak nie z powodu braku szacunku dla zmałego i jego zwłok a dlatego aby wypełnić tzw. jamy ciała, które – w wyniku sekcji – zapada się.
    Powtarzam, są to zasłyszane informacje a ich prawdziwosć mógłby zweryfikować np. lekarz obeznany z techniką i praktykąprzeprowadzania sekcji zwłok .

  204. Pomijając nową na tym blogu „wybitną specjalistkę” od katastrof lotniczych (@Madzia) to komentarze znanych mi blogowiczów nie wnoszą dużo nowego i nie dziwię się Czesławowi, że chciałby zamknąć Smoleńsk, ale chyba nie wytrzyma przed 10-tą rocznicą katastrofy, kiedy ja już przestudiuję poprawiony stenogram rozmów (zakładając, że Stwórca nie powoła mnie do siebie i problem katastrofy przedyskutuję z pewnym generałem lotnictwa – tam już nie może ani pić, ani kłamać i będę wiedział, jak było).
    Niestety jako bezbożnik wiem, że młodszych blogowiczów nie będę mógł zawiadomić o rezultacie dyskusji, bo światłowód Natanka łączy tylko z Szefem, nie z niebnym pospólstwem, a na podszepty Ducha Świętego nie liczę przy ogromie moich grzechów..

    Słusznie @zezowaty upomina kolegów, aby przestali atakować Czesława, jedynego wśród nas, który macał wolanty i guziki w samolotach – plus kręcił gałki, których znaczenie znacznie wzrosło dzięki Indoorowi.
    Tylko, szanowny zezowaty – „stymulacja” a „symulacja” to jednak różne czynności! Jeśli to literówka, a nie pomyłka freudowska, to przepraszam!
    Np. – pan Błasik jakby stymulował załogę do wykonania zadania bojowego, a załoga symulowała posłuszeństwo (zdaniem Indoora – udając lądowanie). Znaczenie tego wyrazu u Indoora jest jeszcze inne, bardzo konkretne działanie na symulatorze..

    Problem tej nieszczęsnej gałki, decydującej o locie w górę lub dół (wznoszenie-opadanie) poprzez zmiany nachylenia dzioba samolotu nie daje mi spokoju. W autopoprawce Indoora jest wzmianka z raportu o typowym (choć błędnym) sposobie „odchodzenia w automacie” przez wciskanie guzika „uchod”, który działa tylko, gdy na lotnisku jest włączony ILS. Widziałem i słyszałem takie działanie na filmie – manetki gazu szybko zapieprzają do oporu i ryczy sygnał akustyczny.
    Wszyscy dotąd zakładali, że w tych krytycznych sekundach tzw. próby odejścia załoga została zaskoczona brakiem obu zadziałań – gazu autopilot nie dodał, bo to też ryczy (silniki), i sygnału akustycznego też nie było.
    Jeśli tak było, to załoga nie popisała się, bo 7 czy 8 sekund to dla doświadczonego pilota (a było dwóch przy wolantach) ogromny szmat czasu. Nawet ja wiem jak długi jest taki okres, gdy sobie wstrzykuję insulinę i muszę czekać 5 sekund przed wyciąganiem igły z brzuszka. Wiele myśli mi się kołacze w głowie w tym czasie, a pilot ma reakcję zdecydowanie szybszą – jeśli dobrze szkolony!

    Według teorii Indoora, nie tak mogło wyglądać to osławione odejście „w automacie”. Pilot ustawiał na gałce rzekomo „dziób w górę” (prędkość pionowa dodatnia) i czekał daremnie na ryk silników, bo automat ciągu nie mógł zadziałać z powodu złego ustawienia (parametr poza zakresem regulacji). W tej części rozumiem i przekonuje mnie rozumowanie Indoora. Obaj znamy zasady regulacji automatycznej (ja w przyrządach fizycznych, on w ważniejszych urządzeniach technicznych).
    Jest jednak poważna, inna wątpliwość. „Teoria” Indoora zakłada, że pilot kręcił gałką bez skali, tylko na wyczucie. Pilot nie był jednak ani samobójcą, ani idiotą, więc musiał reakcję autopilota na ruch gałki jakoś kontrolować. Mógł to zrobić tylko, patrząc uważnie na wariometr – czy „wariuje” i cały czas pokazuje tych 7 lub 8 m/s (chyba ze znakiem minus?) i czy nie idzie do zera i potem na dodatnie wartości. Patrząc na wariometr, który jest blisko przed pilotem musiałby zauważyć, że ta gałka coś „nie działa”!!! Jeśli dobrze pamiętam, to właśnie ten wariometr pokazuje równocześnie aktualną wysokość barometryczną, czyli nad pasem startowym.
    Patrząc na ten przyrząd pilot nie mógł zauważyć, że ta „qrwa” nie gra! Jedynym rozsądnym i błyskawicznym ruchem było manualnie zwiększyć gaz, przerywając automatykę ciągu.
    Tak sobie naiwny laik wyobraża działanie pilota, wierzy w jego profesjonalizm, szczególnie wtedy, gdy sam siedzi w samolocie.

  205. PS

    Mój proces produkcji komentarza jest długotrwały (na ogół w Wordzie) i dopiero po wklejeniu go do blogu czytam nowsze. Dlatego nie znałem uwag @mag – brawo za syntetyczny opis sytuacji – czy Tejota, który wdał się dyskusję bezcenną, bo z najwybitniejszym znawcą fizyki, którego poznałem w mym życiu, a wierzcie mi, że słyszałem wiele bzdur od studentów przez prawie pół wieku pracy „na niwie”.

  206. Nie chcę być gorszy od Lexa, którego zapomniałem cytować i skomentuję jeden z wypadków @Madzi (skądinąd miły nick, bo i w życiu i w serialach poznałem fajne Madzie).
    Jeśli samolot już był na pasie startowym i boczny wiatr odłamał całe skrzydło i wywrócił samolot do góry nóżkami, wtedy sytuacja pasażerów była zbliżona do sytuacji osób w dachującym samochodzie, bo i prędkość zbliżona i siły działające podobne. Wisieliby jak ulęgałki i odczuwali mniej więcej to co pasażerowie kapitana Wrony na Okęciu, tylko głowami na dół.To nie ma niczego wspólnego z sytuacją tutki, która dzięki różnicy sił aerodynamicznych po utracie części skrzydła zrobiła półbeczkę, a dopiero później „pracowała na te 100 g(ówień) pasażerów, rąbnących czym się da w co się da – w pasach lub bez. Przy okazji – szorując głowami po ziemi, potracili je.

  207. Antonius
    15 kwietnia o godz. 13:25

    „Pamięć mięśniowa”…..
    Po kilkudziesięciu powtórzeniach, jesteśmy w stanie odtworzyć z jaką siłą należy działać, by uzyskać zamierzony efekt działania.

    Jak Indoor pisał gdzieś wyżej, chłopcy zaczęli sprawdzać na 500 metrach, opadli na 420.
    Drugi raz zaczęli na 100, mieli opaść na 20.
    Nie wyszło…….zmienił sie jeden z parametrów- 300 na 280 km/h…..

  208. TJ
    Porównujesz katastrofę w Lesie Kabackim do smoleńskiej. Wybacz ale „palisz głupa” 🙂
    poniżej liczby:
    Katastrofa w Lesie KABACKIM w 1987r. – przyczyna – awaria (dekompresja, utrata 2 silników, pożar)
    – prędkość 470/h, kąt 12 st. (pod koniec zaczął „nurkować”)
    – samolot ścina (niemożliwe!) las na obszarze 370x50m (czyli nie traci skrzydeł) potem następuje (excusez le mot) wybuch ponad 30 t paliwa (tak – wybuch panie dzieju)
    – nikt nie przeżył
    (dla porównania katastrofa na OKĘCIU w 1980r.- przyczyna – awaria (tylko 1 silnik działa sprawnie)
    – prędkość 380/h, kąt 20 st. – czyli praktycznie wbił się w ziemię
    – samolot ścina (niemożliwe!) drzewo i rozbija się o ziemię i lód w fosie fortu Okęcie
    – nikt nie przeżył)

    Natomiast w SMOLEŃSKU, tak zwanie oficjalnie:
    – przyczyna – błąd pilotów, maszyna jak złoto (coś tam grzebano w saloniku pasażerskim nr 3 – ale nieważne, nikt nic nie wie i niech tak zostanie)
    – prędkość 260 km/h, kąt 10-12st.
    – brzoza (śr. 40 cm) ścina (tak, tak) skrzydło (sama przy okazji załamując się ze zdziwienia, natomiast śmieci pod nią twardo stały na swych stanowiskach mimo przelatującego w odległości 5 czy 6 m samolotu).
    – wybuchu nie ma ale jest ponad 30 tys. szczątków (zebranych) i być może drugie tyle w ziemi (część już zmielona i przykryta betonem – to takie rosyjskie usprawnienie) – brak niestety obliczeń w jaki sposób poszycie czy konstrukcja samolotu zostały rozerwane na tak drobne części (ale nieważne)
    – nikt nie przeżył

    Sama komisja podaje:
    ” Zderzenie tego typu klasyfikowane jest jako uderzenie małej energii pod małym kątem. Podmokły teren oraz zarośla wytłumiły energię zderzenia i ograniczyły wielkość pożaru jaki wystąpił na miejscu wypadku?, a na pokładzie nie doszło do wybuchu ani do pożaru.”
    Pan Lasek podaje: „resztki samolotu były rozrzucone na obszarze o długości 160 m (cztery razy dłuższym niż długość kadłuba) i szerokości 52 m (14 m szerszym niż rozpiętość skrzydeł)”
    co prawda „Piotr Lipiec, członek komisji Millera, przyznał, że lewy statecznik tupolewa został przeniesiony [!] przez Rosjan o 50 m (…) Przeniesiono go, by znajdował się trochę bliżej”
    (no tak BLIŻEJ – bo to, wicie, rozumicie, chodziło o to by śledczy nie musieli ganiać tam i z powrotem, jak kot z pęcherzem – to takie rosyjskie usprawnienie).
    „Poza statecznikiem, miejsce położenia zmieniło przynajmniej siedem innych fragmentów samolotu.” – no ale to już mówi Cieszewski więc się nie liczy.
    „przebieg ostatniej fazy lotu był ustalany m.in. na podstawie rozmieszczenia szczątków wraku. MAK i komisja Millera opierały się jednak na współrzędnych określonych już po [!] przeniesieniu dużego fragmentu maszyny” – to takie już polskie usprawnienie.

    Ad 100g
    Aby być ścisłym to 100g dotyczy wyłącznie członków załogi. O reszcie pasażerów nic nie wiemy, a komisja Millera, powtarzam, nikogo nie badała – zawierzyła całkowicie pani generał Anodinie.
    Moja „manipulacja” tymi 100g i wzmianka o archeologach miała na celu wykazanie, że nie podano przyczyny rozpadu samolotu na tak ogromną ilość drobnych części, większą nawet, niż przy wybuchu samolotu nad Lockerby i upadku z prawie 10 km. Wyjaśnieniem byłoby to 100g lub ileś tam (właśnie praśnięcie o ziemię jak w przypadku katastrofy samolotu Kopernik na Okęciu czyli, jak sam piszesz, „głowa plus mur” ale dla samego samolotu) lecz tego też nie było.
    Natomiast podana przeze mnie katastrofa w Kegworth o podobnej do smoleńskiej parametrach:
    – przyczyna – awaria silników
    – prędkość 185 km/h, kąt nie wiem ale samolot uderzył w skarpę więc natrafił na „ścianę”
    http://en.wikipedia.org/wiki/Kegworth_air_disaster
    – samolot przełamał się na 3 części
    – i, jak już podawałam: 47 zabitych, 79 rannych (czyli nie wszyscy mieli pecha natrafić na „twarde jak mur lecz bardziej kanciaste, metalowe części samolotu” nie dające szans przeżycia, a, piloci, ranni – przeżyli).

    Pozdrawiam
    M.

  209. TJ
    15 kwietnia o godz. 11:05

    Oto moja mała laudacja dla Ciebie, za przytomność, rzeczowość i samotność człeka myślącego. A przy tym pedagogicznie cierpliwego:

    „TJ rzeczowo
    rozmawia z krową”.

    Z uznaniem
    T.

  210. Szanowna @mag!

    Nie dożyjesz końca rozważań o rozpierdusze tutki.
    Gleba polska została skażona mikroskopijnymi odłamkami tutki i wraz kiełkami zbóż jarych kielkują @madzie.

    Trzeba było 70 lat aby dać względny spokój Wladysławowi Sikorskiemu i dopóki żyje Jacek Kurski nie warto betonować grobu wodza naczelnego.

    Proces beatyfikacyjny Lecha Kaczyńskiego musi poczekać, bo Franciszek jest zajęty ważniejszymi sprawami, a wyznawcy religii smoleńskiej nie są pozbawieni zdolności przekazywania genów.

    Podpowiadał ci ogródkami @stasieku: zatańcz na stole, to może do 4. (konwersja liczebnika głównego na porzakowy) dnia maja obrzędowe śpiewy smoleńskie przycichną.

    Były dwie rzeczy pewne: śmierć i podatki.
    Jarosław Kaczyński dodał trzecią i nawet Władimir Putin sprzymierzony z Barackem Obamą nie jest w stanie genomu zamachu smoleńskiego zetrzeć ze zasiedlonej przez ludzi planety.

    Prosisz o zmianę tematu jak pierwsza naiwny, a nikt tu nie zrozumiał tego twego żartu …

    Wiosenne osłabienie nie minie do czasu gdy Donald Tusk wraz z panią wicepremierową nie spowodują orkanu pustoszacego uprawy truskawek.

    Zrób coś innego pożytecznego – dobrze ci radzę, bo twe żarty o zmianie tematu są zbyt subtelne dla znawców awiacji.

  211. Porzakowy nie jest w porządku (ja się skarżę!).

  212. mag!
    Co do pilotów i ich wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej już napisałem:
    dwóch bardzo doświadczonych pilotów TU-154 próbowało zinterpretować czynności załogi.
    Płk. Latkowski i A. Ershov. Obaj zamiast zastanawiać się co załoga mogła robić – wyjaśniali co załoga powinna robić.
    Im więcej wylatanych godzin tym bardziej pouczający ton – co powinni piloci robic. I zero próby interpretacji działania pilotów poza interpretacją w świetle Instrukcji.

    Robert Latkowski ma ciekawą uwagę podczas rozmowy z Moniką Olejnik (pod koniec 2011 r.).
    Kapitan Protasiuk, według mojej oceny, to on chciał podejść tylko żeby usatysfakcjonować dowódcę sił powietrznych, żeby usatysfakcjonować pasażerów i odejść na lotnisko zapasowe, natomiast nie znamy całego zapisu, bo tam są anonim, anonim, niektóre nieodczytane, prawdopodobnie może już się do tego czasu coś udało odczytać, no został po prostu, ktoś podjął decyzję żeby jednak próbował lądować …

    Te przeze mnie cytowane dialogi dokładnie mogą być te, które wreszcie udało się odczytać.

    W tej samej rozmowie zresztą płk. Latkowski mówi o wykorzystaniu obu automatyk – i znowu mówi o tym dlaczego nie powinno się stosować, co się może dziać. Podczas wywiadu już znane były parametry lotu, wiadomo, że nic takiego się nie działo (działo się za to coś innego) ale z jakichś przyczyn Latkowski nie interpretuje te swoje całkowicie słuszne spostrzeżenia na tle poczynań załogi.

    Cały wywiad jest tutaj
    http://janosik.salon24.pl/264145,precyzyjne-naprowadzanie-plk-latkowskiego-przez-monike-olejnik,9

  213. Wiesiek!
    Ja nie jestem pewien w 100% czy to była kalibracja, ale nawet jeśli dla załogi nie była kalibracja to dla czytelnika raportu jest.
    Samolot startuje z 550 metrów, pilot wprowadza w zniżanie a gdy prędkość pionowa osiąga 7 m/s jednym ruchem nastawnika ”góra / dół ” wyrównuje lot.
    Podczas wyrównania traci 45-50 metrów.
    Podczas takiego samego ruchu 400 metrów niżej do wyrównania nie dochodzi nie dlatego że prędkość była mniejszą (na górze około 300 km/h na dole około 290 – 285 km/h) ale dlatego, że na górze automatyka dodała gaz, na dole nie.

  214. Antonius!
    Wszyscy dotąd zakładali, że w tych krytycznych sekundach tzw. próby odejścia załoga została zaskoczona brakiem obu zadziałań ? gazu autopilot nie dodał, bo to też ryczy (silniki), i sygnału akustycznego też nie było.
    Jeśli tak było, to załoga nie popisała się,…

    Z tym ”wszyscy” to nieco przesadziłeś.
    Powtórzę – przycisk pojawia się w ”polskich poprawkach do raportu MAK” i rzeczywiście z tekstu wynikało, że załoga przez (chyba) 7 sekund czekała na reakcję po czym zderzyła się z brzoza.
    W samym raporcie w opisie przebiegu ostatnich sekund lotu w ogóle nie ma przycisku , pojawia się tylko w notce do opisu. Komisja przesunęła w czasie i już tylko 3.5 sekundy załoga czeka. A w tym samym czasie w opisie lotu załoga zajmuje się też czymś innym. Wychodzi na to, iż nie wypadało usunąć przycisku ale nie chcieli zbytnio eksponować. Wedle nowej wersji nie było za bardzo gdzie go upchać w czasie.

    Jest jednak poważna, inna wątpliwość. ?Teoria? Indoora zakłada, że pilot kręcił gałką bez skali, tylko na wyczucie
    Był moment gdy przesiadłem się nagle ze starego Ford Escort (10 lat) do nowiutkiego Opla Astry z salonu. Podczas pierwszego hamowania prawie wypadłem przez przednią szybę. Na szczęście jechałem wolno. Ale tylko raz.
    Zawsze trzeba się przyzwyczaić do reakcji układu regulowanego. Nastawnik ”góra/dól” to taki mały wolant o specyficznym działaniu (zaraz o tym coś napiszę) i można bardzo dokładnie wykonywać dokładnie to samo co pilot robi przyciągając lub oddalając wolant. Jeśli ktoś ćwiczy to umie. Wolantem się tak samo steruje, ”na wyczucie”, bez skali, w interakcji na reakcję samolotu.

  215. Antonius!
    pilot kręcił gałką bez skali, tylko na wyczucie
    Jak pisałem ta gałka to taki mały bardzo precyzyjny wolant, ale ma pewną specyficzną cechę. Działa ”różnicowo” i to zawsze w stosunku do aktualnej wartości nachylenia.

    W przypadku wolantu do tego samego położenia wolantu należy taka sama wartość elementu sterującego jakim są stery wysokości. W przypadku gałki ”góra/dół” nie ma jednoznacznego przyporządkowania, tylko ruch gałką powoduje zmianę nastawionego nachylenia, ale nie do uprzednio nastawionego, tylko do aktualnie istniejącego.

    Podczas każdego ruchu gałką automatyka zapamięta aktualne nachylenia, dodaje lub odejmuje (w zależności od kierunku ruchu) określoną wartość i od tego momentu ta wartość nachylenia liczy się jako wzorcowa.

    Dlatego o tym piszę tak szczegółowo, że poza tą nieszczęsną zmianą prędkości moim zdaniem ta cecha gałki przyczynił się do takiego końca lotu.

    Chodzi o ten nagły wzrost prędkości zniżania w wysokości 250 metrów z 6 m/s na 8.5 m/s którego zresztą ”tropiłem” przez dwa lata. Wzrost ten jest widoczny na wykresach MAK (raport Millera takimi ”drobnymi” szczegółami się nie zajmuje) ale nie przywiązuje się do niej uwagi (poza tym, że jest odnotowany w raporcie)

    Jest to dziwna i szczególna zmiana nachylenia samolotu dlatego, że pozostałe zmiany są zawsze poprzedzone czynnością pilota. Kręci gałką – zmienia się nachylenie nod do dołu, kręci gałką w drugą stronę – zmienia się nachylenie – nos do góry. W tym przypadku następuje zmiana nachylenia – nos do dołu bez żadnej akcji pilota, po czym natychmiast pilot kręci gałką w kierunku nos do góry.

    Zmiana (którą nie spowodował pilot) następuje samoczynnie, ponoć jest to normalne (rzeczywiście cały lot to ciągłe niewielkie zmiany nachylenia i reakcja systemu stabilizacji – autopilota). Może nieco większa niż te poprzednie, może uskok wiatru, może ta redukcja prędkości . Nie wiadomo. Mało teraz istotne. (Na pewno nie bomba helowa)

    Samolot leci na autopilocie w trybie stabilizacji nachylenia i gdyby pilot nic nie zrobił powinno po chwili wrócić do poprzedniego nachylenia. I rzeczywiście stery wysokości natychmiast robią odpowiedni ruch.

    I w tym momencie pilot wykonuje ruch gałką w kierunku nos do góry.

    W efekcie system automatyki ”zaakceptuje” owe zmienione nachylenie, dodaje tą minimalną poprawkę wynikającą z ruchu gałką i teraz już bardziej nachylony leci dalej.
    Zwiększyła się prędkość opadania, przestała na jakiś czas zmniejszać się prędkość samolotu (samoczynne w wyniku oporu aerodynamicznego, silniki na biegu jałowym). Widać na wykresach, że prędkość ”zawiesza się” prawie na 10 sekund na wartości 290 km/h.

    W wyniku takiego pecha prędkość 280 km/h osiągnęli o 10 sekund później niż gdyby nie ten (nazwijmy tak) pech.

    Mi się takiej sytuacji na symulatorze lotu nie udało odtworzyć (to znaczy zawieszenie a nawet wzrost prędkości samolotu w wyniku zmiany nachylenia jak najbardziej, ale samoczynnej zmiany nachylenia nie.)

  216. Załoga w krótkim czasie popełniła dwa poważne błędy związane z obsługą automatyki.
    Jeden to ponadplanowe zmniejszenie prędkości zadawanej automatyce ciągu w wysokości 300 metrów, drugi to niefortunna reakcja Dowódcy na zmianę nachylenia samolotu chwilę potem.
    Bez tych błędów prawdopodobnie do katastrofy by nie doszło, chociaż z drugiej strony żaden z tych błędów ani oba razem o katastrofie nie przesądziły.
    To, że stały się one krytycznymi błędami przesądził fakt, iż załoga po ich popełnieniu nie zrezygnowała z lotu za pomocą automatyki, tylko realizowała do końca pierwotny plan.
    Oba te dwa błędy spowodowały, że samolot bez pomocy silników (turbiny na ”małym gazie”) leciał ponad 40 sekund i podczas próby ”odejścia w automacie” automat nie zadziałał a awaryjne odejście z wysokości 60 metrów okazało się mało skuteczne.
    W tym momencie pojawi się jar, bowiem nawet w tej sytuacji była szansa na zakończenie pozytywne gdyby nie fakt iż grunt pod samolotem ”się podnosił”.
    Więc wystąpienie razem wszystkich tych czynników należy traktować jako przyczynę katastrofy.
    Drążąc okoliczności w jakich te błędy zostały popełnione można zauważyć kilka takich ”drobiazgów” które dają zupełnie odmienny ale spójny i logiczny obraz katastrofy.
    Faktem jest że prędkość została zmieniona po kłótni do którego się wtrącił ”ktoś trzeci”. Prędkość została zmieniona wbrew protestowi kpt. Protasiuka.
    Faktem jest że te różne okoliczności określone w raportach jako ”z nieznanych przyczyn” – nagle znajdują swoje przyczyny.
    Daje to kompletne wyjaśnienie katastrofy – wszystkie ”zagadkowe” rozmowy w kabinie, wszystkie ”niewytłumaczalne” czynności załogi nagle – mają sens.

css.php